fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Stratfor

George Friedman: U progu Unii czy chaosu

Grecy twierdzą, że nie pożyczali żadnych pieniędzy, a już na pewno nie mieli kontroli nad tym, jak rząd je wydaje
AFP
U stóp Olimpu rozstrzyga się dziś przyszłość europejskiej strefy wolnego handlu

Przesilenie greckiego kryzysu makroekonomicznego jest coraz bliższe. Kwestia na pozór wydaje się prosta: grecki rząd jest winien kolosalne sumy instytucjom unijnym oraz Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu. Dług ten narastał od dłuższego czasu, Grecji jednak coraz trudniej przychodzi spłacanie kolejnych rat. Jeśli Atenom nie uda się sprostać wymaganiom, MFW i instytucje unijne już zapowiadają, że nie zamierzają udzielać Grecji kolejnych pożyczek. Władze muszą więc przeprowadzić rachunek strat i zysków. Czy spłacenie na czas zadłużenia i otrzymanie kolejnej transzy pożyczek opłaci się krajowi bardziej niż niespłacenie dotychczasowych pożyczek i brak szans na kolejne?

W gruncie rzeczy kwestia ta jest dużo bardziej skomplikowana. Nie jest do końca oczywiste, że odmowa spłacenia zadłużenia przez Grecję rzeczywiście oznaczać będzie dla niej odcięcie od kolejnych pożyczek. Jej partnerzy mogą – jak to nieraz bywało – po prostu blefować. Jeśli zaś spłacą ratę, jakiej się od nich oczekuje, i otrzymają w zamian kolejną transzę pożyczki, czy cała działalność nie okaże się konserwowaniem status quo? Czy rzeczywiście można rozwiązać główny problem Grecji, jakim jest niereformowalność jej długu?

Funkcjonowanie w naszym świecie Argentyny i koncernu American Airlines stanowi dowód na to, że oficjalnie ogłoszone bankructwo niekoniecznie oznaczać musi „szlaban" zamykający dostęp do rynków kredytowych.

Drukowanie drachm

Jeśli chcemy zrozumieć, przed jakim wyborem stanęła Grecja, warto przyjrzeć się sytuacji Węgier, które nie zdecydowały się na przystąpienie do strefy euro, po czym narodowa waluta, jaką jest forint, zaczęła tracić na wartości. Tym samym wartość kredytów mieszkaniowych, zaciągniętych przez Węgrów w euro, frankach szwajcarskich czy jenach, zaczęła błyskawicznie rosnąć. W tej sytuacji władze w Budapeszcie zdecydowały się na nietuzinkowe posunięcie: oświadczyły mianowicie, że zadłużenie w dalszym ciągu zwracane będzie w forintach. Banki, chcąc nie chcąc, zgodziły się na warunki premiera Viktora Orbana, po czym Unii Europejskiej nie pozostało nic innego, jak również je przyjąć. Węgry nie były jedynym krajem, które stanęły w obliczu takiego problemu, ale zareagowały nań w sposób najbardziej asertywny.

Jeśli Grecy mieliby pójść za przykładem Budapesztu, mogliby rozpocząć drukowanie drachm na potęgę, po czym raczej oznajmić, że odtąd dług spłacany będzie w drachmach, niż nieśmiało przedkładać takie rozwiązanie. Oczywiście euro nadal byłoby w Grecji obiegowym i legalnym środkiem płatniczym, ale zobowiązanie regulowane byłyby w drachmach...

Erupcja ekstremizmu

U podłoża wszelkich tego rodzaju scenariuszy i spekulacji leży podstawowa wątpliwość: czy Grecja pozostaje w strefie euro, czy ją opuszcza? Nie sposób jej rozstrzygnąć bez wcześniejszego zadania dwóch innych pytań.

Po pierwsze: czy Grecja, niezależnie od tego, czy pozostanie w strefie euro, czy ją opuści, jest w stanie spłacać swoje zadłużenie, nie doprowadzając do wybuchu niezadowolenia społecznego?

Po drugie: w jaki sposób ten śródziemnomorski kraj jest w stanie postawić na nogi swoją gospodarkę? Czołganie się od pożyczki do pożyczki, od jednej pogróżki sformułowanej przez Niemcy i MFW do drugiej, może się wydawać zabawne tylko ze sporego dystansu, w żaden jednak sposób nie ułatwia zmierzenia się z najbardziej apokaliptyczną perspektywą: Grecja, podobnie jak inne państwa w podobnej do niej sytuacji, nie są w stanie funkcjonować w ten sposób na dłuższą metę: w dziejach Europy podobna, długotrwała zapaść gospodarcza zawsze prowadziła do erupcji ekstremizmu politycznego i destabilizacji. Oczywiście przyszłość euro jest zajmująca, na razie jednak, zarówno dla dłużnika, jak i pożyczkodawcy, znacznie bardziej zajmująca jest przyszłość Grecji.

W naszych czasach zyskuje na popularności skłonność do moralizowania: kredytodawcy są nader chętni do potępiana „nieodpowiedzialności" Greków. Unia Europejska znacznie mniej chętnie zabiera głos w tej sprawie, gdyż w miarę upływu czasu coraz bardziej oczywiste staje się, że w gruncie rzeczy jest to spór między Grecją a Niemcami (zgoda – w krótszej perspektywie również między Grecją a MFW).

Niemcy mają poczucie, że Grecy usiłują wykorzystać ich życzliwość i dobroduszność, MFW zaś przez lata wypracowała model, w ramach którego poświęcenie okazuje się być w cenie. Ten czas życzliwych gestów ma się jednak ku końcowi: jeśli Niemcy i MFW w dalszym ciągu dawać będą Grecji fory, zamarzą o nich również inni dłużnicy. Jeśli Grecja zostanie potraktowana w specjalny sposób, upomną się o to również Włochy – a ulgi dla Włoch oznaczać będą upadek europejskiego systemu finansowego.

Z punktu widzenia Aten decyzję władni są podjąć przywódcy zwycięskiej w ostatnich wyborach partii, Syrizy – tyle że mają oni bardzo ograniczone pole manewru. Syriza doszła do władzy, ponieważ oba mainstreamowe ugrupowania eurokratów okazały się w oczach Greków niewiarygodne. Stało się tak, ponieważ co najmniej od 2008 roku kolejne gabinety w Atenach wydawały się bardziej zainteresowane pozostaniem kraju w strefie euro niż rozkręcającą się błyskawicznie spiralą bezrobocia czy cięciami płacowymi dla pracowników strefy budżetowej. W ten sposób da się przeczekać do najbliższych wyborów – ale nie rządzić.

Z punktu widzenia greckiej opinii publicznej cała sytuacja jest nie do przyjęcia: przeciętny Grek twierdzi, że „nie pożyczał żadnych pieniędzy", a już na pewno (i z tym można się zgodzić) nie miał żadnej kontroli nad tym, jak były one wydawane. Grecy oburzeni są tym, że przyszło im płacić za błędy innych – choć między nami mówiąc, to za sprawą greckich głosów „partie pożyczkowe" doszły do władzy i zachowywały ją przez lata. Co ciekawe, Grecy nie chcą w żadnym razie wyjść ze strefy euro: marzy im się zachowanie status quo bez ponoszenia konsekwencji. Jak wiadomo, na dłuższą metę jest to niemożliwe, próby wyperswadowania tego Grekom przypominają rzucanie grochem o ścianę.

Rząd w Atenach rozważa zatem możliwe scenariusze. Po pierwsze, czy lepiej jest zapłacić kolejną ratę, czy ogłosić upadłość już teraz? Po drugie, czy postępowanie na kształt znienawidzonych eurokratów nie spowoduje podziału Syrizy, a w konsekwencji pojawienia się na scenie nowej, jeszcze bardziej radykalnej partii? Niemcy też nie pozostają bezczynni, rozważając, czy ogłoszenie upadłości przez Grecję – samo w sobie niewesołe, lecz możliwe do zniesienia – nie sprowokuje lawiny podobnych deklaracji ze strony innych państw i efektu domina.

Ciemna strona wolnego rynku

Najbardziej fundamentalna kwestia nie dotyczy jednak ani losu Aten, ani nawet przyszłości czy stabilności euro. U stóp Olimpu rozstrzyga się dziś przyszłość europejskiej strefy wolnego handlu. U podstaw UE stało bowiem założenie, że zniesienie ceł i stworzenie strefy wolnorynkowej okaże się w dłuższym trwaniu korzystne dla wszystkich jej uczestników. Jeśli założenie to jest nieprawdziwe – lub przynajmniej nie zawsze prawdziwe – pod znakiem zapytania staje cała przyszłość Unii Europejskiej. Kto w takiej sytuacji przejmowałby się jeszcze kilkoma bilionami drachm czy euro?

Unia Europejska już dziś obarczona jest systemami dopłat, ograniczeń i ceł na produkty rolne. Jeśli dziś zgodzi się na cła ochronne dla Grecji (które wydają się niezbędnym warunkiem odrodzenia gospodarczego Aten), jakim argumentem się posłuży, by odmówić tego przywileju innym? A co zrobi, jeśli pryncypialnie nie zgodzi się na cła ochronne, po to tylko, by obserwować zapaść społeczną i rządy chaosu w Grecji? Oto prawdziwe wyzwanie: wolny rynek, będący zwykle błogosławieństwem dla państw i społeczeństw, ukazał właśnie swą ciemniejszą stronę.

—tłum. Małgorzata Urbańska

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA