fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Katolik musi rozmawiać

Fotorzepa, Mariusz Kapała mk Mariusz Kapala
Nikt ze środowiska skupionego wokół tzw. Kościoła otwartego nie rzucał kamieniami ani w ks. Lemańskiego, ani w abp. Hosera, zdając sobie sprawę, że konflikt między nimi ma o wiele więcej warstw niż to, czym karmiły nas media – pisze teolog i publicysta.
"Katolik nie musi błądzić” – ogłasza na łamach „Rzeczpospolitej” Jakub Pacan („Rz” 18.07.2013 r.). Aby tak się jednak stało, katolik dbający o swoje zbawienie powinien spełnić dwa warunki: słuchać Kongregacji Doktryny Wiary i nie dyskutować. „Nie warto rozmawiać” – tak można by skonkludować przesłanie tekstu Pacana.
Kościół zamykający się w monologu to Kościół, który przestaje słuchać. A Kościół, który przestaje słuchać, jest Kościołem, który staje się niezdolny do ewangelizacji
Rozmowa i dialog do niczego bowiem dobrego nie prowadzą, czego koronnym dowodem mają być debaty tzw. Kościoła otwartego z tym, co lewicowe i liberalne. W swoim tekście autor ujawnia niewiedzę przynajmniej w trzech kwestiach: dyskutowalności prawd w Kościele, statusu dialogu Kościoła ze światem i otwartości Kościoła.

Nieprawdziwy obraz

Punktem wyjścia swojego tekstu autor uczynił obronę ks. Wojciecha Lemańskiego, w którą „zaangażował się” Kościół otwarty. Padły tytuły: „Więź”, „Tygodnik Powszechny”, „Znak”. To osoby z tego kręgu „znowu zaczęły wytykać episkopatowi, że nie stać go na ryzykowną debatę, dialog z nowoczesnością i intelektualny ferment”. Niestety, swojej tezy Pacan żadnymi wypowiedziami nie popiera. A wystarczyłoby przeczytać komentarze Zbigniewa Nosowskiego na blogu Laboratorium WIĘZI, tekst Zuzanny Radzik w „Tygodniku Powszechnym” albo obszerny wpis Dominiki Kozłowskiej, naczelnej „Znaku”, na jej profilu na FB.
Zacytuję tę ostatnią (pisane, co ważne, przed apogeum konfliktu): „Posłuszeństwo decyzjom przełożonego nie musi oznaczać rezygnacji z dochodzenia do prawdy, sprawiedliwości, pojednania. […] pokora i posłuszeństwo wobec decyzji, z którymi nie jesteśmy pogodzeni, więcej możliwości otwiera, niż zamyka. Pokazuje, że temu, który poddał się decyzji, nie chodzi jedynie o własne ego, ale o prawdę i dążenie do jedności. Ponadto ma również wymiar czysto pragmatyczny: w konflikcie pozwala na chwilę ułożyć sprawy, tak by obydwie strony odzyskały znów swobodę działania”. Czy to jest utyskiwanie na polski episkopat czy raczej pochwała posłuszeństwa?
Niestety, śmiem twierdzić, że autor nie zdobył się na trud lektury wypowiedzi publicystów skupionych w tzw. Kościele otwartym, lecz z góry założył ich stanowisko w tej kwestii. Uważam – choć jestem nieobiektywny – że akurat to środowisko starało się w tym konflikcie zachować umiar w ocenach i rzetelność w opisie, czego przykładem jest tekst Zbigniewa Nosowskiego na łamach ostatniego „Tygodnika Powszechnego”. Nikt z tego środowiska nie rzucał kamieniami ani w ks. Lemańskiego, ani w abp. Hosera, zdając sobie sprawę, że konflikt między nimi ma o wiele więcej warstw niż to, czym karmiły nas media.
Równie „prawdziwy” jest obraz katolików „otwartych” jako grających pod dyktando Lisa, Michnika i Baumana. To już nawet nie jest karykatura, lecz wytwór wyobraźni autora. Wystarczy przywołać ostrą reakcję „Tygodnika Powszechnego” na publikacje „Newsweeka” na temat Rwandy i polemikę redaktora naczelnego „Więzi” z Wojciechem Tochmanem na temat rzekomego milczenia Jana Pawła II w sprawie popełnionego w tym kraju ludobójstwa.

Retoryczne pytania

Autorowi „Rzeczpospolitej” casus ks. Lemańskiego służy jedynie za punkt wyjścia do poważniejszej kwestii, jaką jest znaczenie Kongregacji Nauki Wiary dla katolika. Jak pisze, katolik ma ją po to, „żeby nie błądzić i nie wyważać otwartych drzwi”. Pacan przedstawia całą listę spraw, o których katolik nie powinien dyskutować: Internet, in vitro, definicja rodziny, celibat księży, geje, aborcja, eutanazja, kapłaństwo kobiet, „bo sprawy te dawno już zostały wyjaśnione przez Magisterium Kościoła”.
A gdyby jednak katolik chciał o tym dyskutować, to już na pewno nie z Adamem Michnikiem, Katarzyną Wiśniewską, Cezarym Michalskim, Moniką Olejnik, Tomaszem Lisem, Zygmuntem Baumanem, Sławomirem Sierakowskim i Janem Hartmanem.
Argument przeciw ewentualnej rozmowie autor zamyka w pytaniach retorycznych. Przywołując nazwiska współczesnych teologów, pyta, czy coś „mądrzejszego od tych gigantów intelektu w sutannach” mogą mu jeszcze powiedzieć „autorytety lewicy”. A gdyby nawet mieli coś do powiedzenia w kwestii wiary, religii i Kościoła, to dla Pacana jest wiadome, że „ich wiedza o chrześcijaństwie pełna jest antyklerykalnych schematów i złej woli”. Ostatecznie „jaki sens ma debatowanie katolików otwartych ze środowiskiem liberalno-lewicowym o sprawach dawno już przedyskutowanych w łonie samego Kościoła?”.
Zwłaszcza że „jedna strona nigdy nie przekona drugiej”. Reasumując: dla własnego dobra katolik nie powinien rozmawiać, dialogować czy debatować. I to nie tylko ze światem lewicowo-liberalnym, który rzekomo nie ma mu nic do powiedzenia, ale na wszelki wypadek także z innym katolikiem. Niech spokojnie czeka na kolejne orzeczenia stosownej kongregacji.

Oczko w głowie

Autor zapomniał, że istnieje w Kościele coś, co się nazywa hierarchią prawd i opinii teologicznych. Różnią się one stopniem pewności tego, o czym orzekają. Nie każde stwierdzenie Kościoła ma rangę dogmatu, któremu należy się posłuszeństwo wiary. I nie każdy dokument cieszy się nieomylnością. Publicysta stawia na jednym poziomie kwestie z różnych teologicznych obszarów, zrównując ze sobą problemy dogmatyczne (kapłaństwo kobiet) z dyscyplinarnymi (celibat księży) i moralnymi (in vitro). Szczególnie kuriozalne jest zestawienie moralnej oceny Internetu i zapłodnienia pozaustrojowego jako przykładów współczesnej wykładni Kościoła.
O ile kwestia kapłaństwa kobiet jest w Kościele katolickim uznana za prawdę wynikającą z Objawienia poprzez logiczne wynikanie, o tyle celibat księży jest jedynie określoną dyscypliną Kościoła, o której wolno i należy dyskutować. Ba, dyskutować można także o kwestiach dawno zdefiniowanych. Gdyby tak nie było, to cała chrystologia od Soboru Chalcedońskiego, na którym uchwalono dogmat o osobie i naturach Chrystusa, musiałaby nie istnieć.
Sam bł. Jan Paweł II zachęcał teologów do nowego spojrzenia na dogmat o prymacie papieża. Pacan powie zapewne, że od tego są właśnie „tęgie głowy” Kongregacji. Tak, to prawda, ale mądrą teologiczną formułę trzeba jeszcze przełożyć na język publicystyczny, kaznodziejski, katechetyczny, ludzki. O in vitro też trzeba dyskutować właśnie po to, by znaleźć odpowiedni język rozmowy z tymi, którzy mają inne zdanie.
I tutaj dochodzimy do drugiego obszaru niewiedzy autora „Rzeczpospolitej”, który zupełnie odrzuca potrzebę i sens dialogu Kościoła ze światem, w tym z jego lewicowo-liberalną częścią (nie jest jasne, czy należy dialogować ze światem prawicowo-konserwatywnym; być może dla autora Kościół jest po prostu ex definitione prawicowy i konserwatywny?).
Mam wrażenie, jakby autor zupełnie nie miał świadomości całej posoborowej tradycji dialogu, z adhortacją „Evangelii nuntiandi” i encykliką „Ecclesiam suam” Pawła VI, koncepcją „nowych areopagów” Jana Pawła II, ideą „dziedzińca pogan” Benedykta XVI i „kulturą spotkania” papieża Franciszka. Jako lekturę polecam publicyście własny tekst pt. „Dialog i ewangelizacja, czyli o konflikcie pozornym” z wiosennej „Więzi” 2013, a także tekst napisany wraz ze Zbigniewem Nosowskim („Nowa wyobraźnia dialogu”, „Więź” 2008, nr 1), w którym pisaliśmy o tożsamości jako istotnym warunku i owocu dialogu. To właśnie spór, dialog i debata pozwalają na lepsze określenie tego, kim jesteśmy. Zaręczam, że „czystość wiary” jest także oczkiem w głowie tzw. Kościoła otwartego.

Monolog, który uśmierca

Pacan pyta, czego może nas nauczyć dialog ze światem liberalno-lewicowym. W rozmowie z rabinem Skórką papież Franciszek mówi: „Nie wchodzę w relację z niewierzącym po to, by uprawiać prozelityzm; szanuję go i pokazuję siebie takiego, jaki jestem. W miarę, jak pogłębia się poznanie, wzrasta szacunek, serdeczność, przyjaźń”. Temu właśnie służy dialog: poznaniu i wzajemnemu szacunkowi dialogistów.
Pacan jednak nikogo poznawać nie chce, bo z góry zna intencje rozmówców. A w jednym z kazań kard. Bergoglio mówił: „Gdy ktoś odzyskuje odmienność w spotkaniu, zaczyna dialogować, a dialogowanie zakłada nie tylko słuchanie, ale wysłuchiwanie. […] Inny, chociaż ideologicznie, politycznie lub społecznie stoi na drodze naprzeciwko, zawsze ma coś dobrego do dania i ja mam coś dobrego, co mu dam. W takim spotkaniu, z którego wyciągam dobre rzeczy, buduje się twórcza i płodna synteza. Dialog u samych podstaw jest płodnością. Monologi giną”.
Kościół zamykający się w monologu to Kościół, który przestaje słuchać. A Kościół, który przestaje słuchać, jest Kościołem, który staje się niezdolny do ewangelizacji – taka jest diagnoza nowego papieża, choć nie jest to – podkreślmy – nauka nieomylna...
I tu dochodzimy do trzeciego obszaru niewiedzy Jakuba Pacana. W wywiadzie rzece pt. „Jezuita” przyszły papież mówi: „Uprzedzenia stanowią jakby mur, który uniemożliwia nam spotkanie. […] od razu przylepiamy ludziom etykietki, co tak naprawdę jest wyrazem tego, że unikamy dialogu, spotkania. W ten sposób przyczyniamy się do utrzymania braku porozumienia, które moim zdaniem osiągnęło już poziom prawdziwej patologii społecznej”. Słowa te można doskonale zastosować do niejednego polskiego katolika. Taką etykietką „Kościoła otwartego” posłużył się także Pacan, zupełnie nie dbając o właściwe zrozumienie owej „otwartości”.
Polecam lekturę dyskusji „Granice ortodoksji, granice otwartości”, w której wzięli udział ks. Grzegorz Strzelczyk, Piotr Sikora i – wyraźnie spoza obozu Kościoła otwartego – Paweł Milcarek („Więź” 2013, nr 2), a z której wiele się dowie, czym są ortodoksja, otwartość, Magisterium Ecclesiae i wolność teologicznego myślenia. Mówiąc krótko, otwartość to ortodoksja, a ortodoksja to otwartość. Obie cechy Kościoła są mu koniecznie potrzebne, aby nie popadł w fundamentalizm czy naiwność.
Dla Pacana dialog to tytułowe błądzenie. Ojcowie soborowi twierdzili jednak, że „prawdy zaś należy szukać” także przez „wymianę myśli i dialog, przez co jedni drugim przedkładają prawdę, którą znaleźli albo sądzą, że znaleźli, by pomagać sobie nawzajem w jej zgłębianiu” (Dekret w wolności religijnej, nr 3). Wszak sobór to nie kongregacja, ale też można go chyba nazwać „zastępem najwyższej klasy specjalistów”.

Autor jest księdzem katolickim, teologiem i publicystą. Członek Rady Naukowej Laboratorium WIĘZI
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA