fbTrack

Rzecz o prawie

Arkadiusz Sobczyk: Z aplikacji wyrzucili mnie dyscyplinarnie

Prof. Arkadiusz Sobczyk, radca prawny, autor komentarzy do prawa pracy, mówi "Rzeczpospolitej", jak został prawnikiem
Rz: Podobno zapowiadał się pan na niezłego matematyka...
Prof. Arkadiusz Sobczyk: Byłem w klasie matematyczno-?-fizycznej i rzeczywiście zajmowały mnie głównie nauki ścisłe. Dopiero pod koniec liceum zafascynowała mnie historia. Odniosłem nawet sukcesy na olimpiadzie historycznej. Poczułem się dość pewnie i uznałem, że mogę próbować dostać się na Uniwersytet Jagielloński. Samo prawo było jednak wyborem negatywnym. Dlaczego negatywnym?
Mimo zamiłowania do historii wiedziałem, że nie chcę być historykiem. Z matematyki też już zrezygnowałem. W liceum mieliśmy przedmioty typu: wstęp do prawa. Jakoś mnie nie zainteresowały. Prawo nie było więc wyborem pasji. Na studiach było już lepiej? Ależ skąd!  Zaczęło się katastrofalnie. Moja ulubiona historia zupełnie się nie przydawała. Na historii prawa liczył się bowiem bardziej szczegół niż proces dziejowy. Filozofia, którą kilka lat później miałem pokochać, też była dla mnie koszmarem. Właściwie z łaski mi ją zaliczono... To, co mnie trzymało na tych studiach, to ludzie. W moim roczniku byli m.in. Ludwik Sobolewski, późniejszy prezes Giełdy Papierów Wartościowych, Arkadiusz Krasnodębski, dziś szef największej kancelarii w Polsce,  Dentons, a rok wyżej Bugusław Chrabota, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej". Ci ludzie mieli zupełnie inne myślenie o świecie. Uczestniczyłem też w seminarium prof. Andrzeja Zolla, wielkiego naukowca i pasjonata prawa. Przekonał się pan wtedy do prawa? Ciągle nie do końca. Pod koniec studiów postanowiłem zostać ekonomistą. Najpierw zacząłem studia na Akademii Ekonomicznej, z której słusznie mnie skreślono. Nie dawałem rady łączyć dwóch kierunków. Po studiach rozpocząłem jednak pracę w Instytucie Ekonomicznym na UJ. Pojechałem też na studia podyplomowe MBA do Belgii. Był pan też  na stypendium we Włoszech, Szkocji... Właśnie przez te wyjazdy wyrzucono mnie dyscyplinarnie z aplikacji sędziowskiej. Miałem za dużo nieobecności. Potem się nade mną zlitowano i musiałem tylko powtarzać pierwszy rok. Ekonomię w końcu  porzuciłem. Musiałbym wejść na wyższy poziom matematyki, do czego już nie miałem siły. Szukałem pracy w Katedrze Prawa Gospodarczego UJ, ale nie było etatu.  Przypadkiem trafiłem do Katedry Prawa Pracy, co się okazało wygraną na loterii. Zaoferowano mi też etaty w sądzie. Nie miałem lepszego pomysłu, więc spróbowałem... Najpierw orzekałem jako asesor. Pamięta pan swoją pierwszą sprawę? Niestety tak. Do tej pory się jej wstydzę. Dzięki niej zrozumiałem, czemu nie powinno się w tak młodym wieku orzekać. Bo miałem wtedy 26 lat... Sprawa dotyczyła spółdzielni mieszkaniowej. Pozwana nie płaciła czynszu. Uczciwie  się do tego przyznała. Ja, głupi, niedoświadczony, zasądziłem jej pełną należność i jeszcze 4 mln zł (kwota sprzed denominacji) zastępstwa procesowego. Czasem nie śpię z powodu tej sprawy. Oczywiście mój wyrok był zgodny z prawem. Później dowiedziałem się,  że jeśli spółdzielnia wytacza proces, to głównym celem jest ugodzenie się, a nie zniszczenie takiej osoby. Wystarczyło zapytać pełnomocnika powoda o jego stanowisko, zamiast automatycznie wydawać orzeczenie. Czym innym jest bowiem stosowanie prawa, a czym innym – wymierzanie  sprawiedliwości. I sędzia z odpowiednim doświadczeniem to wie. Z jakich rzeczy z tego okresu jest pan zadowolony? Kiedy byłem szefem wydziału wieczystoksięgowego w Niepołomicach, mieliśmy tam trzy komputery. To były lata 90. Przygotowaliśmy na nich wzory postanowień i zawiadomień.  95 proc. czynności było bowiem bardzo powtarzalnych. Dzięki tym wzorom nadrobiliśmy w ciągu roku zaległości z kilku lat. I doszliśmy do tego, że sędzia czekał na sprawy... Było to na tyle duże wydarzenie, że do naszego małego sądu osobiście pofatygował się wiceminister sprawiedliwości prof. Bohdan Zdziennicki,  żeby zobaczyć, jak dzięki komputerom udało się osiągnąć tak dużą wydajność. Nie został pan jednak długo w sądzie... Mój kolega Bartek Raczkowski  opowiedział mi, jak wygląda praca poza sądem. Zaczęła mnie kusić praca na swoim. Nie było jednak łatwo podjąć decyzję. Gryzłem się z pół roku. Teraz widzę, że decyzja była słuszna.  Choć praca jest bardziej odpowiedzialna i stresująca niż w sądzie. Poza tym moje wcześniejsze decyzje zawodowe bardzo mi się przydają. Orzekanie  w sądzie jest najlepszą szkołą  prawa, choć niestety czasem kosztem podsądnych. Ale też i flirt z MBA, i matematyczne poszukiwanie spójności pomaga mi dziś zarówno w praktykowaniu prawa pracy we własnej kancelarii, jak i w nauce, która jest chyba moim życiowym hobby. —rozmawiała Katarzyna Borowska
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL