fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Ministerka wsadza nogę

Anna Kozicka–Kołaczkowska
archiwum prywatne
„Chcemy wsadzić nogę w ten zbyt rozrośnięty rynek" – zapowiedziała Kluzik – Rostkowska.
Ciekawe, co z tego wsadzania wyjdzie. Do czego nada się nowy podręcznik, czyli przynęta na sześciolatki, zważywszy, że zdaniem ministerki edukacyjki, główną wadą obecnych, wolnorynkowych książek, jest ich zbyt dobry papier. Nowe książki zamówi się na papierze gorszym, choć mają z nich korzystać, jako z własności szkół, trzy roczniki dzieci.
Darmowy podręcznik jest gestem tak wspaniałomyślnym jak ostatni papieros dla skazanego na gilotynę, ale może faktycznie sprawi, że z niektórych zbuntowanych, spacyfikowanych rodziców sześciolatków zejdzie nieco pary. Czytałam, że Polakom znudził się chleb, a piekarze walczą o przetrwanie. Myślę, że jeszcze bardziej znudziły się Polakom serki i szynki. Pan z Podlasia, który raz w tygodniu zjeżdża do bogatej stolicy, na prawdziwą kiełbasę przyjmuje zapisy telefoniczne, choć o jego stoisko w hipermarkecie ocierają się tłumy. Darmowy podręcznik - to brzmi miło.
A niemieckie zawodówki koniecznie chcą wyrwać polską biomasę. Piszą naglące ogłoszenia. Otwierają portale. Obiecują złote góry nawet po polsku! Niemiecki przemysł wrze, mamy więc drugi w historii przypadek zniżenia się do języka gastarbeiterów. Pierwszy był jakiś czas temu, gdy w niemieckich sklepach wisiały ogłoszenia, żeby kupować w granicach rozsądku. Święta zasada zysku w kapitalizmie szła wtedy na bok. Widok biedaka z pieniędzmi jest denerwujący. Teraz mamy jednak europejski kryzys. Rok wcześniej do szkoły, to rok prędzej szczęśliwej kariery w niemieckiej zawodówce.
Nowa ministerka edukacyjki na razie zamiast głowy aktywizuje jednak nogę. Tuż po powołaniu rządu szybko okazało się, że jej główną racją w dyskusji nad oświatą jest urodzenie trójki dzieci. Już wówczas, gdy zaskoczono ją tą całą pedagogiką, było to komiczne. Jednak także i teraz, zamiast na fachowe argumenty merytoryczne – medyczne, psychologiczne, dydaktyczne - Kluzik- Rostkowska powołuje się na model kształcenia własnego potomstwa. Osobiście, bardziej pouczający wydaje mi się przypadek Marii Skłodowskiej - Curie, która zaczęła edukację w wieku lat dziesięciu i dokonać zdążyła niemało.
„Przeciętny rodzic, w tym ja", „jedno z moich dzieci nosi cztery podręczniki", „ja sama mam trójkę dzieci", „musiałam zdecydować ,czy moje 6-letnie dziecko pójdzie do szkoły, czy do zerówki" – to macierzyńskie wrzutki z jednego tylko występu ministerki ( „Dziś wieczorem" ,TVP 1,2.02.2014 ). Te same, które już słyszało się tyle razy.
Wiemy, wiemy, że nic tak nie ociepla wizerunku jak własna dziatwa, ale czy piarowiec ministerki edukacyjki zasiedział się pod choinką? Heloł, chlebodawczyni pana potrzebuje! Czas zmienić strategię, bo to już nudne i śmieszne. Przykład oświecania dzieci pani minister jest bez sensu także dlatego, że nie znamy jeszcze jego końcowego rezultatu. Na razie słyszymy tylko mamusię, a to wcale nie uspokaja.
„Póki co, jes wszysko bardzo okej" ( ta wymowa, to „bardzo okej" plus rusycyzm „póki co" ), „żeby każda szkoła była zaopiekowana przez wizytatora" ( „zaopiekowana" to horrendum gramatyczne! ), „musimy mieć dobrą wiedzę"( tzn. musimy zorientować się, musimy wiedzieć, poznać, zaznajomić się z ... etc.), „jestem pierszym rocznikiem, który wszed w ten sposób" ( ta niedbała wymowa ) – to jej kwiatki pierwsze z brzegu.
Poddani takiej władzy, jako ludzie wykształceni i nawykli do dyscypliny językowej, muszą przeżywać katusze. Świadkami poniedziałkowego popisu mogły być także szkolne dzieci, a  niektóre z nich to i z polskiego miewają celująco.
-„Ja będąc sześciolatkiem książek nie niszczyłam. Kiedy obserwowałam swoje dzieci, które w książkach coś pisały, to bolało mnie serce" – pogrążała się ministerka, bez umiaru epatując swoją przebogatą prywatnością.
W taki sposób nie myślały o książkach naukowych nawet największe umysły. Uczeni od zawsze – i ksiądz Kopernik, i zwariowany geniusz Feinmann - robili gorące notatki na marginesach. Ci dawniejsi, nie zważając nawet na to, czy księga jest z pergaminu, czy oprawna w skórę. Zapiski te są dziś często cenniejsze od tekstów podstawowych.
W epoce zalewu nowych informacji, inwazji cyfrowej, nie ma czasu na powroty do lektur. Należy uczyć dzieci aktywnych sposobów zdobywania wiedzy i korzystania ze źródeł. Przesadą jest narażanie książki na kąpiel w wannie, wyrywanie kartek, ale podkreślanie, ręczne pisanie uwag, rysowanie modeli jest niezastąpioną techniką nauki i analizy tekstu. Jest dowodem świadomego czytania, myślenia, podstawą pracy z książką. „Szanowanie książki" bez tego wszystkiego jest szkodliwym nieporozumieniem, niepojętym w ustach decydentki oświaty, która w dodatku podaje się za dziennikarkę.
Książki wyczytane przeze mnie bywają niemiłosiernie pokreślone. Od dawna jednak domyślam się, że jednostka mojego pokroju nie jest warta posady nawet w ministerstwie głupich kroków. O ile się orientuję, noblista Feinmann w warunkach oświatowych stworzonych przez Kluzik – Rostkowską musiałby skorzystać z psychuszki urządzonej pod pretekstem potrzeb celebryty Trynkiewicza.
Dodam, że kontakt z książką jest również relacją osobistą, intymną. Zapach nowych książek do szkoły to radość i obietnica. Książka własna jest towarzyszką i zauszniczką. To coś zupełnie innego niż egzemplarz przechodni, biblioteczny. Książka wypożyczona wydaje się podobna do publicznego ręcznika, albo wspólnego narzeczonego. Żal mi drugich i trzecich małych właścicieli pierwszej w życiu, szkolnej książki o stęchłej woni cudzych kanapek i tenisówek.
Kto by przypuścił, że jeszcze teraz połowa dotacji na dopłaty do książek dla uboższych uczniów całkiem spokojnie jest zwracana, niewykorzystana. Jest to bodaj jeszcze ciekawszy hokus pokus, niż te cztery miliardy wyczarowane z kapelusza na zbędną i szkodliwą cyfryzację szkół. Na temat podjęcia przez władzę pionierskiej produkcji darmowych podręczników, oprócz niemieckich zawodówek, przychodzi mi więc na myśl refleksja, że taka duża czwórka do wydania wraz z nie do pogardzenia dodatkiem całości dotacji do książek, to sumka, która musi niesamowicie parzyć.
Poza tym, znam pewną Marysię. Pani ta dobrze sprząta. O swoich latoroślach, a zwłaszcza o ich zdumiewająco postępowej edukacji seksualnej, gwarzy chętnie. Zupełnie jak ministerka edukacyjki, nie trapi się książkowymi morałami psychologii. Dydaktykę i techniki uczenia ma w nosie. W książkach nie tylko niczego nie podkreśli, ale i w ogóle nie czyta, choćby ją przypiekać żelazem. Tadla może w „Dziś wieczorem" spokojnie trzy razy ją cisnąć, ile będzie ważył podręcznik dla maluszków, a ona też nie zdradzi.
Jak Kluzikową przerzucą na ministerkę sportu albo obrony, to ja na edukatorkę krajową zgłoszę panią Marysię. Kobieta ma czwórkę dzieci. Co powiem, wysłucha i jeszcze przytakuje. Księgozbiór odkurza fachowo.
Źródło: W Sieci Opinii
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA