fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Tomański: Wolność przede wszystkim

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Koreańczycy z Północy nie mogą się nadziwić, jak ciekawym ustrojem jest demokracja. Z podziwem śledzą wiadomości z Południa i coraz bardziej zazdroszczą sąsiadom tego, że mogą swobodnie wyrażać swoje poglądy. Także te sprzeczne z linią władzy.
Południowokoreański skandal z udziałem prezydent Park Geun-hye, jej przyjaciółki Choi Soon-sil oraz szeregu ważnych doradców oraz prezesów koncernów wkracza w nowy etap. Po decyzji parlamentu od 9 grudnia prezydent została zawieszona, trybunał zbiera się w sobie do zapoznania się z materiałem dowodowym, a dotychczasowy premier Hwang Kyo-ahn zgodnie z nowym tytułem stanowiska pełni obowiązki szefa państwa. Na każdym polu pojawiają się niedomówienia. Prezydent zaprzecza oskarżeniu a jej prawnicy domagają się cofnięcia impeachmentu. Trybunał się nie spieszy, a p.o. prezydenta informuje, że nie będzie niczego zmieniał w dotychczasowej polityce Korei. Opozycja jest poirytowana, bo Hwang miał nie mieszać się w nie swoje kompetencje. Niezmienny pozostaje tylko jeden czynnik - zwykli mieszkańcy.
W ostatnią sobotę po raz ósmy z rzędu protestowali na ulicach Seulu. Choć Park znajduje się na bocznym torze i teoretycznie Koreę czeka zmiana, to obywatele chcą trzymać ręce na pulsie czując się oszukani przez polityków. Echo protestów ze ścisłego centrum niosło się między wzgórzami okalającymi stolicę Południa. Na ulicach znów niesiono symbol protestów czyli świece i znów różnie podawano liczebność tej demonstracji.
Niezależnie jednak czy Koreańczyków było tym razem 600 czy 770 tysięcy, na Północy ten trwający wciąż protest daje zwykłym ludziom do myślenia. Pjongjang zdaje sobie sprawę, że informowanie o oddolnym ruchu, który właśnie zmiótł przywódcę kraju i dalej nie zamierza przestać czuwać nad poprawnością polityczną, może okazać się bronią obosieczną. Ale pisać coś trzeba, żeby nie wyjść na kompletnych ignorantów. I nadgorliwy reżim zapatrzony jedynie we własną propagandę.
Na Południu w poniedziałek pierwszy raz przed specjalną komisją pojawiła się pani Choi, adiutantka prezydent Park stojąca przez lata w jej cieniu. Przesłuchanie rozpoczęło się dokładnie o godzinie 14:10 w sali numer 417 w głównym sądzie w centrum Seulu. Kobieta nazywana szamanką i koreańskim Rasputinem w spódnicy tym razem miała na sobie jasnoszary więzienny strój. Podczas przesłuchania nie było dwóch byłych (i w przeciwieństwie do Choi oficjalnych) prezydenckich doradców: An Chong-buma i Jeong Ho-seonga, których określono jako wspólników tajemniczej pani powierniczki.
Choi obiecała, że będzie z sądem współpracować, jednak odwołała wszystko, co mówiła wcześniej. Zaraz po powrocie do kraju z Niemiec oświadczyła dziennikarzom, że za swoje niecne czyny powinna umrzeć, a dziś uznała to zbytnią przesadę. Zaprzeczyła oskarżeniom, wyparła się tabletu, na którym znaleziono prezydenckie przemówienia z jej poprawkami (trafi do specjalistów od ustalania spraw niemożliwych, którzy ostatecznie ustalą, do kogo należał koronny dowód od którego rozpoczęła się afera), stwierdziła także, że nie sprzeniewierzyła państwowych pieniędzy. Jednym słowem ewidentnie została aresztowana za niewinność. Jej adwokat, Lee Kyung-jae uparcie trzyma się tej linii dementowania każdego zarzutu. Być może do zestawu oskarżeń dołączy także kolejne, mniej oczekiwane, dotyczące nadużywania substancji zakazanych. Pani Choi miała zbyt często sięgać po propofol, dodatkowy lek znieczulający podawany jej podczas każdej wizyty w klinice chirurgii plastycznej. Szamanka-Rasputin miała się rejestrować jako pacjentka Choi Bo-jeong ukrywając swoją tożsamość. Przez trzy ostatnie lata (136 wizyt od października 2013 roku do sierpnia bieżącego) co tydzień przyjmowała propofol podczas każdego, nawet niewymagającego takiej oprawy zabiegu. Nadużywanie psychotropów może oznaczać do 5 lat w więzieniu i karę grzywny.
Podobnie w zawarte idzie Park Geun-hye. Jej obrońcy zaprzeczają wszystkim 13 oskarżeniom, z których 5 dotyczy złamania konstytucji, a 8 stanowi o naruszeniach prawa. Tłumaczenia wymagane przez sąd na piśmie od pani prezydent zajęły ostatecznie 24 strony. Media przypominają o dziwactwie związanej z zaawansowaną nieufnością Park wobec publicznych toalet. Ze względu na to, że podczas kwietniowego szczytu bezpieczeństwa nuklearnego w Waszyngtonie wolała wrócić do "własnej" łazienki w hotelowym pokoju niż skorzystać ze wspólnej w miejscu międzynarodowego szczytu, prezydent nie znalazła się na wspólnym zdjęciu wszystkich uczestników. Po wizycie w toalecie udało się jej zrobić wspólną fotografię jedynie z Obamą i premierem Holandii. Dziś w obliczu afery korupcyjnej i zarzutów o zaawansowaną niegospodarność publicznymi pieniędzmi takie wspomnienia nie wywołują uśmiechu politowania, ale kolejny wybuch wściekłości obywateli.
Przesłuchanie Choi Soon-sil cieszy się ogromnym zainteresowaniem ludzi, którzy mogli zgłaszać chęć stawienia się na publiczności. Wśród setek zgłoszeń rozlosowano 80 miejsc uprawniających do wstępu na wspominaną sale numer 417. To miejsce widziało już wiele. Przed 20 laty właśnie w niej sądzono za korupcję dwóch byłych prezydentów: Chun Doo-hwana i Roh Tae-woo.
Druga runda przesłuchania pani Choi ma odbyć się 29 grudnia. Sąd zezwala na telewizyjną transmisję ze względu na ogromne zainteresowanie wśród społeczeństwa oraz dlatego, że to ludzie doprowadzili do tego, by proces w ogóle się rozpoczął. Z pewnością Kim Dzong Un martwi się, co mogłoby wydarzyć się w jego kraju, gdyby ludzie podobnie masowo zaczęliby wyrażać niezadowolenie.

 

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA