Jak zarządzać wydatkami

Jakie mogą być skutki galopady płac

Rzeczpospolita
Szybko rosnące wynagrodzenia do pewnego momentu pobudzają gospodarkę, podobnie jak jeden, dwa kieliszki alkoholu pobudzają nasz organizm
Czy wzrost płac szkodzi gospodarce? Tak, jeśli jest zbyt duży – uważają ekonomiści. Ale co w tym przypadku oznacza „wzrost zbyt duży”? Odpowiedzi na to pytanie trzeba szukać na polach trzech ekonomicznych gier: płace – wydajność, koszty krajowe – koszty konkurentów zagranicznych i płace – zatrudnienie.
Jeżeli tempo wzrostu płac, a co za tym idzie kosztów pracy, jest większe od dynamiki wydajności pracy, rośnie koszt jednostkowy. Jeśli tak się dzieje w pojedynczym przedsiębiorstwie, to jego problem. Taka firma musi albo podnieść ceny sprzedaży swoich produktów, czego kupujący mogą nie zaaprobować, albo zgodzić się na zmniejszenie swojej rentowności. Jeżeli jednak zjawisko takie pojawia się w większości firm, zaczyna być dotkliwe dla całej gospodarki. Jego konsekwencje są nieco inne niż wtedy, gdy cała sprawa dotyczy jednego przedsiębiorstwa. Kupujący zaaprobują wzrost cen, ponieważ zarabiają więcej i mogą więcej wydawać. Zachwianie proporcji między płacami a wydajnością pcha ceny w górę, stając się źródłem inflacji. W Polsce w ubiegłym roku płace w sektorze przedsiębiorstw zwiększyły się o 9,5 proc., podczas gdy wydajność pracy o 8 proc. Na początku roku ta luka nadal się powiększała, bowiem roczny wzrost płac w styczniu i lutym przekraczał 10 proc. (w lutym wyniósł 12,8 proc.).
Co ciekawe, nie spowodowało to (jeszcze?) spadku rentowności. Buforem jest rosnący eksport i wyższa – mimo umacniającego się złotego – opłacalność eksportu (wedle badań GUS wynosi 5,7 proc.) niż sprzedaży na rynek krajowy (5,2 proc.). Ten amortyzator nie może jednak zbyt długo zabezpieczać przed pogarszaniem relacji między kosztami producentów krajowych a kosztami konkurentów zagranicznych. Wedle Eurostatu w czwartym kwartale 2007 r. koszty pracy w Polsce wzrosły o 11,1 proc., a w strefie euro tylko o 2,7 proc. Czterokrotnie szybszy niż w krajach starej Unii wzrost kosztów pracy musi powodować pogorszenie konkurencyjności naszej gospodarki. Szczęśliwie i tu mamy pewien bufor. Nasze płace są istotnie niższe niż w krajach bogatszych, a co za tym idzie, mniejszy jest ich udział w kosztach jednostkowych. Dlatego firmom zagranicznym wciąż opłaca się u nas inwestować. Także przedsiębiorstwa krajowe ciągle zadowala aktualna efektywność inwestycji. Dlatego wysoki wzrost wynagrodzeń nie przekłada się (jeszcze?) na zahamowanie procesu tworzenia nowych miejsc pracy. W sumie zatem mimo rosnących o ponad 10 proc. płac nie zaznaliśmy jeszcze negatywnych konsekwencji tej galopady. Byłoby jednak niedobrze, gdyby uśpiło to naszą czujność. Szybko rosnące wynagrodzenia do pewnego momentu pobudzają gospodarkę, podobnie jak jeden, dwa (no niech będzie – trzy) kieliszki alkoholu pobudzają nasz organizm. Wiadomo jednak, co się dzieje po przekroczeniu pewnej granicy. Następuje tzw. syndrom wczorajszego dnia. W gospodarce może on polegać na wzroście inflacji, zahamowaniu wzrostu eksportu i spadku zatrudnienia.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL