Dane gospodarcze

Etiopia buduje wielką tamę na Nilu

materiały prasowe
Potężna zapora i elektrownia wodna, która docelowo osiągnie moc 6 gigawatów przegrodzi Nil. Właśnie ruszyła budowa, a projekt już budzi ogromne emocje
W Etiopii ruszyły prace nad zaporą na Nilu Błękitnym. Budowa projektu o nazwie Wielkie Etiopskie Odrodzenie ma kosztować 4,3 mld dolarów i jeśli zostanie ukończona zgodnie z planem, będzie największą hydroelektrownią na kontynencie afrykańskim. Według założeń rządu w Addis Abebie pod koniec przyszłego roku rozpocznie się pierwszy etap wypełniania zbiornika retencyjnego. Elektrownia pełną moc ma osiągnąć w 2017 roku - wówczas wyniesie ona 6 gigawatów, co odpowiada np. sześciu wielkim blokom węglowym. Dla przykładu zbudowana w  latach sześćdziesiątych w Egipcie również na Nilu Wielka Tama Asuańska ma moc 2,1 gigawata.
Warto podkreślić, że projektu nie wspierają, żadne fundusze pomocowe ani międzynarodowe instytucje finansowe. Etiopia zdecydowała się samodzielnie sfinansować inwestycję. W tym celu wyemitowano nawet specjalne obligacje, które może kupić każdy Etiopczyk. Elektrownia jest częścią szerszego planu, zgodnie z którym Etiopia w ciągu najbliższych 10 lat kosztem 12 mld dol. ma zbudować 20 gigawatów nowych mocy w energetyce.

Walka o wodę

Projekt, jak to zawsze bywa w przypadku konstrukcji elektrowni wodnych, budzi sporo sprzeciwu i to nie tylko ze strony ekologów. Etiopska inwestycja w krajach, które leżą w dolnym biegu rzeki czyli w Sudanie i Egipcie, traktowana jest niemal jako zamach na ich suwerenność. Woda płynąca Nilem przez Saharę w około 80 proc. pochodzi właśnie z terenów Etiopii. Egipt i Sudan jako najwięksi beneficjenci życiodajnego nurtu, w kwestiach Nilu miały do niedawna uprzywilejowaną pozycję na arenie międzynarodowej. Ustanowione w 1929 roku przez Wielką Brytanię prawo dawało Egiptowi możliwość stosowania weta i blokowania inwestycji zagrażających zmniejszeniem ilości wody dostarczanej przez rzekę. Stworzone jeszcze w czasach kolonialnych przepisy zostały przez Egipt wzmocnione w 1959 roku specjalnym paktem z Sudanem, który gwarantował obu krajom prawo do 90 proc. płynącej Nilem wody. Taki układ sił marginalizował państwa leżące nad górnym biegiem rzeki, więc gdy tylko pojawiła się możliwość zmiany skostniałego prawa kraje te nie omieszkały z niej skorzystać. Trzy lata temu nastąpił punkt zwrotny w stosunkach pomiędzy państwami mającymi dostęp do wody z Nilu. Członkowie organizacji o nazwie Nile Basin Initiative (NBI) postanowili ukrócić dotychczasową hegemonię Egiptu i Sudanu w regionie. NBI to założona z ramienia Banku Światowego międzynarodowa organizacja, zrzeszająca 10 państw położonych w dorzeczu Nilu – Egipt, Sudan, Sudan Południowy, Etiopię, Kenię, Tanzanię, Ugandę, Rwandę, Burundi, i Demokratyczną Republikę Konga. Organizacja miała być wzorem do naśladowania dla innych, zajmujących się zasobami naturalnymi stowarzyszeń międzypaństwowych. Optymizm jaki towarzyszył w początkach działania NBI został zastąpiony przez politykę siły i roszczeń. W efekcie kraje z górnego biegu rzeki utworzyły front przeciwko Egiptowi i Sudanowi i postanowiły korzystać z dobrodziejstw Nilu bez większej konsultacji z "pustynnymi braćmi".

Młody afrykański lew

Etiopia jest głównym inicjatorem tych wszystkich działań. Kraj powoli wyrasta na regionalną potęgę gospodarczą. Oczywiście z Egiptem, który ma ponad 6 razy większą gospodarkę, jeszcze mierzyć się nie może, ale z pewnością aspiracji jej nie brakuje. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego Etiopia znalazła się na piątym miejscu wśród najszybciej rozwijających się gospodarek świata w latach 2001-2010, ze średnim przyrostem PKB na poziomie 8,4 proc. rocznie. Chociaż w ostatnich 2 latach nastąpiło wyhamowanie to wciąż dynamika ta utrzymuje się na poziomie ponad 7 proc. Oczywiście wzrost PKB w Etiopii mocno pompują inwestycje rządowe. Według African Economic Outlook 2012, Etiopia jest siódmą gospodarką Afryki. Jeśli jednak ograniczymy się wyłącznie do krajów Afryki Subsaharyjskiej, to rzeczywiście zajmuje czwarte miejsce. Dodatkowo, na jej korzyść przemawia fakt, iż rozwój gospodarczy jest jedynie w niewielkim stopniu uzależniony od eksportu nieprzetworzonych surowców naturalnych, takich jak ropa naftowa i gaz ziemny. Jest to także drugi najludniejszy kraj Afryki, w którym mieszka ok. 90 milionów ludzi, a więc potencjalnie – bardzo duży rynek zbytu. Kraj jest najszybciej na świcie rozwijającą się gospodarką nie opartą na wydobyciu ropy.

Ostre reakcje, będzie konflikt?

- Budowa zapory i ingerowanie w bieg Nilu jest aktem wypowiedzenia wojny - ostrzega Szejk Abdel-Akher Hammad, członek Rady Szury, czyli wyższej izby egipskiego parlamentu. Według polityka, który jest też w Egipcie religijnym autorytetem, działania Etiopczyków ograniczą przepływ wody w Nilu, a co za tym idzie wpływają bezpośrednio na bezpieczeństwo narodowe Egiptu. - Jesteśmy gotowi do walki, możemy w nią zaangażować wszystkie nasze siły - zarzeka się Szejk, ale po chwili dodaje, że dobrze byłoby najpierw użyć dyplomacji. - Nie jesteśmy samolubni. Nie kierujemy się tutaj wyłącznie własnym interesem - odpowiada wicepremier Etiopii, Debretsion Gebremichael. Dodaje, że rzeka jest dobrem wspólnym wszystkich krajów nad nią położonych i że Etiopia postara się uwzględnić nie tylko swoje korzyści, ale także interesy innych państw. Napięcie w regionie jednak mocno wzrosło. Dzisiaj na specjalne posiedzenie w tej sprawie do Kairu przyjeżdża Osama Abdalla Mohamed al-Hassan, minister zasobów wodnych Sudanu. Ale akurat Sudan zdaje się być buforem pomiędzy Etiopią a Egiptem i to nie tylko w sensie geograficznym. - Rząd Sudanu przeprowadził konsultacje zarówno z Egiptem jak i Etiopią i widzimy przestrzeń dla porozumienia - powiedział rzecznik ministerstwa spraw zagranicznych Sudanu. - Jeśli projekt nie zakłóci w znacznym stopniu przepływu rzeki, to nie mamy problemu z tym, co robią Etiopczycy - dodaje. Chartum studzi emocje i próbuje doprowadzić do zgody zwaśnione strony. Powołał nawet komitet techniczny w skład którego wchodzą niezależni eksperci oraz po czterech przedstawicieli Egiptu, Etiopii i Sudanu. Raport z prac komitetu ma być opublikowany na dniach. Być może wówczas politycy usiądą przy stole i postarają się jakoś nawiązać nić porozumienia.
Źródło: ekonomia.rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL