Literatura

Uśmiech Aliny Janowskiej

Rzeczpospolita
Wśród książek traktujących o blaskach i cieniach aktorskiego życia „Jam jest Alina, czyli Janowska Story” Dariusza Michalskiego jest pozycją godną najżywszej uwagi.
Pierwsza, dość oczywista, przyczyna to osoba portretowanej. Wybitnej aktorki, tancerki i piosenkarki, znanej z pamiętnych ról na dużym i małym ekranie oraz z występów w lekkim repertuarze – głównie na warszawskich scenach teatralnych i kabaretowych. Dokonaniami artystycznymi bohaterka książki mogłaby zresztą obdzielić kilka całkiem pracowitych żywotów.
Drugi powód, który czyni ten tom wyjątkowym, to emanujące niespożytą pozytywną energią wypowiedzi artystki, świadczące o głębokiej życiowej mądrości i sile charakteru. Te cechy pozwalały jej podnosić się po wielu życiowych dramatach, jakich jej pokoleniu nie szczędziły lata wojny i siermiężnego powojennego bytowania. Kolejny, chyba najrzadziej pojawiający się w podobnych podsumowaniach życia powód, to szczerość. Alina Janowska opowiada o swojej pracy, nie ukrywając tych stron kariery, do których jej środowisko woli się dziś nie przyznawać. Jej, o dziwo, nie przeszkadza wspominać swego uczestnictwa w rozmaitych masowych imprezach – z sentymentem, że dawała swoją sztuką nieco radości ludziom, którzy do teatru czy sal koncertowych chodzić nie przywykli.
Nieprzeciętna osobowość artystki sprawia, że z autoironicznym dystansem opisuje zarówno rzadkie artystyczne porażki, jak i, też nieczęste, chwile triumfów. Obok typowych anegdot wiele tu zadziwiających ciekawostek, w których bohaterka jawi nam się w całkiem innym świetle. Wyjazd na festiwal filmowy do Wenecji, z ekipą twórczą „Samsona” Wajdy, zaowocował np. nieoczekiwanym zamówieniem. Redaktorkom najpopularniejszego we Włoszech pisma dla kobiet „Noi Donna” spodobała się suknia polskiej aktorki: „A to był mój własny projekt. W czasie festiwalu codziennie wychodziła specjalna gazeta, do której miałam narysować projekt swojej sukni. Narysowałam ją, ale nikomu nie opowiadałam, że suknie dla siebie – jakieś amerykańskie z dżetami, których nikt w Polsce jeszcze nie widział – kupowałam na ciuchach. Szłam z nimi do pani Grabowskiej do Mody Polskiej i prosiłam, żeby mi je tam przerabiali według projektów, które im rysowałam”. Tytuł filmu „Samson”, nakręconego według powieści Kazimierza Brandysa, natchnął ją do wzbogacenia swej roli. Grała Żydówkę, choć z urody niepodobną, ukrywającą pobratymca w swojej mansardzie. Żeby od niej nie odszedł do powstania w getcie, miała zamiar pozbawić go, uśpionego, włosów – „tak jak w czasie okupacji nasze podziemie strzygło kolaborantów współpracujących z gestapo”. Na planie okazało się, że czuprynę Serge’a Merlina muska maszynką inna aktorka, co nie miało najmniejszego uzasadnienia. „Przecież to nie fryzjernia. Ale pan Andrzej nie byłby mistrzem, gdyby czegoś nie wymyślił: Samson uciekł, żeby walczyć w getcie, a ja, jako Żydówka, oddałam się ręce gestapo”. Wiele pożytecznych wiadomości da się z tej książki wyczytać, jakkolwiek nie wszystko. Na zdjęciu z „Telekabaretu” Alina Janowska stoi w otoczeniu podpisanych z imienia i nazwiska kolegów, poza pierwszym z lewej, określonym jako NN. Melduję posłusznie wydawcy, że to znakomity aktor charakterystyczny Ryszard Nawrocki, którego możemy zobaczyć choćby w roli Dyndalskiego w „Zemście” na scenie Teatru Polskiego w Warszawie. Dariusz Michalski „Jam jest Alina, czyli Janowska Story”. Prószyński i S-ka, Warszawa 2007
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL