fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Andrzej Talaga: Powstrzymać Rosję to za mało

Prezydent Rosji Władimir Putin
AFP
O geopolityce i możliwej strategii wobec Moskwy pisze Andrzej Talaga

Prezydenci Obama i Komorowski, przewodniczący Rady Europejskiej Tusk oraz wiceprezydent USA Biden we wzajemnych rozmowach przemówili ostatnio jednym głosem: dalsze wojenne kroki Rosji spotkają się z surowszymi sankcjami. Wspólnie uznano Moskwę za agresora, choć wśród członków Unii Europejskiej nie ma już co do tego pełnej zgody.

Skoro tak, pojawia się fundamentalne pytanie, jaką zastosować wobec Rosji długoterminową strategię? Pasywne powstrzymywanie to za mało, da jej bowiem czas na lepsze przygotowanie do dalszej ekspansji, dla Polski korzystniejsze byłoby, gdyby Zachód przeszedł do ofensywy.

Wyzwalanie równie skuteczne

Główne mocarstwa Zachodu stosowały wobec państw-agresorów dwie doktryny: powstrzymywanie lub wyzwalanie. Bywały praktykowane wymiennie lub równocześnie. W wielkim skrócie, pierwsza zakładała bronienie zaatakowanych krajów, druga – odbieranie agresorowi ziem, które już podbił.

Pomińmy w tym miejscu trzecią drogę, czyli stopniowe ustępowanie przed agresją lub kapitulację, bo Polska nie pójdzie w tym kierunku.

W przypadku Związku Sowieckiego, poprzednika dzisiejszej Rosji, przykładem powstrzymywania była interwencja amerykańska w Wietnamie, a wyzwalania – wsparcie Stanów Zjednoczonych dla antykomunistycznej partyzantki w Angoli, Afganistanie i Mozambiku lub polityczne przekabacenie prezydenta Egiptu Sadata, aby porzucił sojusz z ZSRR.

Nie tylko wielkie mocarstwa, ale także mniejsze państwa, w tym Polska, stosowały odmiany obu doktryn. W naszym przypadku powstrzymywaniem była koncepcja Międzymorza, a więc wymierzonego w komunistyczną Rosję bloku państw pomiędzy Adriatykiem i Morzem Czarnym a Bałtykiem. Wyzwalaniem – prometeizm, czyli idea wspierania ruchów separatystycznych w ZSRR.

Która z obu doktryn przyniosła lepszy efekt? W przypadku Zachodu jako całości obie równie dobry, choć trzeba podkreślić, że upadek komunizmu był efektem raczej wyzwalania. W przypadku Polski – żadna, byliśmy bowiem za słabi, by prowadzić tak ambitną politykę, nawet za słabi, by się w ogóle obronić.

Czas na asertywność

Tym razem sytuacja nam sprzyja. Rosja Putina to nie ZSRR, jest militarnie, a przede wszystkim gospodarczo słabsza od głównego przeciwnika – NATO. Nawet polska armia mogłaby jej sprawić kłopot, gdyby Kreml zdecydował się na atak. Stany Zjednoczone wyznaczyły nieprzekraczalną granicę dalszej agresji Rosji – to terytorium paktu. W kuluarach słychać jednak, że tak naprawdę jest to granica Polski, bo państwa bałtyckie są z militarnego punktu widzenia nie do utrzymania. Żadnym gwarancjom nie wolno ufać w 100 procentach, ale trzeba przyznać, że sojusz wykonuje jednak widoczne ruchy usprawniające potencjalną obronę Polski. Sytuacja jest zatem o niebo lepsza niż w latach 20. XX wieku, można wręcz mówić o względnym zabezpieczeniu naszej ojczyzny.

Aktywność paktu jest typowym powstrzymywaniem; na Ukrainie ruchami politycznymi i gospodarczymi, w Polsce i państwach bałtyckich – militarnymi. O wyzwalaniu nie ma mowy. Szkoda, bo agresja rosyjska sprawia, iż problem mamy my, wprowadzenie w życie doktryny wyzwalania sprawiłoby, że problem ma Moskwa. Nie musiałoby to wcale oznaczać kwestionowania integralności terytorialnej Federacji Rosyjskiej. Wyzwalanie mogłoby objąć państwa i krainy zdominowane przez Rosję, ale niebędące jej częścią, na przykład Abchazję, Osetię Południową, Naddniestrze, wreszcie satelity Moskwy – Białoruś, Armenię, Kirgistan.

Krytycy przywołają zapewne nieudaną próbę wyzwolenia Osetii Południowej przez Gruzinów w 2008 r., która skończyła się wejściem wojsk rosyjskich do Gruzji właściwej, ale Zachód nie wsparł wtedy prezydenta Saakaszwilego. Teraz mogłoby być inaczej.

Polska sama niewiele zdziała, ale w naszym interesie leży niewątpliwie, by Rosja miała większy problem z nami niż my z Rosją. Moglibyśmy być podwykonawcą i szpicą amerykańskiej polityki wyzwalania, o ile Waszyngton zechciałby taką prowadzić. Warto go do tego namawiać.

Autor jest dyrektorem ds. strategii w Warsaw Enterprise Institute oraz dyrektorem ds. komunikacji w Sikorsky Aircraft/PZL Mielec. W przeszłości był m.in. zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA