fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i opinie

O euro bez populizmu

Waldemar Grzegorczyk
Fotorzepa/Waldemar Kompała
Sprawa przyjęcia przez Polskę euro jest ważną kwestią polityczną. Nie jest więc zaskoczeniem, że pojawia się w dyskusji przed wyborami prezydenckimi.

Ale dyskusja taka traci wszelki sens, kiedy zamiast argumentów merytorycznych używa się w niej populistycznych haseł.

A tak właśnie zrobił kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda, który wystąpił przeciw przyjęciu wspólnej waluty, grożąc wzrostem cen w sklepach. Przykładem jest według niego Słowacja, gdzie płaci się w euro od 2009 r., a ceny podstawowych produktów żywnościowych są wyższe niż w Polsce.

Rzeczywiście, jeśli przeliczyć ceny w słowackich sklepach na złote, pewnie się okaże, że wiele produktów jest tam droższych niż w Polsce. Tyle tylko, że wiąże się to nie z przyjęciem euro, ale raczej ze zmianami kursu tej waluty do złotego, kosztami produkcji, wysokością podatków.

Z danych statystycznych wynika, że wskaźniki wzrostu cen konsumpcyjnych nie zmieniły się znacząco po przyjęciu euro ani na Słowacji, ani w innych krajach, które to uczyniły w ostatnich latach, takich jak Estonia, Łotwa czy od tego roku Litwa. Odczucia społeczne mogą być tam oczywiście inne, ale i u nas jeśli zapytać ludzi o wzrost cen, to mimo trwającej od kilku miesięcy deflacji przypuszczalnie powiedzą, że wszystko drożeje.

Jeśli w Polsce ma się toczyć dyskusja o przyjęciu euro, to niech biorą w niej udział eksperci, którzy wezmą pod uwagę takie zagrożenia, jak koniec elastyczności kursowej, która uratowała nasz eksport w czasie ostatniego kryzysu w eurolandzie, czy utrata konkurencyjności naszych wyrobów na zagranicznych rynkach. Zresztą od czasu kryzysu w strefie euro większość naszych polityków, ale i ekonomistów, w dyskusji o przyjęciu wspólnej waluty zajmuje ostrożne stanowisko: „Nie spieszmy się, podyskutujemy, jak sytuacja się wyjaśni".

W tym kontekście akcja Dudy bardziej przypomina populistyczny wyskok byłego premiera Donalda Tuska, który jeszcze na fali euroentuzjazmu rzucił hasło: „Euro na Euro 2012". Ale potem starannie o nim zapomniał, jak zresztą o większości przed- i powyborczych obietnic.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA