fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Szukam bohaterów optymistów

AP
Najchętniej gram ludzi trochę przesiąkniętych dzieckiem, trochę naiwnych, pełnych różnych nadziei i tęsknot, żyjących w świecie fantazji i wierzących, że może ich spotkać coś pięknego - mówi Christopher Lambert w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej"
[b]Urodził się pan w Nowym Jorku, mieszkał w Stanach i we Francji, do szkoły chodził w Szwajcarii, pierwszą pracę na giełdzie podjął w Londynie, jest właścicielem restauracji w Argentynie. Czuje się pan obywatelem świata? Czy jest jakieś miejsce, gdzie czuje się pan najlepiej?[/b]
Całe życie podróżuję, mieszkam w hotelach, zamiast szafy mam walizki. I kocham taki tryb życia. Nauczyłem się, że dom to nie miejsce, lecz ludzie. Najszczęśliwszy jestem, gdy w pobliżu jest moja córka. [b]Podobno ojciec wymarzył dla pana karierę w świecie wielkiej finansjery.[/b]
Ojciec pracował w Organizacji Narodów Zjednoczonych, należał zresztą do grona jej założycieli. Był szalenie poważnym człowiekiem. Nigdy nie widziałem go młodego, bo kiedy się urodziłem, był już po pięćdziesiątce. Rzeczywiście uważał, że jego syn powinien zostać finansistą. Dlatego zaraz po szkole zacząłem odbywać praktyki na londyńskiej giełdzie. [b]Ale nie spodobało się to panu?[/b] Było nawet dość ciekawie, ale wiedziałem, że to nie dla mnie. Chciałem być aktorem. We Francji wszystkich obowiązywało wówczas odbycie służby wojskowej, więc jako osiemnastolatek na rok uciekłem do armii, a potem zapisałem się do paryskiej Conservatoire. [wyimek]Każdy aktor nosi w sobie tysiąc różnych osobowości. Ale trzeba też pamiętać o własnych ograniczeniach i predyspozycjach[/wyimek] [b]Role, które uczyniły z pana gwiazdę, przyszły jednak nie z Francji, lecz ze Stanów. [/b] W Conservatoire źle się czułem. Uważałem, że zbyt wiele wagi przywiązuje się tam do teorii, za mało do praktyki. Zacząłem więc szukać pracy w kinie. Zagrałem kilka epizodów we francuskich filmach i wtedy przyszła propozycja ze Stanów, z produkcji „Greystoke. Legenda Tarzana, władcy małp”. A zaraz potem były „Metro” i „Nieśmiertelny”. [b]Lubi pan bawić ludzi?[/b] Całe życie staram się to robić. Czasem mi wychodzi lepiej, czasem gorzej. Mnie samemu gra daje wiele radości, ale mam świadomość, że tak naprawdę nie chodzi o moją przyjemność, lecz widzów. [b]Niektórzy aktorzy, zwłaszcza europejscy, gardzą amerykańskimi hitami...[/b] Nie uznaję takiej postawy. Są amerykańskie filmy, także rozrywkowe, które mają bardzo dobre scenariusze i nie ma co się ich wstydzić. Ale oczywiście, jak ktoś gardzi kinem komercyjnym, to niech go nie robi. Bo ta pogarda i niechęć zawsze sfotografuje się na ekranie. [b]Czym jest dla pana aktorstwo? W jednym z wywiadów powiedział pan, że zna pan swoje zawodowe ograniczenia.[/b] Aktor powinien mieć świadomość własnych możliwości. Nie ma na świecie wykonawcy, który mógłby zagrać wszystko. Ja nie jestem pewny, czy byłbym w stanie stworzyć takie, jakich podejmuje się Robert De Niro. Ale też nie wyobrażam go sobie w „Greystoke...”. Reżyserzy też o tym wiedzą. Dlatego nikt by mi nie zaproponował występu w „Taksówkarzu”. [b]Wierzy pan w aktorskie specjalizacje?[/b] Myślę, że każdy aktor nosi w sobie tysiąc różnych osobowości. Ale trzeba też pamiętać o własnych ograniczeniach i predyspozycjach. Niektórzy przez całe życie kojarzeni są ze złymi charakterami, inni stają się wiecznymi kochankami. A ja lubię wcielać się w marzycieli. Najchętniej gram ludzi trochę przesiąkniętych dzieckiem, trochę naiwnych, pełnych różnych nadziei i tęsknot, żyjących w świecie fantazji i wierzących, że może ich spotkać coś pięknego. Szukam dla siebie bohaterów optymistów, których nic nie jest w stanie pognębić ani zniszczyć. Ludzi myślących, że dopóki się żyje i oddycha, trzeba walczyć. To zresztą wcale nie ogranicza mojego repertuaru do kina familijnego czy kina akcji. Grałem przecież także w bardzo poważnych, a nawet mrocznych obrazach. [b]Pamiętam pana w roli wzorowanej na księdzu Popiełuszce w „Zabić księdza” Agnieszki Holland. [/b] Dla Polaków Popiełuszko był ikoną, dla mnie marzycielem. W bardzo trudnym momencie polskiej historii, narażony na represje ze strony komunistycznej władzy, chciał spełnić swój sen o wolności. To był wielki człowiek, pełen odwagi i heroizmu. Grając kogoś takiego, aktor nie ma co udawać, że się z nim identyfikuje. Jeszcze gorsze efekty przynosi zewnętrzne, płytkie naśladownictwo, bo wtedy na ekranie pojawia się tylko mizerna kopia. [b]To jaka jest recepta na zagranie autentycznej postaci?[/b] Trzeba starać się takiego człowieka zrozumieć. Przetrawić w sobie i zagrać własnym sercem. Mam nadzieję, że udało mi się tego dokonać w przypadku Popiełuszki. A dzisiejszy świat potrzebuje idealistów. Wzorów do naśladowania. [b]Jakim doświadczeniem była współpraca z Agnieszką Holland?[/b] Wspaniałym. Agnieszka jest świetnym reżyserem. Jest artystką inteligentną, wrażliwą, a przede wszystkim pełną pokory. Wobec sztuki, świata, innych ludzi. [b]Teraz przyjechał pan do Polski, by zagrać w „Kierowcy”. Dlaczego przyjął pan propozycję Jerome’a Dassiera?[/b] Spodobał mi się scenariusz, inny od tych, które zwykle do mnie trafiają. Akcja filmu rozgrywa się w ciągu jednej nocy i koncentruje wokół samochodu z piękną dziewczyną za kierownicą. Momentami jest strasznie, momentami śmiesznie. Może czymś widza zaskoczymy. Mój bohater niesie jakąś tajemnicę, w bagażniku podróżuje nieproszony pasażer, a Agnieszka Grochowska jest po prostu śliczna. Nic więcej nie powiem. [b]Jak się pracuje nad „Kierowcą”?[/b] Spotkałem się z Jerome’em i od razu dogadaliśmy się. Mamy podobne spojrzenie na kino i na życie. To bardzo ważne. Bo ja nie gram w filmach dla zabicia czasu. Jeśli spędzam na planie dwa miesiące, a czasem więcej, to chcę się na nim dobrze czuć. Jerome chce podejmować ryzyko. Nie ma komfortu pracy, jaki zapewnia budżet w wysokości 20 mln euro, więc musi być twórczy, musi eksperymentować i cały czas myśleć. A mnie się to podoba. [b]Ostatnio pracował pan w Rumunii, Bułgarii, na Węgrzech, teraz kręci pan w Polsce. To przypadek? Czy jest pan zainteresowany tą częścią Europy?[/b] Wszystko, co nowe, jest dla mnie interesujące. Kraje postkomunistyczne otworzyły się ostatnio i ja naprawdę myślę, że ten rejon stanie się w przyszłości dla Europy ważny. Oczywiście wiele macie jeszcze do zrobienia. Ale ludzie, którzy wyrwali się ku wolności, bardzo szybko nadrabiają zaległości, gonią rozwinięte państwa, uczą się demokracji. Europa Zachodnia nie wymyśli już wiele, tam panuje stagnacja. [wyimek]W latach 80. i 90. widzowie czekali na kino mocne, pełne akcji. Dzisiaj wolą filmy płynące z serca[/wyimek] Europa Środkowa i Wschodnia rozwija się dynamicznie, zmienia z dnia na dzień. Poza tym macie świetny przemysł rozrywkowy. W czasach komunizmu był on zduszony, kontrolowany przez państwo. Pamiętam, gdy kręciliśmy z Agnieszką „Zabić księdza”, to nie mogliśmy przyjechać na zdjęcia do Polski. Potem przeżyliście szok, gdy skończył się finansowy mecenat państwa. Ale dzisiaj pojawia się coraz więcej prywatnych sponsorów, a ludzie oddychają pełną piersią i czują się wolni. Mogą robić, co chcą. Myślę, że wszystkie te zmiany są bardzo obiecujące. [b]A jak pan widzi przyszłość kina zachodniego?[/b] W Stanach i na zachodzie Europy filmowcy będą musieli zmniejszyć koszty produkcji filmów. To paranoja, żeby „Asterix na olimpiadzie” kosztował 80 mln euro! Czas też skończyć z tymi wszystkimi powtórzeniami, kolejnymi częściami, remake’ami, odcinaniem kuponów od dawnych pomysłów. I wrócić do kina, które nie opowiada o eksplozjach, ale o ludziach. W latach 80. i 90. widzowie czekali na kino mocne, pełne akcji. Dzisiaj wolą filmy płynące z serca. Jak można konkurować z telewizyjnymi kanałami, z tymi wszystkimi serialami, które przychodzą do domu za darmo? Chodzę na „Piratów z Karaibów”, „Gwiezdne wojny” itp. Ale marzę o filmach takich jak „Szósty zmysł”, „American Beauty” czy „Miasto gniewu”. Albo francuski „Sekret ziarna”. O opowieściach, które ludzie kręcą dla ludzi. To jest dla mnie przyszłość kina. A nie ekranowe seriale. [b]Dlatego nie zagrał pan w piątej części „Nieśmiertelnego”?[/b] Wystąpiłem w czterech filmach z tego cyklu i wystarczy. [b]Podobno ma pan we Francji własne winnice. Czy to sposób na niezależność?[/b] Winnic już nie mam, bo nie dogadywałem się z moim partnerem, więc sprzedałem udziały. Ale stale prowadzę rozmaite interesy. Zajmuję się biznesem od 15 lat. Jestem osobą energiczną i aktywną. Jako aktor gram średnio w jednym filmie na rok, co zajmuje mi dwa, trzy miesiące. Przestałem przyjmować role w filmach, które mnie nie bawią. To co miałbym robić przez resztę roku? [b]A myśli pan czasem o reżyserii?[/b] Tak. Chcę nakręcić film, mam już nawet scenariusz. Jak mi się spodoba, to może zrobię dziesięć następnych. Ale na razie muszę zrobić ten pierwszy. I chyba będę go realizował w Polsce, z tym samym producentem i z tą samą ekipą, z którą pracuję nad „Kierowcą”. W Polsce bardzo mi się spodobało. [ramka]W „Kierowcy” Jerome’a Dassiera zagrał francuskiego biznesmena, który przyjeżdża do Warszawy i na jedną – jak się okaże – burzliwą noc wynajmuje limuzynę z kierowcą. Urodził się 29 marca 1957 r. w Nowym Jorku. Przez dwa lata studiował aktorstwo w paryskiej szkole teatralnej, ale potem rzucił studia i zaczął grać epizody w filmach. Sławę przyniosły mu role w „Greystoke. Legenda Tarzana, władcy małp” Hugha Hudsona, „Metrze” Luca Bessona i „Nieśmiertelnym” Russella Mulcahy’ego. Dziś ma na swoim koncie ponad 50 ról filmowych, zarówno w obrazach amerykańskich, jak i europejskich. Zagrał m.in. postać wzorowaną na księdzu Jerzym Popiełuszce w „Zabić księdza” Agnieszki Holland. W latach 90. Lambert zaczął też produkować filmy, jest współautorem scenariusza „Odkupienia” Russella Mulcahy’ego. Ma 14-letnią córkę Eleonorę z byłą żoną, aktorką Diane Lane. Obecnie spotyka się z Sophie Marceau (zagrał główną rolę w jej filmie „La Disparue de Deauville”).[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA