fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Politycy gorszego sortu

Po sporze o TK Jarosław Kaczyński może być bardziej pewny lojalności prezydenta i premiera
W wojnie o Trybunał Jarosław Kaczyński osiągnął, co chciał: wyraźnie podporządkował sobie prezydenta i rząd.

Gdy zamykaliśmy to wydanie gazety, w Senacie trwała debata przed głosowaniem nad nowelizacją ustawy o Trybunale Konstytucyjnym autorstwa PiS. Gdy wejdzie ona w życie, TK zostanie zablokowany – będzie musiał rozpatrywać skargi w pełnym składzie, w dodatku w kolejności wpływania, nie zaś wedle ich wagi. W ten sposób skargami na ustawy autorstwa PiS Trybunał zajmie się za kilka lat – czyli Jarosław Kaczyński osiągnął swój cel.

Skoro mógł sparaliżować Trybunał tak prostą ustawą, to czemu nie zrobił tego od razu po wyborach? Po co był mu długotrwały konflikt, unieważnianie wyboru sędziów przez PO, wskazanie własnych oraz ignorowanie orzeczeń Trybunału w tej kwestii?

Popularna w politycznym światku teoria tłumaczy to nie tylko chęcią wyraźnego zarysowania podziału na scenie politycznej, co zawsze Kaczyński lubił robić. Awantura o TK miałaby służyć przede wszystkim wyraźnemu podporządkowaniu prezydenta i pani premier. Andrzej Duda i Beata Szydło znaleźli się w ogniu konfliktu, który reżyserował Kaczyński – i musieli grać role dla nich napisane. Prezydent, mimo oporów, zdecydował się zaprzysiąc sędziów wybranych przez PiS w kontrowersyjny sposób. Musiał stanąć po stronie Kaczyńskiego, narażając się na ataki opozycji i zrażając część umiarkowanego elektoratu. Po tej operacji Andrzejowi Dudzie trudno będzie budować umiarkowany wizerunek i dystansować się od PiS.

Z kolei pani premier stała się twarzą operacji opóźniającej publikację orzeczenia Trybunału podważającego wybór pięciu sędziów przez tę partię. Choć Beata Szydło próbuje uciekać do przodu poprzez ofensywę legislacyjną i wizerunkową rządu, to dziś – po wojnie o TK – także postrzegana jest jako polityk, który w kluczowym momencie okazał się niesamodzielny.

Jeśli taki był cel Kaczyńskiego, to go osiągnął. W efekcie wojny o Trybunał ryzyko, że prezydent i premier zaczną flirtować ze środowiskami umiarkowanymi, budując swoją niezależną pozycję, zostało wyeliminowane. W podobny sposób Kaczyński podporządkował sobie polityków w jego środowisku nowych, takich jak wicepremierzy Mateusz Morawiecki oraz Jarosław Gowin. Morawiecki, nadzieja środowisk liberalnych, w pełni przejął retorykę PiS. Gowin zaś wymownie milczy.

Zyskując wiele, Kaczyński sporo także stracił. Po pierwsze, nie tylko zjednoczył przeciw sobie opozycję parlamentarną, ale przede wszystkim wywołał protesty społeczne, które zaskoczyły PiS swą skalą.

Po wtóre – w konsekwencji – pozbawił rząd miesiąca miodowego, tradycyjnych 100 dni spokoju, które byłyby szansą dla premier Szydło na zaprezentowanie w praktyce „dobrej zmiany", czyli głównie zwiększenia transferów społecznych.

Żaden rząd nie był ostrzeliwany tak szybko i z taką intensywnością – tyle że w sporej mierze na własne życzenie, czy też raczej na życzenie swego patrona.

Po trzecie wreszcie, sejmowe prace pokazały, w jak marnej kondycji znajduje się dziś sejmowa drużyna PiS. Niemal wszyscy najzdolniejsi posłowie zostali członkami rządu. W konsekwencji twarzami sporu o TK stali się – parafrazując prezesa PiS – politycy gorszego sortu: Stanisław Piotrowicz, prokurator w czasach PRL, oraz Marek Ast, poseł, którego przez dekadę nikt w Sejmie nie zauważał. Piotrowicz stał się symbolem buty sejmowej większości – podczas prac w komisji potrafił nawet unieważnić głosowanie wygrane przez opozycję. Z kolei Ast – mówiąc najoględniej – nie błysnął prawniczym kunsztem podczas przegranych przez PiS rozpraw przed Trybunałem Konstytucyjnym.

Masowa migracja do rządu ma zresztą jeszcze jeden bolesny skutek. Co prawda PiS rządzi samodzielnie, ale ma przewagę ledwie pięciu głosów. W efekcie w razie nagłych głosowań partia musi ściągać do Sejmu ministrów. Na przykład szef MSZ Witold Waszczykowski w efekcie wojny o Trybunał w jednym tygodniu skrócił wizytę w Londynie, a w kolejnym anulował wyjazd do Jordanii. Ponieważ PiS ma w zanadrzu kilka innych, równie kontrowersyjnych projektów ustaw, może się okazać, że interes partii będzie destabilizować bieżące prace gabinetu Beaty Szydło.

Uprawnienia kontrolne Trybunału się zmniejszą

Trybunał Konstytucyjny ma pozostać w Warszawie, ale zakres jego ingerencji w ustawodawstwo znacznie się zmniejszy. Takie będą skutki noweli ustawy.

Formalnie Trybunał nadal będzie miał te same kompetencje kontrolne co dotychczas, w szczególności do badania zgodności ustaw z konstytucją, zmienia się jednak istotnie procedura, a zwłaszcza wydawanie wyroków.

TK ma wyznaczać rozprawy według kolejności wpływu spraw, a więc nie będzie mógł nadać żadnej szybszego biegu, bo jest ważniejsza np. politycznie, więc zmniejszy się możliwość „ingerencji" TK, w tym jego prezesa, w bieżące sprawy kraju.

Co więcej, zapisano w ustawie, że rozprawa nie może odbyć się wcześniej niż po upływie trzech miesięcy od dnia doręczenia uczestnikom postępowania zawiadomienia o jej terminie, a dla spraw orzekanych w pełnym składzie – sześciu miesięcy. Prezes TK będzie mógł skrócić ten termin o połowę w niektórych sprawach, ale nadal będzie on dłuższy niż obecny 14-dniowy.

TK będzie też orzekał w liczniejszym składzie, nie pięciu, lecz siedmiu sędziów, i będzie to możliwe tylko przy skargach konstytucyjnych poszkodowanych w sądach oraz pytaniach prawnych sądów. Pozostałe sprawy będzie rozpatrywać w pełnym składzie, a w razie wakatu czy choroby sędziego – w składzie co najmniej 13 z 15 sędziów. Wyrok musi zapadać większością dwóch trzecich głosów. A więc stwierdzenie niekonstytucyjności wymagać będzie co najmniej dziewięciu głosów za, gdy teraz wystarczą trzy. Taki wyrok będzie wymagał pełniejszego porozumienia sędziów TK. —dom

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA