fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Podróż do kresu Kresów

Mariusz Cieślik
Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Mickiewicz, Słowacki, Trylogia Sienkiewicza – to pierwsze skojarzenia, jakie ma kulturalny Polak, gdy usłyszy słowo „Kresy".
Ten mniej kulturalny nie ma żadnych, bo tematyka kresowa, skutecznie marginalizowana w czasach PRL z powodów politycznych, dziś przestała wywoływać emocje i zainteresowanie z przyczyn naturalnych. Generacja, która z Kresów przyjechała, nieuchronnie odchodzi, a młodsze roczniki nie bardzo się tamtymi stronami interesują. Nie był to popularny kierunek wycieczek ani w czasach Związku Sowieckiego (bo mało kogo tam wpuszczano), ani dziś (bo oferta turystyczna Ukrainy czy Białorusi nie jest oszałamiająca). Nie przekazywano też z pokolenia na pokolenie pamięci o Kresach, bo w słusznie minionym ustroju lepiej było na ten temat milczeć. Mówienie mogło oznaczać kłopoty.
Być może to dlatego przez ćwierć wieku wolnej Polski w kulturze masowej nie znalazło się zbyt wielu twórców zainteresowanych nadrabianiem zaległości w tematyce kresowej. W zasadzie można wskazać tylko jedno głośne dzieło rozgrywające się na tamtych terenach. Mam na myśli „Ogniem i mieczem" Jerzego Hoffmana, które mimo doklejania na siłę poprawnego politycznie przesłania (że Ukraińcy też mieli swoją rację, czego u Sienkiewicza nie znajdziemy) odkrywają kawałek zakazanej za komunizmu przeszłości. Gwoli kronikarskiej dokładności dodam, że „Pan Tadeusz" Andrzeja Wajdy teoretycznie rozgrywa się na Litwie, ale doprawdy nie sposób się domyślić, gdzie to jest. Na oko na Mazowszu. Nieco lepiej było w ostatnim 25-leciu w literaturze, ale i tu najważniejsze dzieła powstały wiele lat temu. Ale najlepiej było, mimo wszystko, za znienawidzonej komuny. Wtedy, gdy swoje wileńskie książki wydawali Miłosz i Konwicki, kresowe dramaty zapisywali pisarze miary Stryjkowskiego czy Buczkowskiego, a Sylwester Chęciński kręcił „Samych swoich", opowiadającą o przesiedleńcach polską komedię wszech czasów. Trzeba się powoli godzić z tym, że Kresy, jakie znaliśmy z kart książek, już na zawsze tam zostaną. Chyba że tę sytuację zmieni film Wojciecha Smarzowskiego o rzezi wołyńskiej.
Tym bardziej cieszą pozycje takie jak „Puklerz Mohorta" Krzysztofa Masłonia. Książka przyjemna i pożyteczna. Tych przymiotników użyto w tytule pierwszego w historii polskiego czasopisma, ja zaś stosuję je tu bez choćby odrobiny lekceważenia. Jest to bowiem rzecz tak pięknie wydana, że aż przyjemnie jest na nią popatrzeć, podziwiając zamieszczone w książce przedwojenne zdjęcia Kresów. A pożytek też jest z niej niemały. Jasne, że nie jest łatwo napisać coś nowego o romantycznych wieszczach, ale im już poświęcono tyle książek, że można się skupić na postaciach mniej znanych. I to właśnie robi Krzysztof Masłoń. Dzięki temu ja, dziecko wychowujące się w latach 80. XX wieku, mogłem się wreszcie dowiedzieć, że jeden z moich ulubionych filmów z tego czasu, „Oko proroka", to adaptacja powieści lwowiaka Władysława Łozińskiego. Podobnie jak serial, który wtedy niesłychanie lubiłem: „Rycerze i rabusie" (zapewniam, że dziś nikt w Polsce nie robi produkcji na podobnym poziomie). Ale takich odkryć jest tu znacznie, znacznie więcej. Przypomina choćby autor innego Łozińskiego, Walerego, pisarza niesłychanie w swoim czasie popularnego, nazywanego „lwowskim Dumasem" i jednocześnie człowieka niezwykle barwnego (który z powodu temperamentu często się pojedynkował, co w końcu doprowadziło go w nieoczekiwany sposób do zguby).
Ale ważniejsze jest co innego. Dopiero lektura wszystkich tekstów składających się na „Puklerz Mohorta" (wcześniej czytywałem niektóre w „Rzeczpospolitej") uświadomiła mi, jak wielu spośród najważniejszych XX-wiecznych polskich pisarzy wywodzi się z Kresów. I jak mocno w wielu wypadkach wpłynęło to na ich twórczość. Na co dzień nie zastanawiamy się, że to (poza już wymienionymi klasykami) i Bruno Schulz, i Zbigniew Herbert, i Ksawery Prószyński, i Jarosław Iwaszkiewicz, i Paweł Jasienica, i Zofia Kossak, i Andrzej Kuśniewicz, i Józef Mackiewicz, i Jan Parandowski. Doprawdy wymieniać można by jeszcze długo i wiele by z tego nie wynikło, gdyby wszyscy oni mieli do swoich stron rodzinnych równie obojętny stosunek jak Stanisław Lem, który poświęcił rodzinnemu Lwowowi tylko jedną wspomnieniową książkę (w jego przypadku jest to o tyle zrozumiałe, że pisał science fiction, więc przeszłością się nie zajmował). Pozostali czuli się jednak z rodzinnymi stronami związani do końca życia i to tym wspomnieniom zawdzięczamy wiele wspaniałych dzieł, podstawowych w ich dorobku. Bez Kresów nie sposób sobie wyobrazić historii literatury polskiej, tej z okresu romantyzmu, tej z okresu realizmu (Eliza Orzeszkowa) i tej XX-wiecznej. Wydaje się jednak, że tę XXI-wieczną będziemy sobie musieli opisywać bez tego motywu. Chyba że z pamięcią o Kresach stanie się nagle coś podobnego, co stało się z pamięcią Powstania Warszawskiego za sprawą muzeum stworzonego przez ekipę Jana Ołdakowskiego (pod auspicjami Lecha Kaczyńskiego). Nie jest to może bardzo prawdopodobne, ale co szkodzi pomarzyć.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA