fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Zmieniona na trwałe

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Nie akceptuję „pompowania kół” w Platformie. W Warszawie do tego nie dochodziło — mówi w rozmowie z „Rz” prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Przyznaje też, że szefową stołecznych struktur PO została dlatego, że partii groziła konfrontacja między stronnikami premiera oraz Grzegorza Schetyny.
Pani prezydent, na ile referendum w Warszawie dotyczyło oceny pani pracy, a na ile było oceną rządów Platformy w kraju?
Na pewno ważne było i jedno, i drugie. Jest oczywiste, że w referendum ocenie podlegały moje lata pracy w Warszawie. Ale sądzę także, że w dużej mierze było to głosowanie nad rządami Platformy w kraju. Ludzie oczekują zmian. Może to efekt znużenia Platformą, naszych błędów, czy też braków w komunikacji.
Jest pani wiceszefową Platformy. Czy takie myślenie powszechniejsze w zarządzie partii?
Partia czasem miała zastrzeżenia, że ministrami zostają ludzie spoza PO. Ale premier jednoznacznie powiedział, że lider wytycza lider kierunek i dobiera ekipę. I że ponosi za to odpowiedzialność.
Jest wiele analogii pani sytuacji w Warszawie i premiera w rządzie. Wygraliście oboje w cuglach drugie kadencje. Oboje was dopadł w ich trakcie kryzys poparcia. Oboje uważacie, że robicie dużo, tylko obywatele tego nie rozumieją.
Dziś ludzie oczekują czegoś więcej. Oczekują nie tylko poinformowania, ale także dyskusji, rozmowy. Pracuję tak samo jak wcześniej, ale na trwałe zmieniłam sposób komunikowania się z warszawiakami. Widać to na przykład na portalach społecznościowych. Byłam niedawno na otwarciu roku akademickiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Byłam tam też rok temu, ale o tym nie informowałam. Oczywiście, w kampanii chodziłam też od domu do domu, czego wcześniej nie robiłam. Ale przykład tuskobusa, którym premier wygrał wybory, pokazuje czego ludzie dziś oczekują od polityków.
Wyjście do ludzi na żywo i w Internecie wystarczyło do sukcesu?
Do tego mobilizacja w partii...
Krążą legendy, kogo tutaj pani premier przysłał do pomocy. Czy doradzał pani legendarny spec od PR premiera Igor Ostachowicz?
Naprawdę nie było go w moim sztabie.
Naszym zdaniem pani zmieniła nie tylko komunikację, ale także sposób działania. Przez wiele lat unikała pani podejmowania decyzji personalnych, nawet jeśli urzędnicy popełniali ewidentne błędy. A w kampanii referendalnej zaczęła pani zwalniać ludzi.
Zmieniło się to, że dymisje przeprowadziłam w świetle jupiterów. Do tej pory w sumie zmieniłam 13 dyrektorów, w większości dlatego, że nie byłam zadowolona z ich pracy. Ale miałam taki styl, wyniesiony z pracy w EBOiR, że takie kwestie załatwia się to po cichu i w białych rękawiczkach.
To sprawiało wrażenie, że chroni pani swoich ludzi.
Nie chciałam im szkodzić poprzez publiczne upokarzanie.
W kampanii nie miała pani takich skrupułów. Wiceprezydent Jarosław Kochaniak wyleciał z dnia na dzień, kiedy okazało się, że przetarg na wywóz śmieci został ustawiony.
Do tej pory nie było takiej sytuacji. Miasto nie zostało przygotowane na wejście w życie ustawy śmieciowej. To była kompletna wtopa i musiał ponieść odpowiedzialność. Choć jednocześnie Jarosław Kochaniak miał dwa poważne sukcesy finansowe — sprywatyzował Stołeczne Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej i sprzedał miejskie udziały w centrum handlowym Złote Tarasy. Jego ocena w mediach nie jest sprawiedliwa.
Czy przewiduje pani zmiany wśród wiceprezydentów lub dyrektorów w stołecznym ratuszu przed przyszłorocznymi wyborami?
Sądzę, że to optymalna ekipa, ale nie zamykam się na możliwe zmiany. Zarządzanie ludźmi wymaga elastyczności.
Może znajdzie pani zatem stanowiska dla ludzi Leszka Millera? SLD uważa, że przyczyniło się do uratowania pani głowy i oczekuje sowitej nagrody.
Wygrałam referendum dzięki mieszkańcom, którzy głosowali na rożne partie. Oczywiście, także na SLD. Ale nie zamierzam się nikomu odpłacać stanowiskami.
Wyobraża sobie pani współpracę z inicjatorem referendum Piotrem Guziałem, burmistrzem dzielnicy Ursynów? Wedle ustroju stolicy to pani podwładny, tyle że wybrany przez dzielnicową radę głosami lewicy i PiS.
Będziemy dalej normalnie współpracować. Trudno mieć pretensje do mieszkańców Ursynowa za to, że burmistrz ze mną walczy.
Pani go wylansowała, traktując po macoszemu w porównaniu do innych burmistrzów, z których większość pochodzi z Platformy. Słynne było to, że dawała mu pani niższe nagrody, niż swym partyjnym kolegom.
Był traktowany tak jak inni i był oceniany według tych samych kryteriów. Miał ocenę co dwa lata, nie kwestionował jej wyniku. Zawsze obserwuję nowych burmistrzów, zanim ich zacznę nagradzać. Nagrody są za osiągnięcia, a nie za objęcie stanowiska.
Bolą panią rządy Guziała na Ursynowie, prawda? To matecznik PO.
W kilku dzielnicach rządzą koalicje opozycyjne wobec PO. W dzielnicy Włochy kolejną kadencję burmistrzem jest Michał Wąsowicz z PiS. Na Targówku rządzi Sławomir Antonik z lokalnego komitetu, w koalicji m.in. z PiS. Takie jest prawo demokracji. Dla mnie to nie jest żaden problem. Dopóki to nie boli mieszkańców konkretnej dzielnicy, na pewno nie będę miała z tym problemów.
Dużo zapowiedzi pani złożyła w kampanii referendalnej. Rząd, chcąc pani pomóc, również. Za rok zostanie pani z tego rozliczona. Deklarując publicznie, że będzie się pani starać o trzecią kadencję, ustawiła się pani w roli osoby, którą łatwo atakować.
Rok przed wyborami wyborcy oczekują jasnej deklaracji, dlatego ją złożyłam. A co do obietnic, to dołożę wszelkich starań, aby zostały wypełnione. Jeśli chodzi o rząd — minister Sławomir Nowak powiedział, że w grudniu rozpisze przetargi na południową obwodnicę miasta. A zatem na jesieni przyszłego roku wbijemy pierwszą łopatę. Z poprzednim ministrem Cezarym Grabarczykiem też wbijałam łopatę pod Most Północny i most stoi.
Opozycja krytykuje sposób przeprowadzania referendum. Część jej argumentów podnosili też czytelnicy kontaktujący się z naszą redakcją. Zamierza pani wyjaśnić zarzuty dotyczące ilości i wielkości obwieszczeń wyborczych, czy też trudności z dopisywaniem się do list wyborczych?
Ja jako prezydent odpowiadam za stronę organizacyjną referendum. Na około 1200 chętnych do dopisania się do list, odmówiliśmy raptem 16 osobom — z przyczyn formalnych. Z tego 2 osoby odwołały się do sądu i w obu przypadkach sąd te skargi oddalił. Obwieszczenia burmistrzowie wywieszali dokładnie tak samo, jak przy innych wyborach. Sprawę obwieszczeń sprawdzał komisarz wyborczy i uznał, że spełniliśmy wszystkie wymogi.
A czy wzywanie przez liderów PO do tego, by nie brać udziału w tym referendum, nie odbije się wam czkawką?
Sądzę, że udało nam się pokazać wyborcom, na czym polega różnica pomiędzy referendum a wyborami. Za rok warszawiacy, będą mieli wybór pozytywny, wybiorą spośród kilku kandydatów i programów, dlatego myślę, że ci, którzy mają zwyczaj głosowania w wyborach, w przyszłym roku i następnym, nie zostaną w domach. A co do wyników, za moim odwołaniem zagłosowało 24 proc. uprawnionych do głosowania. Czyli tyle, ile miałam przeciwników w poprzednich wyborach.
Czy wygrała Pani dzięki literze „W", którą PiS wyniósł na sztandary?
Między innymi, ale nie przeceniałabym tego. Wiem, że u wielu osób wywołało to niesmak. Od wielu lat jestem zżyta z środowiskami powstańczymi - mój ojciec walczył w tym samym batalionie „Baszta", co ojciec braci Kaczyńskich. I widziałam reakcje tego środowiska. Ale myślę też, że bardzo ważny był fakt zmiany sposobu komunikowania się z mieszkańcami. Oni to naprawdę doceniają.
Czy jest Pani zwolenniczką pomysłu prezydenta Bronisława Komorowskiego podniesienia progu frekwencji przy odwoływaniu prezydentów i burmistrzów?
Zdecydowanie tak. W tym roku będzie około 100 referendów. Na rok przed wyborami to destabilizuje sytuację. Gdyby referendum w Warszawie było udane, najpierw byłby komisarz, potem wcześniejsze wybory, a potem w listopadzie kolejne, planowe. Byłby wielki bałagan prawny. Paradoks obecnego rozwiązania najlepiej obrazuje fakt, że obecny pułap frekwencji w referendum pozwala tego samego człowieka najpierw odwołać, a potem wybrać go nawet w pierwszej turze przyśpieszonych wyborów.
Ale z tych prawie 100 referendów, tylko kilka okazało się ważnych. Gdy sytuacja jest wyjątkowa, obywatele powinni mieć prawo odwołania prezydenta. Zresztą sama pani przyznała, że pod wpływem referendum zmieniła pani styl rządzenia miastem.
Na rok przed wyborami referendum to tylko zamieszanie. Niestety, referenda nie dotyczą tylko wyjątkowych przypadków, jakichś wielkich skandali. Przecież w Warszawie nic takiego nie miało miejsca.
A podoba się Pani druga część propozycji prezydenta: obniżenie wymagań frekwencyjnych, jeśli idzie o referenda merytoryczne. Nietrudno sobie wyobrazić, że Piotr Guział zbierze szybko wymaganą liczbę podpisów i przeprowadzi referendum nad jakimś projektem, który komplikuje pani życie.
Tu mam inne zdanie niż prezydent. Kontrakt wyborczy jest tak krótki - cztery lata - że wprowadzanie demokracji bezpośredniej do zarządzania miastem sparaliżuje władzę. To nie jest słuszne.
W kampanii oczywiście nie mówiła pani o swoich porażkach. Co pani uważa za największą z nich? To, że przepędziła pani kupców z prowizorycznych hal na Placu Defilad, ale nie zdołała pani tam zbudować Muzeum Sztuki Nowoczesnej? To, że 2/3 miasta wciąż nie ma planu zagospodarowania przestrzennego?
Gdy przyszłam tylko 13 proc. miasta miało plany. To jest mój priorytet, przyjmujemy plany bardzo systematycznie. Ale największy problem to uporanie się z dekretem Bieruta [oznaczał nacjonalizację gruntów i nieruchomości po wojnie - red]. To stanowi barierę w rozwoju Warszawy w porównaniu z innymi miastami. Weźmy ów nieszczęsny plac Defilad. Gdy przyszłam do ratusza było 6 roszczeń do tego terenu, a teraz są 32 roszczenia. Jest taka nowa taktyka. Gdy coś chcemy sprzedać, to dopiero wtedy ujawniają się osoby twierdzące, że mają roszczenia.
Dlaczego pani mając tak silne umocowanie polityczne, nie jest w stanie załatwić rozwiązania tej kwestii z rządem? Bez pomocy budżetu centralnego, miasto sobie nie poradzi.
Rządząc Warszawą Lech Kaczyński też miał gotową ustawę. I PiS jej nie przyjął.
Próbujemy to rozwiązać na razie częściowo. Senat pracuje nad ustawą, która da Warszawie na ten cel 200 mln złotych co roku przez trzy lata.
Czy Warszawie odbijają się czkawką problemy Mazowsza? Skąd taka fatalna sytuacja województwa?
Mamy inną strukturę przychodów. Nasze dochody opierają się głównie na podatku od osób fizycznych (PIT) a województwa na podatku od przedsiębiorstw (CIT). A w tym roku najniższe są dochody z CIT. Trzeba pamiętać też, że dostaje się CIT proporcjonalny do liczby pracowników firmy w danej gminie.
Czyli Warszawa jest niezależna finansowo od Mazowsza?
Tak.
Warszawa ma niemal 50 proc zadłużenia - to był jeden z argumentów pani przeciwników. Czy to bezpieczne dla miasta?
Gdy przychodziłam to zadłużenie wynosiło niecałe 40 proc, a dziś to 48 proc. Po sześciu latach to nie taki duży wzrost. Zadłużenie wzrosło, ponieważ zrobiłam wielkie inwestycje. Dopłacam ponad 2,5 mld rocznie do transportu, 20 proc. budżetu idzie na edukację. 15 mld poszło na duże inwestycje. 10 mld to były inwestycje spółek - metro, tramwaje, autobusy. W Warszawie w ostatnich 7 lat samorząd i spółki samorządowe zainwestował 25 mld złotych! Rząd w tym czasie zainwestował 9 mld.
Podniesienie cen biletów okazało się kroplą, która przepełniła czarę goryczy. To wtedy podpisy pod referendum zaczęły przyrastać lawinowo.
Moi poprzednicy nie podwyższali cen biletów, uważając to za drażliwy temat.
Byłam przekonana, że skoro nastąpiła tak wielka zmiana jakości transportu - nowe składy tramwajów i autobusów, cztery linie SKM - mieszkańcy zrozumieją podwyżkę. Myliłam się.
Ceny biletów nastąpiły długo po tym, jak podniesiony został standard. Proszę pamiętać, że miasto dziś dopłaca 70 proc. kosztów każdego przejazdu.
Jak kupuję bilet na przejazd pokrywam tylko 30 proc. kosztów? Czy te spółki nie przesadziły z inwestycjami?
Nie, część taboru miała nawet 30 lat, już się nie dało się tym jeździć. Chcę wprowadzić Kartę Warszawiaka, która da rozliczającym swój PIT w Warszawie zniżki na przejazdy. Ale to ważne nie tylko dla transportu. Gdy uzależniliśmy przyjęcia do przedszkoli od płacenia podatków w Warszawie, o kilkadziesiąt tysięcy wzrosła liczba podatników w stolicy.
Ile osób realnie mieszka w Warszawie, a nie płaci podatków?
To tak samo jak z szarą strefą, nie można tego dokładnie oszacować. Jedni mówią o 200 tys, inni o pół miliona.
Jeśli mowa o komunikacji: co z metrem? Kiedy będzie gotowy pierwszy odcinek II linii?
Za rok. Skończymy go jesienią 2014 r. Następnie ruszamy z budową trzech stacji z jednej i trzech z drugiej strony - od Targówka do końca Woli. Mamy na to już zapewnione pieniądze ze środków unijnych. Potem byśmy chcieli zbudować kolejne trzy stacje do Chrzanowa i też do Bemowa.
Zwycięstwo w Warszawie nie zmienia faktu, że od pół roku sondaże Platformy są poniżej PiS. Oceny premiera i rządu dołują. Co PO musi zmienić, żeby się odbić?
Na pewno premier zrobi rekonstrukcję rządu. Ostatnie miesiące to był dla partii specyficzny czas — po raz pierwszy wybieraliśmy przewodniczącego w wyborach bezpośrednich, teraz trwają jeszcze wybory szefów regionów PO.
Trafiło to panią rykoszetem. Musiała pani zostać szefową struktur warszawskich PO, bo inaczej doszłoby do jatki między wspieraną przez premiera Małgorzatą Kidawą-Błońską, a posłem Marcinem Kierwińskim, związanym z Grzegorzem Schetyną.
Uznałam, że gdyby napięcie się zwiększyło to może zaszkodzić i mnie, i Warszawie.
W sytuacji, kiedy pani się broniła przed odwołaniem unikając szyldu PO, musiała pani zostać szefową partii w stolicy, żeby konkurencyjne grupy się nie powybijały.
We wszystkich partiach są tarcia podczas wyborów wewnętrznych.
Jest pani prawnikiem, słynie pani z przywiązania do procedur. Jak zatem się pani podoba powszechne w PO pompowanie kół przed wyborami?
W Warszawie do tego nie dochodziło. Powiem tak: nie akceptuję tego. Wicemarszałek Sejmu Cezary Grabarczyk odpowiedzialny za przygotowanie nowego statutu partii zapewnia, że wprowadzone zostaną nowe rozwiązania, które uniemożliwią dopisywanie fikcyjnych członków.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA