fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Van Halen znów razem

Od lewej: David Lee Roth, Eddie Van Halen, Wolfgang Van Halen i Alex Van Halen podczas koncertu w Kalifornii w 2012 roku
AFP
Zespół nagrał album koncertowy z pierwszym wokalistą Davidem Lee Rothem. I rusza w wielką trasę.

Van Halen ma już na koncie jedną, i to podwójną, płytę koncertową „Live: Right Here, Right Now" z 1993 roku, jednak nagraną z Sammym Hagarem, wokalistą i gitarzystą, który zastępował Rotha przez ponad dekadę.

W klasycznym rocku liczą się jednak najbardziej powroty w oryginalnym składzie. Comeback Van Halen był szczególnie trudny. Nie tylko dlatego, że Lee Roth i Eddie Van Halen bardzo się skłócili.

Dziś trudno zrozumieć, że muzycy poróżnili się o swój największy szlagier, czyli „Jump", który znają nie tylko fani zespołu. W polskiej telewizji zapowiadał między innymi występy Adama Małysza, co było niefrasobliwym użyciem piosenki o samobójstwie.

Poszło o to, że gitarzysta Eddie Van Halen postanowił nową kompozycję napisać na syntezator, instrument kojarzący się z disco i new romantic. Pomysł nie spodobał się wokaliście Davidowi Lee Rothowi, który uznał to za zdradę hardrockowych ideałów. Długo odrzucał propozycję nagrania. Van Halen nie miał wyjścia i musiał dokonać go sam. Gdy zespół usłyszał melodyjny motyw, ugiął się pod presją lidera i zarejestrował piosenkę. Dzięki „Jump" po raz pierwszy znalazł się na szczycie singlowej listy przebojów „Billboardu". Album „1984" nie zajął pierwszego miejsca tylko dlatego, że okupował je „Thriller" Jacksona. Michael zaprosił zresztą Van Halena do nagrania solówki w piosence „Beat It". Z kolei Lee Rothowi nie podobało się, że gitarzysta nie konsultuje solowych występów. Kompromis, jaki zawarli w studio, nie trwał długo. Po tournée David opuścił zespół.

Tak rozpoczęło się jedno z najdłuższych i najbardziej dramatycznych rozstań w historii amerykańskiego rocka. Rozpadł się bowiem duet marzeń – gitarzysty o nieograniczonych wprost możliwościach technicznych, jednego z największych wirtuozów rocka oraz wokalisty, który łączył rewelacyjny głos o czterech oktawach ze sprawnością cyrkowego showmana. Potwierdzeniem ich klasy i znaczenia był rekord zapisany w Księdze rekordów Guinnessa: w 1983 r. jako pierwsi wynegocjowali 1,5 mln dolarów za 90-minutowy koncert.

Eddie van Halen poradził sobie ze znalezieniem nowego wokalisty, którym został wspomniany Sammy Hagar. Grupa odnosiła z nim duże sukcesy. Nagrała dobre płyty – „5150" z hitem „Why Can,t This Be Love", „OU812" z piosenką „When It's Love", „For Unlawful Carnal Knowledge" i „Balance". Sprzedała 80 mln albumów, co dało jej miejsce w pierwszej dwudziestce najbardziej dochodowych gwiazd w Ameryce. Jednak dwa najsłynniejsze krążki, debiutancki i „1984", firmował pierwszy wokalista, czyli Lee Roth.

Jego pierwsza solowa płyta „Eat,em All" z 1986 r. robiła furorę klasycznym hardrockowym brzmieniem, podobnie „Skyscraper" z przebojem „Just Like in Paradise". Gorzej zaczęło się dziać, gdy Steve Vai odszedł do Whitesnake. Lee Roth występował z kasynach Las Vegas z towarzyszeniem egzotycznych tancerek. Został didżejem stacji CBS, gdzie zaprosił go Howard Stern. Nie narzekał tylko na gażę – 4 mln dolarów rocznie. Był jednak coraz dalej od estrady.

Na szczęście dziś mało kto w muzycznej branży chce popełnić błąd The Beatles i nie spróbować jeszcze raz – zanim będzie za późno.

Po raz pierwszy ponownie spotkali się w 1996 r. Nagrali dwie piosenki na płytę z największymi hitami. Niestety, podczas gali MTV Lee Roth naubliżał Eddiemu, za co został wyrzucony z zespołu. Powrócił Sammy Hagar, jednak dla wszystkich było jasne, że jego udział w zespole jest chwilowy. Media ciągle donosiły bowiem, że Eddie i David spotykają się w studio. Wydaje się, że podłoże ich konfliktu było również ambicjonalne. Eddie jako lider nie życzył sobie publicznych żartów z siebie, ale musiał też nabrać dystansu do sławy, w czym pomogły mu odstawienie alkoholu i walka z rakiem. Przełom nastąpił w 2006 r.: Lee Roth ogłosił w radiu, że bez problemu pogodzi się z gitarzystą. Wspólne koncerty z lat 2007 i 2008 okazały się gigantycznym sukcesem. Przyniosły zespołowi 93 mln zysku.

Historię personalnych konfliktów muzycy skomentowali, nadając nowej płycie tytuł „Różne rodzaje prawdy". Pracując nad nowymi piosenkami, oparli się również na motywach stworzonych pod koniec lat 70. Przyjęcie singla „Tatoo" było znakomite. W pierwszym tygodniu teledysk na YouTube obejrzało milion fanów. Po premierze zespół pojechał na światowe tournée i 21 czerwca 2013 roku zarejestrował album wydany teraz pod nazwą „Tokyo Dom Live in Concert".

Album rozpoczyna klasyczny przebój „Unchained". Słuchamy porywających wersji „Jump" i „Panama". Ale są też mniej znane kompozycje – jak „Romeo Delight", „Mean Street" i „Ice Cream Man". Lee Roth nie dysponuje już tak znakomitym głosem jak przed laty, chwilami brakuje mu precyzji, ale z piosenki na piosenkę jest coraz lepiej. Można też podziwiać, jak mówi po japońsku w „Everybody Wants Some". A o tym, że muzycy poważnie potraktowali swój najnowszy studyjny album, świadczy obecność na koncertówce „Tatoo".

Wciąż wypada żałować, że w zespole zabrakło oryginalnego basisty Michaela Anthony,ego. Zastąpił go syn Eddiego – Wolfgang. Kto chce posłuchać Anthony,ego, może sięgnąć po wydane wraz z japońskim albumem wznowienia debiutu oraz krążka „1984".

Van Halen, "Tokyo Dome In Concert/ Van Halen/ 1984", Warner Music/Rhino 4CD, 2015

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA