fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Koreańskie złoto

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Nie chodzi o kimchi czy inny specjał wyjątkowy dla tamtej kultury. Ten tytuł należy rozumieć dosłownie.

W dalekiej Azji wiele rzeczy dzieje się inaczej niż u nas. Według starej chińskiej zasady dzieci przychodzą na świat licząc sobie już rok życia. Urodzone pod koniec grudnia po zaledwie kilku dniach życia w styczniu osiągają dwa lata. Dzieci to skarb i nadzieja na bezpieczną przyszłość dla rodziców, dlatego dzień pierwszych urodzin obchodziło sie wyjątkowo szczególnie. W dawnych czasach przeżycie pierwszego kalendarzowego roku było dla małego człowieka trudne.

W Korei na pierwsze urodziny zwykło dawać się dziecku prezenty ze złota. Cenne, stanowiące pewny kapitał, niezniszczalne, łatwiejsze do przechowywania niż jakiekolwiek pieniądze - złoto, przeważnie w formie pierścionków z okazji pierwszych urodzin zwanych dol, od dawna było obecne w tradycji. Koreańczycy przez lata zmagali się z wahaniami cen tego metalu, ale kupowali go niezmordowanie gromadząc w domach coraz więcej takich pamiątek. Złote wyroby trafiały nie tylko do najmłodszych, wręczano je najlepszym pracownikom w formie medali i złotych breloczków do kluczy za wysługę lat. Przydawały się także w drugim ważnym momencie życia, gdy kończyło się 60 lat. Chiński zodiak ma poza 12 znakami pięć żywiołów, których wszystkie kombinacje kończą się po 60 latach. Uważa się, że wówczas wszystko w życiu zaczyna się na nowo. A na udany początek najlepiej sprawdza się coś ze złota.

To narodowe szaleństwo przydało się w nieoczekiwany sposób, gdy w 1997 do Korei zapukał finansowy kryzys. Kraj musiał starać się o pożyczkę od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ale jej spłata mogła Południe dobić, tak jak obecnie w Europie ze spłatami kredytu nie radzi sobie Grecja. Rząd poprosił swoich obywateli o pomoc. Dług można było spłacić szybciej właśnie przy pomocy gromadzonego złota, którego wartość w prywatnych rękach szacowano na blisko 20 mld dolarów.

Kredyt od MFW był niecałe trzy razy wyższy (dokładnie 57 mld), ale Koreańczycy nie przestraszyli się wyzwania. W ciągu pierwszego tygodnia oficjalnie ogłoszonej zbiórki do punktów odbioru złota przeniesiono osiem ton w formie pierścionków, figurek, medali i rozmaitych złotych bibelotów. Sportowcy oddawali swoje trofea, małżeństwa obrączki, dzieciom odbierano urodzinowe talizmany, a do działania zachęcały największe koncerny.

Szefowie Daewoo, Samsunga czy Hyundai dziś muszą zeznawać przed specjalną komisją, która stara się zrozumieć ich powiązania ze skorumpowaną prezydent i szeregiem jej doradców. 19 lat wcześniej wraz ze zwykłymi ludźmi brali udział w pospolitym ruszeniu ratującemu kraj. Wtedy się udało, przetopione złoto oznaczało dodatkowe 3 mld dolarów na spłatę kredytu. Koreańczycy poczuli swoją siłę i zadziwili nietypowym oddaniem świat.

Dziś drogi koncernów i zwykłych ludzi nie wyglądają na zbieżne. Ci pierwsi stworzyli mechanizmy przydatne sobie i własnym interesom. Drudzy wciąż potrafią się mobilizować, gdy zachodzi taka potrzeba. Dzięki konsekwencji w protestach przez kilka tygodni pod rząd politycy odwołali prezydent, przezwyciężono brak kreatywności w opozycji i przekonano do oporu także połowę partii rządzącej. Choć czasami cała historia z udziałem Park Geun-hye wydaje się tak trudna i granicząca z beznadziejną, to wciąż największym kapitałem kraju są jego mieszkańcy. To w nich tkwi potencjał na odwrócenie każdego złego trendu. Tym bardziej, że Koreańczycy byli w stanie skrzyknąć się nie tylko wobec kryzysu z 1997 roku, ale także przeprowadzili narodową zbiórkę na spłatę roszczeń narzuconych przez Japonię 90 lat wcześniej, w 1907 roku. Wówczas trzeba było zebrać w przyspieszonym tempie środki o wartości rocznego PKB - tyle domagało się Tokio na mocy traktatu z 1905 roku. Zgodnie z przekazywanymi z tamtych czasów historii mężczyźni rzucali palenie, żeby oszczędzić więcej pieniędzy, a kobiety oddawały rodową biżuterię.
W 1998 pracownicy koncernów z dumą nosili przypinki z hasłem "Oddawajmy nasze złoto państwu na szybszą spłatę kredytu". Dzisiaj nie potrzeba pieniędzy i znaczków, wystarczy tylko, żeby dotychczasowa jednomyślność jak najdłużej pozostała na półwyspie. Kto wie, czy kiedyś nie uda jej się pokonać nawet najlepiej strzeżonej granicy świata na 38. równoleżniku.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA