fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Konrad Sawicki: Szantaż tradycjonalistów

Konrad Sawicki
archiwum prywatne
Dominik Zdort grozi papieżowi i jego współpracownikom: jeśli nie wycofacie się z drogi, którą obraliście, bądźcie gotowi na schizmę – pisze publicysta.

Swym artykułem „Schizma zacznie się w Polsce?" w „Plusie Minusie" Dominik Zdort de facto postawił obecny pontyfikat w stan oskarżenia. Zarzuty są najwyższego kalibru. A dowody? Mizerne. Można więc podejrzewać, że chodzi tu o coś więcej.

Oskarżenie wymierzone we Franciszka sformułowane jest na szczęście w formie pytającej. Nie zmienia to jednak faktu, że same pytania są tu dla biskupa Rzymu krzywdzące. Redaktor „Rzeczpospolitej" zastanawia się, czy papież przypadkiem nie szykuje Kościoła „na prawdziwie wielką zmianę – odrzucenie dotychczasowych moralnych zasad i reinterpretację nauki Jezusa Chrystusa". Czy nie jest to przypadkiem „przygotowanie do zburzenia Kościoła, aby na jego miejsce zbudować zupełnie nowe wyznanie? Czy Franciszek szykuje Sobór Watykański III, który ostatecznie zmiecie to, co dziś uważa się za katolicyzm?" – zapytuje Zdort.

Podsumujmy: odrzucenie moralnych zasad, reinterpretacja nauki Jezusa, zburzenie Kościoła, likwidacja katolicyzmu. W tej wizji Franciszek jawi się wręcz jak antychryst lub szatan, który – jak wiadomo – ma dokładnie taki sam plan. Żeby urzędującego następcę św. Piotra oskarżyć o tak poważne zamiary, nawet w formie pytającej, trzeba dysponować bardzo, ale to bardzo poważnym materiałem dowodowym. Czym zatem dysponuje publicysta?

Grzechy Franciszka

Pierwszy zarzut, który przewija się w komentowanym artykule jak refren, dotyczy niewyparzonego języka kard. Jorge Bergoglio. Zbyt często zdarza mu się coś chlapnąć. To zaś chętnie podchwytują media, tworząc własne interpretacje. Naturalnie nie zawsze zgodne z tym, co Kościół naucza.

Drugi grzech Franciszka? Chce się przypodobać mediom oraz czyni gesty „pod publiczkę", ponieważ tak naprawdę „lubi być kochany i chwalony".

Trzeci? Jest raczej praktykiem niż teologiem. Czwarty? Nie lubi swoich wiernych uczniów. Słowa krytyki ma tylko dla tych, którzy starają się żyć zgodnie katolickimi zasadami, innym natomiast jest w stanie wybaczyć wszystko. Wręcz zabiega o sympatię przeciwników Kościoła.

Piąty? Na piedestał wyniósł cnotę miłosierdzia i przez jej pryzmat chce widzieć cały świat, w tym homoseksualistów oraz rozwodników. No i jest jeszcze zarzut szósty. O to, że papież pozwolił na otwartą dyskusję nad dopuszczeniem (pod pewnymi, ścisłymi warunkami) do komunii św. rozwodników żyjących w ponownych związkach, co według autora może oznaczać reinterpretację Ewangelii.

Biorąc pod uwagę kaliber oskarżenia, pierwsze cztery zarzuty można zbyć milczeniem. Wszak redaktor Zdort chyba nie podejrzewa, że sporadycznymi lapsusami słownymi, flirtem z mediami lub krytyką kleru czy też wiernych można zniszczyć Kościół. Dwa ostatnie zarzuty są ze sobą powiązane i o nich faktycznie można zasadnie dyskutować. Co zresztą się dzieje od roku, czyli od głośnego konsystorza z lutego 2014 roku, na którym kard. Walter Kasper przedstawił swój referat poświęcony rodzinie. Tyle że dyskusja nadal trwa. Papież nie opowiedział się po żadnej stronie sporu i nie podjął żadnej decyzji.

Przed nami jest jeszcze kolejny Synod Biskupów, gdzie sprawa z pewnością powróci. Po co więc dziś brać tę toczącą się dyskusję za dowód na szatańskie zakusy Franciszka?

Dysonans pomiędzy oskarżeniami wymierzonymi w obecnego biskupa Rzymu a argumentami, które miałyby te oskarżenia tłumaczyć jest tak wielki i niezrozumiały, że zasadne staje się poszukiwanie drugiego dna artykułu Dominika Zdorta. W moim przekonaniu redaktor „Rzeczpospolitej" postanowił w ten dość dosadny sposób przemówić w imieniu części środowisk konserwatywnych i tradycjonalistycznych, które nie mogą ukryć swego rozczarowania czy wręcz strachu przed obecnym pontyfikatem. To akurat trzeba autorowi policzyć za zasługę. Że miał odwagę powiedzieć głośno to, co najwidoczniej niejednemu w jego otoczeniu leży na sercu. Niestety, gdy tok rozumowania doprowadził go do hipotezy o nadwiślańskiej schizmie, publicysta wyraźnie przeszarżował.

Straszenie frondą

Czytając artykuł Zdorta, wyczuwamy budowanie negatywnego napięcia, które znów ukierunkowane jest na Franciszka. Najpierw pojawia się wspomniane wyżej oskarżenie najwyższego kalibru. Później – niby mimochodem, bo w nawiasie – następuje ostrzeżenie. „Akceptację ze strony katolików papież ma zapewnioną niejako z urzędu (przynajmniej na razie)" – czytamy w środku tekstu. Owo „przynajmniej na razie" ma charakter lekkiego podniesienia głosu i zaczepnego zwrócenia uwagi, iż akceptacja części katolików może zostać wycofana. W końcu autor wytacza najcięższe działa, uprzedzając, że działania Franciszka mogą doprowadzić do buntu czy wręcz schizmy w Kościele.

Gdy w finale doczytujemy jeszcze o polskich katolikach, którzy mogą stanąć na czele owego buntu, nie mamy już wątpliwości, jakie wrażenie chce tym tekstem wywołać sympatyzujący z tradycjonalistami publicysta. Sądzę, że jest to niezbyt dobrze zakamuflowany szantaż. Jego celem jest sam papież oraz jego najbliżsi współpracownicy. Całość narracji jest tu tak zbudowana, by wyrazić groźbę: jeśli nie wycofacie się z drogi, którą obraliście, bądźcie gotowi na schizmę.

Zabieg ten dokonany został w sposób podwójnie nieelegancki. Po pierwsze Dominik Zdort polskich biskupów po nazwisku wrzuca do worka z napisem „przeciwnicy Franciszka". Czytelnik artykułu może wręcz odnieść wrażenie, że niektórzy z nich, gdy będzie trzeba, staną na czele buntu. Nie sądzę, by którykolwiek z wymienionych hierarchów był zadowolony z umieszczenia jego nazwiska w tym kontekście. Po drugie, gdy pada puenta o schizmie oraz istniejącym potencjale na rozpoczęcie jej w Polsce (co zresztą zostaje wzmocnione w tytule artykułu), powstaje obraz katolików znad Wisły, którzy by w jakiejś wyjątkowej sile opowiadali się przeciwko obecnemu papieżowi. Co naturalnie nie jest zgodne z prawdą. Czym innym jest krytyka lub wątpliwości wyrażane wobec tych czy innych aktywności obecnego biskupa Rzymu, a kompletnie czym innym myślenie o wyjściu z Kościoła.

Wydaje mi się, że tak zaprezentowanym dyskursem redaktor „Rzeczpospolitej" zrobił polskim tradycjonalistom niedźwiedzią przysługę. Do tej pory mieli oni w naszym Kościele twarz miłośników liturgii przedsoborowej oraz strażników tradycji. Teraz zaczną się kojarzyć z rebeliantami, którzy pozwalają sobie na szantażowanie następcy św. Piotra oraz straszenie frondą.

Autor jest publicystą, redaktorem „Więzi"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA