fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Głosy na przemiał

Paweł Kukiz dawno zaangażował się w promowanie JOW-ów
Fotorzepa/Tomasz Jodłowski
Jednomandatowe okręgi wyborcze wymagają wyraźnego uznania prawa do rządzenia dla każdego, kto ma większość – nawet jeżeli przegrał wybory. Wyborco Platformy: zgadzasz się na to, że PO wygra, a będzie rządził PiS? Wyborco PiS: zgadzasz się na to samo? Doskonale wiemy, że się nie zgadzacie – pisze ekspert wyborczy.

Posłowie bliżej wyborców i niezależni od partyjnych liderów, a jednocześnie stabilna większość parlamentarna – tak zdaniem zwolenników jednomandatowych okręgów wyborczych wyglądać powinno po zwycięskim referendum zreformowane życie parlamentarne. A ja przekonam państwa, że tzw. system większościowy niesie ze sobą zagrożenia, na które nieliczni z państwa są gotowi – np. przejęcie władzy przez partię, która... przegrała wybory. JOW nie tylko nie są receptą na wszelkie zło – ich zastosowanie w XX wieku prowadziło do wielu absurdów, a w jednym wypadku – wręcz do politycznej tragedii.

Apartheid by nie powstał

To nie były zwykłe wybory decydujące wyłącznie o zmianie rządu. W maju 1948 roku wyborcy we wciąż jeszcze brytyjskiej Afryce Południowej rozliczali rząd Jana Smutsa z niepopularnego udziału w II wojnie światowej i zbytnich – jak wierzyli nacjonalistyczni Afrykanerzy – ustępstw na rzecz czarnej większości. Chcieli nowego państwa, które na zawsze utrwali dominację ich tworzącego się od blisko 300 lat narodu i rozdzieli zamieszkujące go grupy rasowe. Proponowany system rządów nazywali apartheidem.

Smuts i jego Partia Zjednoczona zignorowali wyraźne zmiany tendencji. Istotnie, w wyborach rządzące ugrupowanie zdobyło aż 48 procent głosów wobec 37 procent oddanych na afrykanerską Partię Narodową. Apartheid nigdy by nie powstał, gdyby nie przejęty po Brytyjczykach system większościowy. Niefortunny rozkład głosów w poszczególnych i źle wykreślonych jednomandatowych okręgach sprawił bowiem, że pokonana partia... miała więcej mandatów i zdobyła władzę. Wybory 1948 roku były początkiem dominacji Nasionale Party i jej rządów trwających aż do 1994 roku powszechnie zwanych rządami apartheidu.

Nie trzeba być wybitnym matematykiem, żeby udowodnić, że taka sytuacja możliwa jest w każdym systemie większościowym. Wystarczy wyraźnie wygrać w mniejszości okręgów, ale nieznacznie przegrać w większości z nich. Efekt ten sam: wola narodu, suwerena, jako całości zostaje zignorowana, a pokonane (i niechciane) ugrupowanie zdobywa większość.

Teoria? Daleko od tego. System większościowy, nie na darmo nazywany westminsterskim, stosowany jest od początków parlamentaryzmu brytyjskiego. Tylko w XX wieku aż trzykrotnie – w 1929, 1951 i 1974 roku – pokonana w wyborach partia uzyskiwała większość w parlamencie. W ten sposób w 1951 roku do władzy powrócił Winston Churchill, choć konserwatyści o blisko 1,5 miliona głosów przegrali z Partią Pracy. Laburzyści zrewanżowali się 23 lata później, gdy w lutym 1974 roku przegrali wybory z konserwatystami premiera Edwarda Heatha o 250 tys. głosów, ale i tak mieli cztery mandaty więcej. Podobny mechanizm, choć przy innych uwarunkowaniach, dał w 2000 roku prezydenturę USA George'owi Bushowi (pod względem liczby oddanych głosów przegrał on z Alem Gor,em).

Dlaczego zatem – słuszne pytanie – ani w Anglii, ani w Ameryce nie doszło do protestów? Prosta odpowiedź: bo w mających parusetletnie tradycje demokracjach anglosaskich wyborcy są przyzwyczajeni do absurdu JOW.

Przypadkowa większość

Jednomandatowe okręgi wyborcze wymagają wyraźnego apriorycznego uznania prawa do rządzenia dla każdego, kto ma większość – nawet jeżeli przegrał wybory. Podkreślam – nawet jeżeli przegrał wybory.

Czy w Polsce istnieje takie powszechne uznanie? Czy każdy, kto w rozpisanym pospiesznie prezydenckim referendum wrzuci kartkę z odpowiedzią „tak", zdaje sobie sprawę, że wyraża zgodę na ewentualne rządy pokonanych? Wyborco Platformy: zgadzasz się na to, że PO wygra, a będzie rządził PiS? Wyborco PiS: zgadzasz się na to samo? Doskonale wiemy, że się nie zgadzacie.

Malta przećwiczyła ten scenariusz w latach 80., gdy się okazało, że lewicowego rządu Doma Mintoffa nie da się odsunąć od władzy, mimo że prawicowa opozycja dostaje 51 proc. głosów. W przeliczeniu na mandaty wynik wciąż pokazywał 34:31. Dopiero groźba wybuchu przemocy skłoniła dwie wielkie partie do kompromisu i poważnej modyfikacji systemu wyborczego.

Jeszcze większym zagrożeniem jest inny scenariusz – jeżeli poparcie dla zwycięskiej partii jest w całym kraju mniej więcej równomierne, a jej przewaga nad drugą wyniesie około 10 punktów, to przypadkowo można uzyskać... większość konstytucyjną. Obecnie zmiana konstytucji wymaga szerokiego kompromisu, przy systemie jednomandatowym będzie dziełem przypadku. Wygrać w dwóch trzecich okręgów nie jest aż tak trudno – przypomnijmy, że PO ma ponad trzy piąte miejsc w Senacie – to właśnie efekt JOW. Zgadzamy się na to, by ktoś, kto dostał 45 proc. głosów, mógł zmienić konstytucję i ustrój państwa?

Tyle o niebezpieczeństwach nieprzemyślanego, niestosowanego dotychczas w historii polskich wyborów do Sejmu i wprowadzanego wyłącznie na użytek kampanii groźnego systemu wyborczego.

A pozytywy? Odniosę się do jednego – JOW mają rzekomo zwiększyć partycypację i ożywić debatę publiczną. Nic bardziej mylnego – w obecnym systemie liczy się każdy głos – ponad 90 proc. polskich wyborców głosuje na listy, które wchodzą do parlamentu, tym samym są w nim reprezentowani. Przy wprowadzeniu systemu większościowego głosy oddane na pokonanych kandydatów idą na przemiał. Mało tego: w bastionach PiS i PO nie będzie nawet prawdziwej kampanii zawczasu pokonanego ugrupowania, bo kto chce wyrzucać pieniądze w błoto?

Amerykanie stosują tę strategię od dawna – fundusze na kampanie używane są wyłącznie tam, gdzie da się wygrać. Również w swojej praktyce obserwatora wyborczego widziałem miejsca, gdzie opozycja – świadoma, że nigdy nie uzyska tutaj mandatu – ograniczała kampanię do lamentów i skarg. Dokładnie ten sam efekt wystąpi w Polsce – całe rejony Pomorza, Podkarpacia, Lubelszczyzny zostaną wyłączone z kampanii wyborczej, a walka, w tym obietnice wyborcze, skoncentruje się na terenach, gdzie równie silne są i PiS, i PO.

Manipulowanie okręgami

I na zakończenie: JOW wymagają podzielenia terytorium kraju na 460 okręgów o jednakowej liczbie ludności. Podzielić je można na setki sposobów i za każdym razem zmienia to wynik wyborczy – myślę, że sam bez problemu potrafię wyznaczyć okręgi tak, że przy obecnym remisowym rozkładzie głosów większość parlamentarną będzie miało albo PiS, albo Platforma, a są ludzie, którzy osiągnęli w tej sztuce mistrzostwo.

Praktyka manipulowania okręgami jest tak stara jak system większościowy i nosi nazwę gerrymanderingu. Zwolennicy JOW często mówią, że za mało ufają politykom. To jak to jest, że jednocześnie gotowi są im zaufać w tak delikatnej sprawie?

Zamiast tworzenia nowych bytów i wyrzucania do śmietnika jednego z najbardziej przejrzystych systemów wyborczych w UE, gdzie wyborca ma prawo wybierania między kilkuset kandydatami, może warto by pomyśleć, jak go ulepszyć, choćby jak poprawić kartę do głosowania, która jest jedyną zmorą systemu. Problem polega na tym, że docenienie tego, co się ma, wymaga analizy porównawczej i odwołania się do racjonalnych przesłanek, a nie do poszukiwanej na gwałt w okresie przedwyborczym recepty na wszystko. Wymaga również rzetelnej debaty, której i tym razem Polakom odmówiono.

Autor jest ekspertem wyborczym, specjalistą od analizy mediów w procesach wyborczych. Uczestniczył w licznych misjach obserwacji wyborów UE i OBWE. Zajmuje się m.in. komparatystyką systemów wyborczych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA