fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Koszmarne normy in vitro

Tomasz P. Terlikowski
Fotorzepa/Ryszard Waniek
Ustawa o in vitro powinna całkowicie zakazać przeprowadzania takich zabiegów. Nie ma bowiem innej drogi wyjścia z matni, w jaką wprowadzają nas rzecznicy przemysłu medycyny reprodukcyjnej – pisze publicysta.

Sprawa szczecińska – gdy podczas zabiegu in vitro nasienie ojca połączono z komórką jajową nie jego żony, ale innej kobiety – nie jest, niestety, jednostkowym, dramatycznym błędem medycznym, ale... dowodem na głęboką patologię, jaką jest procedura in vitro. Bez wycofania się z finansowania biznesu zapłodnienia pozaustrojowego, a także zakazania poczęcia w szkle nie da się uniknąć podobnych, a być może o wiele większych skandali. Wykluczanie klinik z programu rządowego, kierowanie spraw do prokuratury nie uzdrowi sytuacji, ponieważ ona – z samej natury in vitro – pozostaje chora. I co gorsza, niszczy tkankę społeczną i rodzinę.

Sprawa matki i dziecka ze Szczecina jest doskonałym dowodem na potwierdzenie tej ostatniej tezy. Otóż w sensie ścisłym, prawnym kobieta, która twierdzi, że nie jest matką swojego dziecka, nie ma racji. Wedle polskiego prawa, zmienionego zresztą na potrzeby przemysłu in vitro, matką jest kobieta, która urodziła, a co do faktu narodzin nikt tu nie ma wątpliwości. A jeśli tak jest, to nie ma wątpliwości, że kobieta jest matką swojego dziecka, i nie ma powodów, żeby się z tym nie zgadzać.

Oczywiście mam świadomość, że większość czytelników z takim postawieniem sprawy się nie zgodzi, a i mnie nie jest ono bliskie. Każdy z nas ma świadomość, że macierzyństwo biologiczne to nie tylko sam fakt noszenia dziecka w swoim łonie i późniejszych narodzin, ale także pochodzenia biologicznego, genetycznego. Więzy krwi, a dziś powiedzielibyśmy – genów, fundują (choć go nie wyczerpują) rodzicielstwo. Prawo zaś, które tego nie dostrzega, rozmija się z rzeczywistością i ludzkimi najgłębszymi emocjami.

Zmiany prawa w kierunku niszczenia biologicznego zakorzenienia relacji rodzinnych związane są jednak właśnie z procedurą in vitro. To jej zwolennicy doprowadzili do takiego ukształtowania prawa, które pozwala uznać, że geny (czy – posługując się starszym określeniem – krew) nie mają znaczenia w określaniu tego, kto jest matką. A powód jest niezmiernie prosty: chodziło o to, by przekonać rodziców dzieci pochodzących z in vitro heterogenicznego (czyli wykonywanego materiałem genetycznym niepochodzącym od jednego z małżonków), że rodzą oni swoje, a nie cudze dzieci.

Tyle że to zwyczajne kłamstwo, a przekonują się o tym zarówno rodzice, jak i – przede wszystkim – dzieci poczęte w ten sposób. Ogromna rzesza z nich, gdy dowiaduje się, że ich rodzice nie są w istocie ich rodzicami, zaczyna się domagać prawa do poznania swoich własnych, biologicznych korzeni, a gdy nie są w stanie tego zrobić (a prawo, choć kolejne wyroki pomalutku to zmieniają, wcale im poznania własnej przeszłości nie ułatwia), załamują się.

Ich sytuacja jest przy tym inna niż dzieci adopcyjnych, w przypadku tych ostatnich sytuacja jest bowiem zupełnie jasna, inaczej niż w przypadku dzieci, które w istocie nie mają genetycznych rodziców, którzy uznają się jedynie za dawców komórek jajowych czy spermy.

Zmiana prawa dotyczącego rodzicielstwa powoduje, że istotnym problemem staje się także zachowanie zakazu kazirodztwa. Jeśli bowiem rodzicem jest ten, kto rodzi, to nie widać powodu, by za rodzeństwo uznać dzieci urodzone przez różne kobiety, ale mające tę samą matkę genetyczną, albo dzieci urodzone przez różne matki, ale mające tego samego ojca genetycznego (choć innego ojca społecznego).

Często dzieci tego samego ojca czy tej samej matki nie będą nawet wiedzieć, że mają wspólnego genetycznego rodzica, bo dane o rodzicach genetycznych w większości krajów pozostają tajne. Ale nawet gdyby było inaczej, to prawo i tak nie dostrzeże tu pokrewieństwa. Tyle że geny są bezlitosne i nie biorą pod uwagę redefinicji kodeksowych, a jedynie rzeczywistość biologiczną.

Sprawa szczecińska, w której kobieta twierdzi, że urodziła nie swoje dziecko (a być może podobny problem mają też inne pary), jest więc tylko przedsmakiem tego, co niesie ze sobą procedura in vitro. I nie ma co udawać, że możemy uniknąć kolejnych problemów. Szczególnie że już teraz w Wielkiej Brytanii mowa jest o poczynaniu dzieci trojga rodziców (dwóch genetycznych matek i jednego ojca), w Polsce już funkcjonują surogatki (które są biologicznymi matkami), a rynek komórek jajowych i spermy ma się świetnie.

Nieuchronnie wpisana w procedurę in vitro jest również banalizacja życia ludzkiego i ludzkiego materiału genetycznego. Zarodki (czyli ludzie na początkowym etapie rozwoju) są masowo zamrażane i przechowywane jak rzeczy w wielkich butlach z ciekłym azotem, a nie jak ludzie. Ludzie przeprowadzający procedurę in vitro dokonują na nich selekcji, wybierając – czysto arbitralnie z naukowego punktów widzenia – te osoby na wczesnym etapie rozwoju, które uznają za lepsze, resztę skazując na zamrożenie (albo wylanie do zlewu, bo przecież nie ma w Polsce zasad, które by regulowały procedurę), a później ewentualną śmierć w trakcie rozmrażania (40 procent zarodków umiera właśnie podczas rozmrażania).

Byli pracownicy klinik in vitro nie ukrywają też, że część z zarodków, których rodzice już nie chcą, bywa wykorzystywana do badań, a nawet jest sprzedawana za granicę do rozmaitych eksperymentów. Ludzie na wczesnym etapie rozwoju są więc traktowani jak produkty. Ich rodzice zresztą traktują swoje dzieci podobnie, zwracając do reklamacji towar nieodpowiedniej jakości i domagając się – tak jest już w wielu krajach zachodnich – odszkodowań od klinik, które dostarczyły im „usługę" nie taką, jakiej oczekiwali.

Przy takim podejściu do życia trudno się spodziewać szczególnej wrażliwości na procedury czy troski o to, by odpowiednie komórki jajowe były zapładniane przez odpowiednie plemniki. Tu przecież nie chodzi o troskę o życie, tylko o skuteczność i czas. Zapładnia się więc więcej komórek jajowych, niż potrzeba, a zbędne mrozi się lub wyrzuca. Rodzicom zaś zawsze można opowiadać bajki o trosce o zarodki czy o tym, że żaden się nie zmarnuje, bo oni i tak nie mają możliwości tego sprawdzić.

Sprawa szczecińska też przecież nie wyszłaby na jaw, a rodzice nigdy nie dowiedzieliby się, że mają nie swoje genetycznie dziecko, gdyby nie to, że dziewczynka urodziła się z wadami genetycznymi. I tylko dlatego przeprowadzono testy. Gdyby była zdrowa, nikt by niczego nie sprawdzał.

Wady, o których mowa, uświadamiają jeszcze jedną rzecz nierozerwalnie związaną z procedurą in vitro. Otóż dla dzieci nią poczętych jest ona zwyczajnie niebezpieczna, rodzi bowiem znacząco większe ryzyko rozmaitych wad genetycznych. Gdy kilkanaście miesięcy temu mówił o tym ks. prof. Franciszek Longchamps de Berier, media pełne były szyderczych tyrad ludzi, którzy zarzucali mu brak wiedzy.

Teraz jednak każdy może zobaczyć, że ryzyko to jest znacząco większe.

Warto też zwrócić uwagę na to, że sprawa szczecińska dowodzi także, iż minister Bartosz Arłukowicz wprowadzał w błąd opinię publiczną, sugerując, że ośrodki, w których wprowadzony zostanie rządowy program refundowanego in vitro, zostały szczegółowo sprawdzone i że funkcjonują w nich ostre kryteria etyczne i profesjonalne. Pomorska placówka, w której doszło do kuriozalnej pomyłki, była jedną z tych, której pracownicy mieli kryteria przygotowywać. I dość szybko się okazało, ile warte są zapewnienia ministra i standardy etyczne klinik in vitro. Pomylenie komórek jajowych dowodzi, że żadne standardy w rzekomo kontrolowanej placówce nie istniały. A to rodzi obawy, że nie inaczej jest w innych obficie dofinansowywanych z budżetu państwa placówkach przemysłu in vitro.

Uczciwe załatwienie tej sprawy wymaga zatem nie tylko wycofania jednej placówki z rządowego projektu, ale wycofania się z programu w ogóle. Nie ma bowiem powodów, by publiczne pieniądze szły na finansowanie nieetycznego i niszczącego rodziny przemysłu.

Kolejnym krokiem powinno być zaś wprowadzenie ustawy o in vitro, a w niej całkowitego zakazu przeprowadzania takich zabiegów. Nie ma bowiem innej drogi wyjścia z matni, w jaką wprowadzają nas rzecznicy wielkiego przemysłu medycyny reprodukcyjnej.

Czy jest to możliwe? Polska pokazała już przynajmniej raz, że potrafi zmienić złe prawo i zły zwyczaj, gdy w 1993 roku wprowadziła zakaz aborcji. Wierzę, że także obecnie możliwe są odważne zdroworozsądkowe decyzje, które chronią ludzkie życie.

Autor jest redaktorem naczelnym TV Republika

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA