fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jak stado mew

Bogusław Chrabota
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Portugalia, przycupnięta jak stado mew na krawędzi Europy.
Lizbona, niegdyś uosobienie kolonialnego splendoru, dziś już tylko rozłożysta metropolia nad szerokim ujściem Tagu. Delikatne wzgórza, na szczycie któregoś z nich średniowieczny Castelo de Sao Jorge. Przez Morze Słomiane przerzucone nitki mostów. Najdłuższy z nich, wygięty szerokim łukiem Ponte Vasco da Gama, prowadzi na południe. Cóż to za most, ile kilometrów żelaza i betonu! Ciągnąca się niemal w nieskończoność ścieżka dla samochodów, ciężarówek i motocykli.
Nad miastem po przeciwnej stronie, u wrót do Alentejo, figura Chrystusa. Kopia zbawiciela z Rio. Wysoki cokół, rozłożone ręce. Wzrok utkwiony w dachach miasta, które w dzień mieni się kolorami błękitnej ceramiki azulejo, ale z daleka, przed zachodem słońca, ma jednolity, różowy kolor. Gdzieś w tle chmury, które przewalają się doliną Tagu od strony Hiszpanii w kierunku oceanu.
Lizbona to wrota Atlantyku, brama nowego świata. Tu, w Belem, w cieniu klasztoru Hieronimitów, mają swoje symboliczne groby odkrywcy. Tu dzielny Magellan spogląda z cokołu pomnika odkrywców w stronę szerokich wód zachodu. Obok stare kurorty, plaże, wysunięte w morze betonowe mola. Na klifie zawieszone stare wille i manierystyczne pałace. W Estoril, tuż obok alei wybujałych cedrów prowadzącej w stronę kasyna, Hotel Palacio, zbudowany pewnie na początku zeszłego stulecia. Portier chwali się, że kręcono tu pierwszy odcinek Bonda, a on zagrał epizodyczną rolę. Może i tak, bo jest zasuszonym staruszkiem, który z pewnością mógł przed laty ściskać mocną dłoń młodego Seana Connery'ego.
Teraz w hotelu Palacio odbywa się międzynarodowa konferencja podsumowująca ćwierćwiecze przemian demokratycznych na wschodzie Europy z czterdziestoleciem rewolucji goździków w tle. To już cztery dekady, odkąd masowe protesty nad Tagiem zmiotły z powierzchni ziemi pozostałości po zmurszałej dyktaturze Salazara.
Byłem w Portugalii ledwie 12 lat później. Kraj wstępował wtedy do Unii, ale nastroje lewicowej rewolucji były wciąż żywe. Portugalczycy chwalili się, że tylko cudem udało im uchronić kraj przed wahadłem historii, które po latach prawicowej dyktatury chciało ich wepchnąć w objęcia dyktatury komunistów. Pierwsze miesiące portugalskiej wolności w istocie były wypełnione gorącym żarem lewicowości. Takie były czasy, bohaterami latynoskiego świata wciąż byli Che Guevara i Fidel Castro. Marzenia o świecie wolnych i równych ludzi podsycała sowiecka agentura.
A jednak Portugalia ustrzegła się radykalizmu lewicy, a w 1975 roku wymazano nawet z konstytucji zapis o budowie socjalizmu. Odtąd kraj podążał prostą drogą w stronę Europy. Ale wtedy, gdy widziałem Portugalię po raz pierwszy, lewicowe tęsknoty były wciąż żywe, a z murów straszyły rewolucyjne graffiti. Dziś nie ma już po nich śladu, choć tęsknota za socjalizmem została: socjalizmem rozumianym po portugalsku, czyli wiarą w to, że państwo rozwiąże problemy socjalne, zagwarantuje pracę i powszechny dobrobyt. O to wciąż walczą związki, dlatego codziennie strajkują pracownicy sektora publicznego, od listonoszy po pracowników metra. Strajki to portugalska codzienność.
Ale Estoril nie strajkuje. Forum polityczne zgromadziło intelektualistów z obu stron Atlantyku. Królują Amerykanie i Brytyjczycy. Ważne nazwiska i lordowskie tytuły, lunche i obiady poświęcone Dahrendorfowi, Aronowi i Churchillowi. Towarzystwo jest mocno konserwatywne, wszak głównym organizatorem jest lokalny Uniwersytet Katolicki. Jednak poraża intelektualna bezradność tego grona wobec wyzwań współczesności. Profesorowie z Bostonu czy Londynu jakoś nie radzą sobie z identyfikacją zagrożeń demokracji, które niesie dwudziesty pierwszy wiek. Wciąż dyskutują z Fukuyamą i Huntingtonem. Wyraźnie brakuje nowych nazwisk i rozumienia tego, co się dokonało w Europie w ostatnich latach. Nowe państwa członkowskie Unii (już nie takie nowe) to wciąż w ich oczach rozbrykane dzieci, niedojrzałe systemy i nieprofesjonalni przywódcy. Pytam ich, czy naprawdę chcą się wsłuchać w to, co mamy do powiedzenia. Grzecznie odpowiadają, że tak, lecz wciąż myślą po swojemu. A kiedy wreszcie mam poczucie, że my ze Wschodu – Czesi, Węgrzy, Słowacy, Polacy – wnosimy do dyskusji coś nowego, stary oksfordzki akademik podsumowuje, że nowym elitom z Europy Środkowej brakuje politycznego profesjonalizmu, czego dowodem są nagrania z podsłuchów w Warszawie. Siedzący obok Adam Rotfeld dzieli się uwagą, że naszym elitom brakuje nie tyle umiejętności zawodowych, ile kultury moralnej, bez której nie ma rozumnej demokracji. Trudno się nie zgodzić: w konserwatywnym Estoril te słowa brzmią wyjątkowo wiarygodnie.
I tak myśl zatacza koło. Odległa Lizbona nie jest tak odległa, jak się wydawało, a Oxford tak oderwany od polskiej rzeczywistości. Echo wywoływane przez uderzenie młota w polityków nad Wisłą dochodzi także do ujścia Tagu. Świat małych odległości. Globalna wioska. Pamiętajmy o tym.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA