fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Wojciech Hajduk o dostępie ministra sprawiedliwości do akt z sądu

Minister sprawiedliwości powinien mieć narzędzie, które pozwoli mu reagować w sytuacji, gdy w sądzie dzieje się coś złego.
Rz: Trybunał Konstytucyjny uznał, że minister sprawiedliwości nie może sam sobie przyznawać w rozporządzeniu prawa do żądania akt konkretnej sprawy z sądu. Choć nie badał sprawy samego uprawnienia, w uzasadnieniu stwierdził, że jest ono wątpliwe. MS nie zamierza rezygnować z tego uprawnienia i teraz wpisuje je do projektu ustawy. To upór?
Wojciech Hajduk: Nie żaden upór, tylko sposób szukania narzędzia, dzięki któremu minister odpowiadający za sprawne funkcjonowanie sądownictwa może działać, kiedy dzieje się coś złego. Takie prawo istniało do 2012 r. i wówczas rzeczywiście z niego dużo korzystano. Do resortu ściągnięto ponad tysiąc akt. W ostatnich dwóch latach skorzystano z niego tylko raz.
Może więc jest to dowód, że nie jest ono potrzebne?
Nie, raczej to dowód, że w tej sprawie naprawdę warto się upierać. Pamięta pani, co się działo, kiedy wybuchła afera Amber Gold. Pokrzywdzeni, a częściej nawet dziennikarze, pytali: gdzie jest minister sprawiedliwości? Czy takie oszustwo jest możliwe w granicach prawa? Nie było dnia, żeby minister nie był wywoływany do tablicy w tej sprawie. I co miał odpowiedzieć, skoro sprawy nie znał? W dodatku pojawiały się zarzuty do funkcjonowania nadzoru wewnętrznego. Nie znając materii, trudno zabierać głos w sprawie, która wywoływała i do dziś wywołuje emocje.
Sędziów boli to, że to właśnie minister sprawiedliwości chce sam sobie przyznać takie prawo.
Gdyby zwierzchni nadzór sprawował kto inny, np. pierwszy prezes Sądu Najwyższego, jemu też by się takie prawo przydało. Nie chodzi tu o osobę nadzorcy, ale o sprawne narzędzie.
Sędziowie twierdzą, że informacja o tym, iż sam minister sprawiedliwości interesuje się sprawą, którą prowadzą, może sparaliżować sędziego, wpłynąć na to, co w sprawie zrobi, a w konsekwencji zagrażać niezawisłości.
To śmieszne. Jeśli sędzia nie potrafi wytrzymać napięcia związanego z kontrolą, to powinien pomyśleć o zmianie zawodu.
Łatwo się panu mówi.
Wiem, o czym mówię, bo mam 20-letnie doświadczenie w orzekaniu i nieraz minister żądał akt w sprawie, którą prowadziłem. Nie można się wstydzić tego, co i jak się robi. Jeśli pracuje się dobrze, to nie ma się czego obawiać. Minister nie kontroluje przecież czynności podejmowanych przez sędziów, tylko sprawność postępowania i nadzór prezesa sądu.
To dlaczego sędziowie tak protestują?
Tego właśnie nie rozumiem. Minister nie sprawdza, jakie czynności podejmował sąd czy skład orzekający w konkretnej sprawie. Patrzy na sprawność, czas przeprowadzania czynności. Sprawdza też, jak zachowywali się prezesi sądów, którzy nadzorują sprawność postępowania.
A mimo wszystko ze strony sędziów słychać krytykę.
U nas ostatnio tak się utarło, że co zmiana, to bunt środowiska.
Tak to działa?
Ostatnio niestety tak. Co propozycja ze strony MS, to protest ze strony stowarzyszeń i samych sędziów. To taki typowy konflikt: władza kontra niezawisły urząd. Ale on wynika z niezrozumienia, a nie z chęci władzy. Jeśli sąd pracuje dobrze, to nie ma się co obawiać ministra. I czas, żeby wszyscy to zrozumieli.
A może wystarczyłoby, gdyby minister poprosił o informację w konkretnej sprawie prezesa sądu apelacyjnego?
Pewnie tak, ale jaki to miałoby sens, gdyby ktoś, kto jest w pewien sposób kontrolowany, przedstawiał własne materiały? Przecież nie o to chodzi w nadzorze. Prawdziwy nadzór to weryfikacja tego, co rzeczywiście się dzieje. Czasem i prezes, jeśli nie działa fair, może mieć coś do ukrycia. A minister musi widzieć wszystko.
—rozmawiała Agata Łukaszewicz
Wojciech Hajduk jest wiceministrem sprawiedliwości odpowiedzialnym za funkcjonowanie sądownictwa
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA