fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Izba wyższa lubi latać

Fotorzepa/Maciej Kaczanowski
Senatorowie podróżują samolotem za granicę kilkakrotnie częściej niż posłowie. Średnio każdy wylatał już 32 tys. zł.

3,2 mln zł kosztowały w tej kadencji podróże zagraniczne senatorów. Kancelaria Sejmu przeznaczyła na podobny cel jedynie półtorakrotność tej kwoty, choć senatorów jest 100, a posłów 460, czyli niemal pięciokrotnie więcej.

Senatorowie tłumaczą, że liczbę spotkań podobną do tych w Sejmie musi obsłużyć mniejsza grupa członków izby. – Jeśli w którejś z polskich instytucji istnieją przejawy Bizancjum, to właśnie w Senacie – uważa jednak politolog dr hab. Rafał Chwedoruk.

Koszty podróży posłów i senatorów zestawiliśmy, występując o podobne dane do Kancelarii Senatu i Sejmu. Obie podały liczby za nieco inny okres. Kancelaria Senatu – od początku kadencji w listopadzie 2011 r. do grudnia 2014 r., a Sejmu – od stycznia 2011 r. do listopada 2014 r.

Mimo to można wywnioskować, że na terenie kraju senatorowie latają proporcjonalnie mniej więcej tak samo często jak posłowie. Kancelaria Senatu wydała na ten cel 4,66 mln zł, a Sejmu – 19,82 mln. W izbie wyższej najczęściej transport lotniczy wybierają senatorowie z okręgów słabo skomunikowanych kolejowo z Warszawą: Sławomir Preiss ze Szczecina, marszałek Bogdan Borusewicz z Gdańska i Jarosław Duda z Wrocławia (wszyscy z PO).

Dysproporcja pojawia się w przypadku podróży zagranicznych. Kancelaria Sejmu wydała na ten cel 5,09 mln zł, więc średnio 11 tys. zł na każdego posła. Podróże każdego senatora kosztowały przeciętnie aż 32 tys. zł. Nierówność jeszcze lepiej widać, zestawiając całkowitą liczbę wyjazdów członków izb, choć dane nie są całkowicie porównywalne z powodu różnych metodologii liczenia. W latach 2011–2014 posłowie byli za granicą 670 razy, a senatorowie – aż 800.

Kancelarie oprócz biletów opłacają też diety i hotele, o ile nie zapewni ich organizator spotkania. W obu izbach podobny jest też tryb występowania o delegację. Parlamentarzyści muszą złożyć wniosek do marszałka, a po powrocie rozliczyć podróż.

Dlaczego więc senatorowie tyle latają? Najczęściej za granicą w tej kadencji był Bogdan Klich z PO. Na liście jego 54 podróży są m.in. Azerbejdżan Maroko, Izrael i Jordania. „Rzeczpospolitej" tłumaczy, że jest to skutek pełnienia przez niego funkcji wiceszefa Komisji Spraw Zagranicznych.

– Niektóre wyjazdy łączą się z kontaktami między naszą komisją a komisjami innych państw, inne wynikają z zaproszeń rozmaitych instytucji zajmujących się polityką bezpieczeństwa. Przyjmuję tylko takie zaproszenia, które mają sens, tzn. dają szansę wystąpienia z referatem lub głosem w panelu – tłumaczy. Biuro senatora informuje, że podczas wyjazdów m.in. spotkał się z ukraińskim szefem MON, prezydentem Gruzji i wygłosił wykład na Harvardzie.

O dużym znaczeniu swoich wyjazdów mówi też drugi na liście najczęściej podróżujących Edmund Wittbrodt z PO, który za granicą był już 49 razy. – Nie ma wyjazdów, podczas których nie zabieram głosu, to by nawet nie wypadało – podkreśla.

Dodaje, że wyjeżdża często, bo przewodniczy w Senacie Komisji Spraw Unii Europejskiej, a spotkania szefów podobnych gremiów w ramach współpracy międzyparlamentarnej są na stałe wpisane do kalendarza. – Dysproporcja może wynikać stąd, że liczba spotkań międzynarodowych w Sejmie i Senacie jest stała, jednak posłów jest więcej, co daje większe możliwości rotacji – wyjaśnia.

W inny sposób zjawisko senackich podróży tłumaczy dr hab. Rafał Chwedoruk. – Każdy senator ma silną legitymację, jednak niewiele może. Wynik głosowań jest z góry przesądzony, a ciężar decyzji znajduje się na osi Sejm–rząd. Podróżując, podtrzymują złudzenie, że są ważni – mówi. – Poza tym senatorom mniej się patrzy na ręce – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA