Świat

Obowiązkowy toast za Stalina

Portret Józefa Stalina pochodzący ze zbiorów Galerii Sztuki Socrealizmu w dawnej powozowni Pałacu Zamoyskich w Kozłowce k. Lubartowa na Lubelszczyznie
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Gruzini są dumni ze sławnego rodaka. W rodzinnym mieście najbardziej krwawego przywódcy ZSRR w najlepsze kwitnie jego kult - pisze z Gruzji Jerzy Haszczyński
Robert Maglakelidze jest dyrektorem Państwowego Muzeum Józefa Stalina w Gori. Siedząc przy biurku z flagami Gruzji i Unii Europejskiej, opowiada o najwspanialszym synu tej ziemi, który urodził się w malutkim domu (widać go z okien biura dyrektora), w rodzinie biednego szewca, a stał się przywódcą największego państwa świata i generalissimusem.
A zbrodnie, dziesiątki milionów ludzi wymordowanych, zagłodzonych, zamęczonych w czasach stalinizmu? – To radziecka biurokracja jest winna! On – tam na samej górze – nie wiedział, co się dzieje – mówi 58-letni dyrektor.
– To tak jak w wielkiej rodzinie. Ojciec jest dobry, lecz jego synowie mogą dręczyć służących. Ale ojciec o tym nie wie, a służący się nie poskarżą. Przywódcy olbrzymiego kraju jeszcze trudniej utrzymać nad wszystkim kontrolę, ma mnóstwo podwładnych, komisarzy, sekretarzy różnego szczebla, a im niżej, tym więcej okrucieństwa – przekonuje Maglakelidze, zapewniając, że Stalin chciał w latach 30. zorganizować wolne, demokratyczne wybory do Rady Najwyższej:– Nie pozwolili mu biurokraci, bali się, że stracą stanowiska – tłumaczy. W muzeum ekspozycja nie zmieniła się od 1979 roku, gdy na upadek ZSRR jeszcze się nie zanosiło. Nikt jej nie ruszył przez przeszło 16 lat niepodległej Gruzji, która coraz bardziej odcina się i od Moskwy, i od radzieckiej przeszłości. I zmierza do NATO. Można tu obejrzeć maskę pośmiertną Stalina, paczkę papierosów Hercegowina Flor, które lubił, dary, które mu przysyłano z różnych krajów, kopie zdjęć, także wykonanych przez carską policję po aresztowaniach. Są i książki, z których uczył się w miejscowej szkole Josif Dżugaszwili – pseudonim Stalin nawiązuje i do tego nazwiska pochodzącego od starogruzińskiego słowa „dżuga”, czyli „stal”, i do jego charakteru. Dyrektor zachwyca się wypracowaniami Dżugaszwilego.– Co za kaligrafia, i jaka znajomość rosyjskiego u kilkunastoletniego chłopca, którego rodzice zdania w tym języku nie umieli sklecić – podkreśla. Zapowiada, że za pół roku w jednej z salek pojawią się kopie zdjęć i dokumentów z lat czystek:– To nie znaczy, że znajdzie się tam coś przeciw Stalinowi, ale nie będzie to tak pozytywne jak w dotychczasowej ekspozycji – mówi. Kilkaset metrów od muzeum jest duży plac, nad którym góruje pomnik Stalina. Za jego plecami w monumentalnym budynku urzędują władze miasta. W podziemiu mieści się redakcja miejskiej gazety „Łomczabuki”.– Jeden Bóg wie, czy on był czemuś winien. To system za wszystko odpowiada, system stworzony przez Lenina. Stalin był prostym, skromnym człowiekiem, który chciał zrobić wiele dobrego, ale Politbiuro mu nie pozwoliło – opowiada redaktor naczelna Marika Zakaraszwili. Ona i reporterka Natia Meladze, obie koło trzydziestki, nie mogą zrozumieć, skąd ta niechęć do Stalina za granicą. Je rozpiera duma, gdy o nim mówią. Często bywają na spotkaniach przy winie i miejscowej wódce winogronowej – czaczy, podczas których wznosi się toasty: najpierw za Boga, następnie za pokój i rodzinę, a potem za Stalina. Czasem, w dalszej kolejności i za Miszę, czyli prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego. – „Za wielkiego Stalina, syna miasta Gori”, to toast obowiązkowy, nie można go nie wypić – mówi Natia Meladze, podkreślając, że ostatnio nastawienie do Stalina bardzo się poprawiło. Najgorzej było w ostatnich latach ZSRR, gdy wyciągano różne historie o zbrodniach z epoki stalinowskiej, kręcono filmy, jak „Pokuta” Tengiza Abuładzego, i za czasów pierwszego prezydenta niepodległej Gruzji Zwiada Gamsachurdii. Marika Zakaraszwili zapewnia, że w niektórych cerkwiach wspomina się Stalina, wymieniając go obok królów i męczenników gruzińskich. – Nie wiem, czy ci ludzie mają klapki na oczach, czy oszaleli. Stalin doskonale wiedział o zbrodniach, świadomie je organizował – denerwuje się Eldar Mamistraliszwili, profesor historii na uniwersytecie w Gori.Sam nazywa siebie antystalinistą, jednym z nielicznych w tym mieście. Nie wznosi toastów za Stalina. Jego zdaniem wielu Gruzinów traktuje muzeum w Gori jak świątynię i po cichu marzy o powrocie tamtej epoki: – To jest nasze nieszczęście to zamiłowanie do dyktatury. Stalin nawet dla swojej Gruzji niczego dobrego nie zrobił, wyniszczył gruzińską inteligencję, i nie tylko inteligencję – dodaje profesor. Eldar Mamistraliszwili przyznaje jednak, że sam płakał, gdy Stalin umarł w 1953 roku. Jako 14-letni uczeń szkoły dla chłopców w Gori stał w tłumie i rozpaczał. Płakał wtedy cały Związek Radziecki. Ale później – na studiach – uczyli go profesorowie, którzy byli świadkami czystek i represji z lat 30. Powoli spadały mu łuski z oczu. Teraz sam przekazuje prawdę studentom. Często, przychodząc na uniwersytet, młodzi ludzie niczego nie wiedzą o zbrodniach stalinowskich, bo w ich rodzinnych domach wciąż panuje kult Stalina.– To był geniusz zła – mówi profesor Mamistraliszwili o Stalinie, którego pomnik widać z okien jego mieszkania w skromnym domu z czasów radzieckich. 80-tysięczne Gori (położone 70 kilometrów na zachód od stolicy Gruzji Tbilisi) to przede wszystkim zaniedbane dwukondygnacyjne budynki z balkonikami, ciągnące się wzdłuż prostych ulic, w tym najważniejszej z nich – alei Stalina.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL