fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Gramy na rakiety z Kremlem

Fot. Dmitry Beliakov
Bloomberg News
Po zerwaniu Traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE) Rosja będzie próbować zastraszyć Polskę i państwa bałtyckie.

Zawarte jeszcze w 1990 r. porozumienie nakładało zarówno na NATO, jak i na ZSRR (później Rosję) limity uzbrojenia w poszczególnych regionach oraz system ich kontroli przez międzynarodowych inspektorów. To jednak przeszłość: we wtorek wieczorem rosyjski MSZ niespodziewanie poinformował, że Moskwa nie jest już stroną porozumienia. Teraz Rosjanie mogą całkiem swobodnie przemieszczać swoje siły zbrojne bez informowania o tym sojuszu atlantyckiego.

– Rosja wykorzysta tę możliwość do podjęcia próby zastraszenia krajów bałtyckich, Polski oraz mniejszych państw zachodnich, jak: Szwecja, Finlandia, Dania i Holandia. Niemcy nie będą przedmiotem takiej presji, bo to dla Kremla zbyt ważny partner polityczny i handlowy – mówi „Rz" Igor Sutiagin, ekspert prestiżowego londyńskiego Royal United Services Institute (RUSI).

W szczególności Kreml chce wcześniej wyposażyć w pociski Iskander M stacjonującą w obwodzie kaliningradzkim 152. brygadę rakietową. Nowy sprzęt miałby zostać dostarczony jeszcze przed końcem roku, a nie w 2017–2018 roku, jak do tej pory się spodziewano.

– Rosja będzie symulować, że iskandery są wyposażone w pociski atomowe, i polskiemu wywiadowi trudno będzie to wykluczyć. Ale sądzę, że w rzeczywistości Kreml nie chce przemieszczać broni atomowej do obwodu kaliningradzkiego, bo to region trudny do obrony w razie konfliktu – przyznaje Sutiagin.

Polska najwyraźniej tę groźbę bierze poważnie pod uwagę. MON przyspieszył termin rozstrzygnięcia przetargu na budowę systemu obrony rakietowej, w którym startuje amerykański Raytheon i francuski MBDA. Decyzja ma zostać podjęta już w kwietniu, a nie, jak sądzono, do końca roku. Nieoficjalnie wiadomo, że od obu koncernów Warszawa zażądała przedstawienia takiego systemu, który byłby zdolny ochronić nasz kraj właśnie przed wystrzelonymi tuż zza granicy iskanderami.

– Chcemy pokazać Rosjanom, że mamy narzędzie, aby się obronić, że nie damy się zastraszyć. To taka gra o to, kto zrobi na kim większe wrażenie – mówią „Rz" polskie źródła dyplomatyczne.

Do niedawna Kreml mógł wykorzystać zerwanie traktatu CFE, aby rozlokować broń ofensywną także przy wschodniej polskiej granicy, na Białorusi. Jednak po zajęciu blisko rok temu Krymu Aleksander Łukaszenko nie zgadza się na takie rozwiązanie. Obawia się, że, tak jak na półwyspie, stacjonujące na miejscu wojska rosyjskie mogą posłużyć do przejęcia bezpośredniej kontroli nad terenami należącymi do byłej radzieckiej republiki.

– Polska nie jest krajem łatwym do zastraszenia nie tylko dlatego, że ma nowoczesne siły zbrojne, ale także ze względu na historyczne doświadczenia konfrontacji z Rosją – przyznaje „Rz" Nick Delorannaga, ekspert wojskowego instytutu analitycznego Jane's w Londynie.

Mimo decyzji Moskwy NATO nadal chce przestrzegać umowy CFE. Będzie więc ona także stosowana przez nasz kraj.

– Jesteśmy zawiedzeni decyzją Rosji. Wspieramy jednak dalej wszelkiej starania, aby ograniczyć broń konwencjonalną w Europie, i uważamy, że przestrzeganie traktatu CFE jest w tym kontekście bardzo ważne – oświadczył w środę sekretarz generalny sojuszu Jens Stoltenberg.

Trakt od dawna była ułomny. Zawarte przed 25 lat porozumienie nie uwzględniało rozpadu ZSRR oraz przejścia wielu krajów Układu Warszawskiego „na drugą stronę", w szeregi NATO. Państwa, które dopiero później odzyskały niepodległość, takie jak kraje bałtyckie, w ogóle nie są w porozumieniu uwzględnione.

Wynegocjowana w 1999 r. zmiana porozumienia nigdy nie została ratyfikowana przez kraje NATO, bo Moskwa nie zgodziła się na wycofanie swoich wojsk z takich terenów jak Naddniestrze. W grudniu 2007 r. Władimir Putin zawiesił stosowanie umowy. Późniejsze kontrole jej przestrzegania, obejmujące jedynie wyznaczone bazy, w żaden sposób nie pomogły zapobiec okupacji Krymu oraz rosyjskiej agresji w Donbasie.

– Zerwanie umowy CFE to ze strony Rosji przede wszystkim akt polityczny – mówi Igor Sutiagin. – Z jednej strony ma wprowadzić niepewność co do zamiarów Kremla, czego Zachód bardzo nie lubi. Ale z drugiej jest zaproszeniem ze strony Moskwy do rokowań nad nową umową i paradoksalnie ma zapobiec izolacji Rosji. O tym powiedział dosłownie szef rosyjskiej dyplomacji Sergiej Ławrow – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA