fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Szansa na pojednanie

Paweł Zalewski
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
W tym samym czasie, gdy Katyń był jednym z wydarzeń kształtującym naszą świadomość, prawda o Wołyniu musiała z trudem przedzierać się do opinii publicznej. Wielu obawiało się, że podjęcie jej w stosunkach polsko-ukraińskich, zaszkodzi im i zostanie wykorzystane przez Rosję – pisze europoseł Platformy Obywatelskiej.
Ostatnie czego Polsce potrzeba, to spór przy obchodach 70. rocznicy ludobójstwa Polaków na Wołyniu. Zamiast zgodnie i godnie oddać cześć ofiarom i potępić mordy, spalamy się na dyskusjach. Jakbyśmy nie dostrzegali, że na Ukrainie zachodzą ważne zmiany. Oto właśnie po latach rośnie nad Dnieprem nowa generacja: wrażliwa, kompetentna, niezsowietyzowana i uznająca europejskie wartości. A te w radykalnym, integralnym nacjonalizmie widzą największe zagrożenie dla pokoju. Jest oczywiste, że musi ona dojrzeć do potępienia zbrodni. Sami również przerabialiśmy tę lekcję i nie od razu byliśmy gotowi, aby uznać zbrodnię w Jedwabnym oraz potępić mord na ludności żydowskiej.
Rolą polityków nie jest opisywanie historii. Jest nią budowanie kontekstu dla rozwoju stosunków polsko-ukraińskich w przyszłości
Nie piszę o tym, aby porównywać te wydarzenia, lecz aby uświadomić, że odniesienie się do tragicznych wydarzeń jest delikatnym procesem w ramach świadomości społecznej, wymagającym czasu, ale i jednoznaczności po naszej stronie. A tej jednoznaczności do tej pory brakowało. Aby wykorzystać szansę, którą stwarza proces europeizacji wśród młodych ludzi, powinniśmy dziś, gdy żyją jeszcze ostatni świadkowie tych wydarzeń, zdobyć się na godne uczczenie ofiar, bez kompromisu z historyczną prawdą i w duchu pojednania z Ukraińcami.

Zbrodnia ludobójstwa

Obchody rocznicy powinny zakończyć wewnętrzne spory i różnice.  Wewnętrzna dyskusja w polskim Sejmie wokół uchwały w 70. rocznicę mordów na Wołyniu koncentruje się dziś m. in. wokół stwierdzenia, czy zbrodnia wołyńska była ludobójstwem. Sprawa ta nie jest dyskusyjna. Jeżeli oprzemy się na klasycznej definicji Rafała Lemkina, spór ten nie ma sensu. Zbrodnie te były masowymi mordami dokonanymi w zamiarze zniszczenia narodowej grupy Polaków i jako takie powinny być kwalifikowane jako ludobójstwo. Nie mają w tej sprawie wątpliwości IPN ani polscy historycy, od lat rzetelnie badający źródła. Wiele razy wypowiadał się w tej sprawie m.in. wybitny znawca tematu, prof. Grzegorz Motyka.
Rolą polityków nie jest opisywanie historii. Jest nią budowanie kontekstu dla rozwoju stosunków polsko-ukraińskich w przyszłości. Istota problemu tkwi zatem gdzie indziej. Mianowicie, czy czcząc ofiary, czynimy to w sposób, który pomaga wzajemnemu pojednaniu? Czy może jest tak, że z jednej strony ból podsuwa zapiekłość w nienawiści, a z drugiej obawa przed prawdą skłania do kompromisów z historią? Czy nie jest tak, że obie strony dyskusji nawzajem nakręcają spiralę nieufności?
Nieufność i podejrzliwość, jaką mają środowiska rodzin ofiar na Wołyniu wobec polityków wszystkich opcji oraz obawy, że potrzeba zemsty i gniewu  przysłoni potrzebę chrześcijańskiego pojednania nie zbliżają, ale oddalają obie strony dyskusji. Gubi się po drodze to, co powinno być najważniejsze: z ukraińskiej strony potrzeba potępienia zbrodni, z polskiej zaś - przebaczenia. Prawda nigdy nie wyrządziła nikomu krzywdy, nienawiść – tak. Chodzi o to, aby  głos, który popłynie z Polski koncentrował się nie tylko na wyrażeniu bólu i słusznym rozpamiętywaniu ran, ale także na pokazaniu, co możemy razem zrobić, by taka zbrodnia nigdy się nie powtórzyła, a Polacy i Ukraińcy zawsze mogli żyć ze sobą w przyjaźni.

Trzy milowe kroki

Trzeba stwierdzić, że od początku naszej niepodległości zrobiliśmy wiele, aby jak najlepiej ułożyć stosunki z Ukraińcami. Jeżeli obchody obecnej rocznicy będą służyć uświadomieniu Polakom i Ukraińcom, jak ważny jest proces pojednania między nami, wpiszą się w ciąg pozytywnych wydarzeń ostatnich 23 lat. Wyznaczają je trzy milowe kroki w naszych stosunkach.
Pierwszym była uchwała Senatu RP z 1990 roku. Potępienie Akcji „Wisła" u zarania naszej niepodległości przez jedyny mający pełną legitymację demokratyczną organ władzy świadczył o tym, że demokratyczna Polska chce, aby wszyscy polscy Ukraińcy mogli się czuć w niej jak w ojczystym domu.
Rok później natychmiastowe i bez żadnych warunków uznanie niepodległości Ukrainy pokazało, iż pragniemy mieć jak najlepsze relacje ze swoim sąsiadem, pozbawione jakichkolwiek sporów o granice czy rekompensaty.
Przez następne lata wzajemne stosunki rozwijały się świetnie, jednak ograniczone były do wąskiej stosunkowo grupy polityków i ekspertów. Szerokiego, społecznego wymiaru nabrały dopiero podczas pomarańczowej rewolucji, gdy tysiące Polaków zaangażowało się w monitorowanie wyborów prezydenckich, aby Ukraińcy mogli suwerennie podjąć decyzję o swojej przyszłości. To był trzeci krok w naszych relacjach. Wówczas Ukraińcy i Polacy przestali być dla siebie anonimowymi sąsiadami. Stali się konkretnymi ludźmi, wyznającymi te same wartości. Aby podtrzymać i rozwinąć te stosunki, które dla wielu z nas mają osobisty charakter, musimy dziś pójść dalej i dopełnić o ostatni element podwaliny dla wspólnej przyszłości – rozpocząć pojednanie.

Polityczne kalkulacje

Pamięć o ludobójstwie na kresach i brak należytego uczczenia ofiar jest ciągle tym, co nas niewidzialnie dzieli i ma duży potencjał do zrujnowania naszej przyjaźni. Stało się tak także dlatego, że w Polsce kwestia tej zbrodni padała ofiarą źle pojętych kalkulacji politycznych. W tym samym czasie, gdy Katyń był jednym z wydarzeń kształtującym naszą świadomość, prawda o Wołyniu przy wielkim wysiłku rodzin  kresowych i historyków musiała z trudem przedzierać się do opinii publicznej. Wielu obawiało się, że  podjęcie jej w stosunkach polsko – ukraińskich, zaszkodzi im i zostanie wykorzystane przez Rosję. To stanowisko uosobił śp. prezydent Lech Kaczyński. Argumentował, iż świadomość narodowa Ukraińców nie dojrzała do zmierzenia się z kwestią wołyńską. Nigdy nie zgadzałem się z takim myśleniem i traktowałem  je jako wyraz braku wiary w zdolność bratniego narodu do podzielenia tych samych co my wartości. Jednak dlaczego Ukraińcy, sami w większości nie mając wiedzy na temat zbrodni lat 1943-1944, mieliby odnosić się do wydarzeń, których w sposób jednoznaczny nie stawia najbardziej zainteresowany, czyli Polska?
Dziś mamy ostatni moment aby zacząć mówić o zbrodni wołyńskiej językiem prawdy historycznej i wywołać refleksję u naszych ukraińskich przyjaciół. Chodzi także o to, aby polskie stanowisko było absolutnie jasne i nazywało rzeczy po imieniu. Trzeba przy okazji każdej dyskusji o Wołyniu nie pozwalać na woalowanie problemu i chowanie ludobójstwa za parawanem relatywizujących pojęć, zmiękczających odpowiedzialność, usprawiedliwiających mord.

Rachunek sumienia

Nie było żadnych „zdarzeń na Wołyniu", „tragedii wołyńskiej", a nawet boleśnie i osobiście odbieranej przez środowiska kresowian „rzezi". Było ludobójstwo polskiej ludności dokonane przez wyznawców ideologii integralnego nacjonalizmu Stepana Bandery i  Ukraińskiej Powstańczej Armii. To tragiczna prawda, ale nie należy jej wymagać przemocą na Ukraińcach, stawiać ich pod ścianą zmuszając na siłę do jej uznania. Prawdziwe pojednanie wymaga zrozumienia tego, z jakim trudem wiąże się ono dla obu stron. Jest procesem delikatnym i wrażliwym na wstrząsy
Po posiedzeniu Forum Polsko-Ukraińskiego Partnerstwa w lutym bieżącego roku, gdy po raz pierwszy omawialiśmy kwestię ludobójstwa, pojawiło się na Ukrainie wiele inicjatyw na rzecz pojednania. Zaangażowały się w nie także Kościoły, grekokatolicki i prawosławne. To dobry znak. Kontekst chrześcijańskiego żalu za grzech i wybaczenia jest tutaj decydujący. Jego perspektywa powoduje, że pojednanie może być autentycznie głębokie. Jednak wzajemne wybaczenie, które proponują Kościoły ukraińskie, musi odbyć się  po solidnym rachunku sumienia. A ten dopiero u nich się zaczął, choć rośnie liczba ludzi, którzy są gotowi w nim uczestniczyć.
Trzy tygodnie temu - cztery miesiące po lutowym forum - wraz z grupą kijowskich intelektualistów wziąłem udział w dyskusji o Wołyniu. Spodziewałem się nieprzyjemności. Brałem nawet pod uwagę, że mogą pojawić się teorie i wezwania, do których zwyczajnie nie powinienem się odnosić, bo mają znamiona prowokacji, a nie głosu w dyskusji.  Jakież było moje zdumienie, gdy spotkanie upłynęło na spokojnej, otwartej i - bez cienia przesady - serdecznej rozmowie. Nie było zakłamywania, licytacji. Nie było pokazów krasomówczych, fajerwerków, autopromocji i zacietrzewienia, ciężkiej atmosfery. Oczywiście nie było też pełnego zrozumienia, ale na pewno była realna chęć wysłuchania drugiej strony, znalezienia się w naszej sytuacji, wsłuchania się w nasze racje, a nie słuchania aż do momentu, gdy będzie można swoimi argumentami zasypać przeciwnika by zamarł, zanim złapie oddech. Takich sytuacji jest więcej i pokazują, że mamy partnerów po ukraińskiej stronie, którzy nie odwracają się plecami do prawdy.
Nasze stanowisko jest jasne. Nie potępiamy Ukraińców za zbrodnię, oczekujemy jednak od nich jej potępienia. Dziś nie możemy oczekiwać, iż to zostanie spełnione, gdyż morderstwa na Wołyniu są  jeszcze wciąż na Ukrainie relatywizowane. Aby jednoznacznie potępić zbrodnię na kresach Ukraińcy muszą uznać, iż to OUN-UPA rozpoczęły czystki etniczne realizowane metodą szczególnie brutalnego ludobójstwa. Spotkały się one z oporem Polaków, a potem z akcjami odwetowymi, w których ginęła ukraińska ludność cywilna. Tych wydarzeń nie możemy porównywać, gdyż zatracimy zdolność osądu tego, co się stało. Nie możemy porównywać przyczyny i skutki. Gotowości do zorganizowanego, masowego i brutalnego wymordowania polskich sąsiadów z oddolną chęcią zemsty wynikającą z niezwykle drastycznych przeżyć. Żeby było jasne, nie usprawiedliwiam odwetu i zbrodni na ukraińskiej ludności cywilnej. Nie usprawiedliwiały jej też nigdy podziemne władze polskie. Nie możemy jednak zapomnieć, co do nich doprowadziło. Nie było, jak tego chcą niektórzy ukraińscy historycy „wojny domowej". Było zaplanowane ludobójstwo i akty odwetu za nie.

Europa to wartości

Nie mamy żadnej „ukrytej agendy", nie chodzi nam o szantaż ani o polityczne koncesje ze strony Kijowa czy rekompensaty. Państwo ukraińskie nie ponosi odpowiedzialności za te zbrodnie już choćby dlatego, że wszystkie wydarzenia na Wołyniu działy się na okupowanym terytorium Polski i między polskimi obywatelami. Jednak dyskusja o 70. rocznicy ludobójstwa na Wołyniu niech odbywa się w istotnym dla Ukrainy kontekście stowarzyszania z Unią Europejską. A samo to daje powód do rozważenia nad Dnieprem i Dniestrem wartości, na których Unia jest zbudowana. Powstała i rozwija się jako antidotum na nacjonalizmy, które obok komunizmu doprowadziły do katastrofalnych zbrodni XX wieku. Także na Ukrainie, gdyż była to ideologia Stepana Bandery i UPA. Czy do pogodzenia z otwartością, tolerancją i współpracą jest hołubienie pamięci lidera OUN w całym kraju i stawianie mu pomników?
Czy można dzisiaj aspirować do Unii nie odnosząc się zdecydowanie do wołyńskiego ludobójstwa? Europejski dobrobyt, stabilizacja i poszanowanie demokracji, których pragną Ukraińcy, to nie tylko zestaw technicznych standardów, lecz przede wszystkim wartości, które rządzą naszymi relacjami. Na integralny radykalny nacjonalizm nie ma w nich miejsca.
Wiele zależy od prezydenta Komorowskiego, który będzie uczestniczył w uroczystościach upamiętniających ofiary. Jego zakorzenione w tradycji pojmowanie tożsamości narodowej, zrozumienie dla wagi europejskiej integracji Ukrainy oraz działania na rzecz pojednania polsko-ukraińskiego budują nadzieje na bezkompromisowe wobec historii, choć zarazem pełne przyjaźni wobec Ukraińców, zdefiniowanie naszego stanowiska. Powinno ono zamknąć dyskusje wewnątrz Polski i otworzyć nas na długotrwały proces społecznego pojednania.
Autor jest europosłem PO, współprzewodniczącym Polsko-Ukraińskiego Forum Partnerstwa
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA