fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Prof. Jan Błeszyński: Już jako chłopiec bawiłem się w sąd

materiały prasowe
Jak zostałem prawnikiem... dla „Rzeczpospolitej” prof. Jan Błeszyński

Rz: Nie marzył pan, jak inni mali chłopcy, o zawodzie strażaka.

Prof. Jan Błeszyński: Jako kilkulatek zamiast w gaszenie pożaru i pościgi za przestępcami bawiłem się w sąd. Od zawsze chciałem zostać prawnikiem. Pewnie zadecydowały o tym tradycje rodzinne. Wszyscy moi bliscy byli w jakiś sposób związani z sądem. Wyrosłem w atmosferze respektu dla sądu i w świadomości, że od jego niezawisłości zależy sprawiedliwość w życiu codziennym.

Skazywał pan kolegów?

Nie. Kulfonami wypełniałem papiery i prowadziłem akta spraw. Zawsze ciągnęło mnie do cywilistyki. U mnie w domu panował wręcz kult cywilistyki.

Studiował pan na przełomie lat 50. i 60. Jak to wówczas było?

Na uczelni czuć było odwilż. To były dobre lata na studiowanie. Nasze roczniki były nieporównywalnie mniej liczne niż obecnie. Było nas 220 na roku. Teraz studenci funkcjonują na zasadzie anonimowości. Myśmy się znali. Szczególnie grupy ćwiczeniowe były bardzo ze sobą zżyte.

Uczyli nas znakomici profesorowie. A wielkich osobowości było dużo, wśród nich Karol Koranyi, Juliusz Bardach, Cezary Berezowski, Jan Wasilkowski, Jerzy Jodłowski, Zbigniew Resich, Witold Warkałło. Najbliższy był mi jednak prof. Witold Czachórski, pod którego kierunkiem pisałem pracę magisterską i przygotowywałem doktorat. Dbał nie tylko o poziom merytoryczny swoich wykładów i seminariów, ale też o formę. Jego wystąpienia były zawsze popisem retoryki.

Dla ówczesnych studentek prof. Czachórski był idolem. Rozmawiałem kiedyś, już jako pracownik naukowy na wydziale prawa, o prof. Czachórskim z jedną ze studentek. Mówiła, że była właśnie na jego wykładzie. Zapytałem, jak go ocenia. – Wspaniale, słuchałam z zapartym tchem. – A o czym dziś mówił? – zapytałem. – Nie wiem – odpowiedziała. Stopień fascynacji wykładowcą jest sprawą indywidualną. W każdym razie te wykłady były nie tylko perfekcyjne w formie, ale i doskonałe w warstwie merytorycznej.

Z kolei prof. Witold Warkałło nie miał szczególnego talentu dydaktycznego, za to niewyobrażalną wręcz wiedzę i pamięć. Kiedyś opowiadał mi, że ma kłopot, bo zaprosili go z wykładem do Ameryki Południowej. – Nie mam wyjścia – mówił – nie mogę przewodniczyć sesji, nie używając biegle języka gospodarzy. Nauczył się więc hiszpańskiego. W sposób perfekcyjny znał wiele języków. Kiedyś przyjechali na uniwersytet Węgrzy. Profesor Warkałło na spotkaniu z nimi zacytował jedną z paremii łacińskich i zaabsorbowany własnymi myślami wypowiedź kontynuował w tym pięknym języku. Ktoś go więc upomniał, że przecież mówi do węgierskich gości. Profesor zreflektował się natychmiast i przeszedł płynnie na węgierski.

Pan też zna kilka języków. Jak się pan ich nauczył?

Prof. Czachórski wymagał, by praca doktorska miała aspekty prawnoporównawcze. Do komparatystyki przywiązywał ogromne znaczenie. Musiałem korzystać z literatury w językach francuskim, niemieckim, rosyjskim, w mniejszym stopniu angielskim, ale też słowackim i czeskim. Przez wiele lat zajmowałem się pod jego kierunkiem teorią tłumaczenia w świetle prawa autorskiego. Nie można było więc uniknąć języków obcych. Często była to jednak bierna znajomość. Obcokrajowców w tamtych czasach, zwłaszcza spoza bloku wschodniego, widziałem zaledwie kilka razy. Polska była państwem zamkniętym. Prof. Witold Czachórski robił wiele, żeby tę izolację przełamać.

Dlaczego zainteresował się pan prawem autorskim?

To też zawdzięczam prof. Czachórskiemu. Doradził mi je, uzasadniając to prosto: jest daleko od polityki, ma wyraźny aspekt międzynarodowy, jest ciekawe i ma perspektywy rozwoju, a ponadto jest fragmentem cywilistyki. Jak zwykle miał rację.

Jak wspomina pan studenckie życie towarzyskie?

Wspaniale. Miałem znakomitych kolegów. To długa lista, a byli wśród nich przyszli wybitni prawnicy m.in.: późniejsi małżonkowie Ewa i Janusz Łętowscy, Józef Okolski, Jerzy Ciemniewski, Maria Gintowt-Jankowicz, Niedaleko uniwersytetu działały dwie ważne dla nas instytucje kulturalne – kawiarnia Harenda i pijalnia wina przy kościele Karmelitów, ze znakomitymi i – co równie ważne – tanimi węgierskimi rieslingami. Spotykaliśmy się też na prywatkach. Chodziliśmy do teatrów i opery. Były wówczas bardzo dostępne ze względu na niskie ceny. Co roku był Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie. Jeszcze wówczas nie wiedziałem, że przyjdzie mi, już jako prawnikowi, współpracować z wieloma autorami i artystami.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA