fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Afroamerykanie idą do kina

Tyler Perry w fimie "Madea's Family Reunion" z 2006 r.
Materiały Promocyjne
Barack Obama ubiega się o fotel prezydenta, a szefowie Hollywoodu zrozumieli, że opłaca się robić filmy dla ciemnoskórej widowni
Kiedy na ekranach kin amerykańskich pojawił się przed kilkoma miesiącami dramat "This Christmas" opowiadający o życiu murzyńskiej rodziny, krytycy wybrzydzali. – To nie jest film dla nich – odpowiadał jego producent Clint Culpepper. Obraz nakręcony za 13 mln dolarów zarobił 49 mln, bo filmy adresowane do ciemnoskórej publiczności są żyłą złota.
Afroamerykanie stanowią coraz większą siłę. W czasach gdy jeden z nich walczy z Hillary Clinton o pozycję lidera Partii Demokratycznej, Hollywood przygotowuje nowe wersje "Emmy" Jane Austen oraz "The Big Chill". Od oryginałów różniące się tym, że w ich obsadzie są tylko czarni aktorzy. Tytuły takie jak "Stomp the Yard", "Why Did I Get Married?" czy "First Sunday", których premiery odbyły się w ostatnim kwartale, nie zdobywają laurów na festiwalach i na ogół nie docierają do kin Europy czy Azji. Ale na rodzimym rynku radzą sobie świetnie. Przynoszą średnio po 40 – 60 mln dolarów. Trzy czwarte z nich zwraca koszty produkcji i jeszcze zarabia. A jak nawet film zrobi klapę, to strata nie jest gigantyczna, bo budżety "czarnego kina" wynoszą od 3 do 15 mln dolarów.
Fale filmów adresowanych do Afroamerykanów pojawiają się na amerykańskim rynku co jakiś czas. W latach 70. nurt mocnego, czarnego kina nazwano blaxploitation. Dziś nikt nie pamięta "Sweet Sweetback's Baadassss Song" Van Peeblesa czy "Shaft" Gordona Parksa. Ale w Ameryce te filmy pełne gwałtu i seksu miały swoją publiczność. W latach 90. obraz "New Jack City" zapoczątkował nowy cykl czarnych thrillerów, czasem pojawiają się też dramaty obyczajowe, których akcja toczy się w ciemnoskórych społecznościach, były też podobne soap opery. Ostatnio zaś zapanowała moda na komedie. "First Sunday" z Ice Cubem weszła do kin 11 stycznia br. i po trzech tygodniach zarobiła 36 mln dolarów. Czarne kino ma swoich gwiazdorów. 38-letni dramaturg Tyler Perry bawi się w kino od 2002 roku. Pisze scenariusze, reżyseruje i gra główne role. Dotąd nakręcił ponad dziesięć fabuł i 52 odcinki telewizyjnego serialu "House of Payne". – Znam swoją widownię – mówi Perry. – A wielkie studia o czarnych mieszkańcach Ameryki nic nie wiedzą. Jednak Hollywood też coraz częściej odkrywa siłę tej publiczności. Dzisiaj w każdym studiu jest specjalista od filmów adresowanych do murzyńskiej widowni. Np. w marcu na ekrany amerykańskich kin wszedł disnejowski "College Road Trip" Rogera Kumble – opowieść o czarnej dziewczynie, która szuka dla siebie miejsca na uniwersytecie. Zwykły film familijny, tyle że z afroamerykańską obsadą, na czele z Raven Symoné – gwiazdką Disney TV. W wielkich hollywoodzkich hitach też coraz częściej pojawiają się czarnoskórzy aktorzy. Fabryka snów potrzebowała ponad pół wieku, by się przekonać, że mogą oni zagrać nie tylko lokaja czy niańkę. Dopiero w latach 60. XX wieku Sidney Poitier zaczął dostawać poważne role i nominacje do Oscara. Dzisiaj pozycję gwiazdy mają m.in.: Morgan Freeman, Denzel Washington, Eddy Murphy, Samuel Jackson, Will Smith, Whoopie Goldberg, Halle Berry. – To nie jest ukłon w naszą stronę – powiedział mi kiedyś w wywiadzie Washingto. – Szefowie wytwórni dostrzegli w zatrudnianiu czarnych aktorów interes. Zrozumieli, że przyciągamy do kin nieco inną publiczność. A to są dla nich dodatkowe pieniądze. Aktor uważa zresztą, że do dzisiaj start afroamerykańskich aktorów jest bardzo trudny. – Halle Berry otrzymała Oscara, bo w "Monster Ball" wreszcie dostała szansę pokazania swych umiejętności – podkreśla. – Teraz zaczyna być sławny Don Cheadle, w kolejce czeka fantastyczny Alfred Woodward. Tylko czy ktoś na niego postawi? A takich jak on jest wielu. Inną postawę reprezentuje Morgan Freeman. – Gdyby czarni pisali historię świata, nie byłoby w niej białych – mówi spokojnie. – Nie można atakować jakiegoś systemu, jeśli nie wniosło się do niego znaczącego wkładu. Ja zresztą uważam, że Hollywood jest otwarty. To w końcu jest biznes, który reaguje na popyt. A popyt na czarne kino ciągle rośnie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA