fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

Ursula von der Leyen walczy o każdy głos. Czy PiS ją poprze?

Ursula von der Leyen musi we wtorek przekonać co najmniej 374 deputowanych
AFP
Ursula von der Leyen pewna może być tylko wsparcia swojej politycznej rodziny – chadeków, i to nie wszystkich. Liczy na poparcie ze PiS.

Von der Leyen nie ukrywa, że do Brukseli bardzo chce wrócić. Nie spodziewała się nominacji na przewodniczącą Komisji, ale poważnie była brana pod uwagę jako niemiecka komisarz w nowej pięcioletniej kadencji, która zacznie się prawdopodobnie w listopadzie. Dla von der Leyen byłby to powrót do miasta dzieciństwa, gdzie na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku jej ojciec Ernst Albrecht był wysokiej rangi eurokratą. Urodziła się 61 lat temu w szpitalu w brukselskiej gminie Ixelles.

Przez pierwsze 13 lat życia mieszkała z rodziną w podbrukselskim Tervuren, uczęszczała do szkoły europejskiej, a francuski znała na równi z ojczystym niemieckim.

Żeby jednak jej marzenie się spełniło, musi przekonać przynajmniej 374 eurodeputowanych, od prawej do lewej strony sceny politycznej, żeby zagłosowali na nią we wtorek wieczorem. Najpierw przed południem Ursula von der Leyen wystąpi z programowym przemówieniem przed eurodeputowanymi w Strasburgu.

CDU kontra reszta

Z naszych informacji wynika, że cały weekend urzędująca wciąż minister obrony spędziła w Brukseli. Niemka podróżuje między Berlinem i Brukselą samolotem wyczarterowanym przez jej rodzimą Europejską Partię Ludową –nie chce korzystać z przysługującej jej teoretycznie maszyny Bundeswehry, żeby nie narażać się na krytykę wykorzystywania urzędu do celów partyjnych. Bo von der Leyen jest w Niemczech kandydatką CDU, nie popierają jej ani współrządzący socjaldemokraci, ani opozycyjni Zieloni, nie mówiąc o skrajnej lewicy czy skrajnej prawicy.

W Brukseli urzęduje w budynku Charlemagne, gdzie przydzielono jej tymczasowe biuro i grupę współpracowników. Przed wejściem nawet w niedzielę późnym wieczorem było widać samochody z ochroną na niemieckich i belgijskich numerach, a na piętrze, gdzie mieści się biuro von der Leyen, gości wita tablica z napisem po angielsku „Kandydat na przewodniczącego Komisji Europejskiej".

Niemka została wskazana jako kandydatka na przewodniczącą KE przez unijnych przywódców na szczycie UE 2 lipca. Właściwie jednogłośnie, bo od głosu wstrzymała się tylko jej przyjaciółka i mentorka Angela Merkel, której na poparcie nie pozwolił brak zgody będących w koalicji w Niemczech socjaldemokratów.

Teoria i rzeczywistość

Nominacja wymaga jednak zgody większości w PE, a to nie jest oczywiste.

Teoretycznie powinna mieć poparcie trzech grup politycznych, których przedstawiciele jako premierzy i prezydenci na szczycie UE zgodzili się na von der Leyen, przy okazji dzieląc między różne frakcje polityczne inne posady, jak przewodniczącego Rady Europejskiej dla belgijskiego liberała Charlesa Michela, wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej dla hiszpańskiego socjalisty Josepa Borrella, prezesa Europejskiego Banku Centralnego dla chadeczki, choć tu afiliacja polityczna jest mniej ważna, Francuzki Christine Lagarde, a przewodniczącego Parlamentu Europejskiego dla socjalisty z Włoch Davida Sassoli.

Skoro wszyscy się zgodzili na szczeblu szefów państw i rządów, to teraz tę zgodę powinny potwierdzić trzy frakcje w PE: chadecka Europejska Partia Ludowa, Socjaliści i Demokraci oraz liberałowie z Odnowić Europę. Razem mają 443 mandaty, co stanowi większość w Parlamencie liczącym 747 eurodeputowanych (w sumie 751, ale 4 wciąż nie przyjęło mandatów).

Ale tak naprawdę w tajnym głosowaniu Niemka może liczyć głównie na lojalność rodzimej partii, czyli chadeków. – Przewidujemy, że w naszej grupie będzie około 175 głosów (ze 182 – red.) – mówi nam nieoficjalnie przedstawiciel EPL. W grupie liberalnej za von der Leyen powinna być większość, ale to zależy, jak mocno Niemka podkreśli przywiązanie do praworządności.

– Oczekuję zobowiązań w sprawie mechanizmu praworządności, Konferencji dla Europy i że Vestager będzie na takim samym poziomie jak Timmermans – powiedział Dacian Ciolos, szef liberałów. W mechanizmie stałego przeglądu chodzi o sankcje dla państw łamiących praworządność.

Najgorzej sytuacja wygląda w grupie socjalistycznej. Tam przeciw są Niemcy, ale też prawdopodobnie Włosi i być może inne delegacje narodowe.

– Znam dobrze Ursulę von der Leyen i osobiście ją lubię. Ale Parlament musi teraz pokazać, że nie pozwoli sobie na to, żeby go w ten sposób obchodzono – powiedziała Katarina Barley, jedna z liderek niemieckiej SPD. Socjalistom nie podoba się, że w wyścigu o fotel szefa Komisji przepadł ich kandydat Frans Timmermans.

Niewdzięczna rola Manfreda Webera

Na paradoks zakrawa fakt, że o pełną lojalność EPL oraz o dotrzymanie obietnic przez socjalistów i liberałów musi zabiegać szef frakcji chadeckiej Manfred Weber. Ten sam, który przez wiele miesięcy był kandydatem EPL na stanowisko ostatecznie przypisane von der Leyen.

– Robi to z wielkim oddaniem, ale oczywiście czuje się z tym średnio – mówi nasz rozmówca z EPL.

Ponieważ wynik głosowania trójpartyjnej koalicji nie jest pewien, von der Leyen, ku złości lewicy, po cichu liczy też na poparcie grup skrajnych. Sam PiS, zasiadający w Europejskich Konserwatystach i Reformatorach, ma 24 głosy. Poparcia dla von der Leyen nie wyklucza też włoska Liga, dysponująca aż 28 głosami. Von der Leyen spotyka się w PE z wszystkimi, którzy tego chcą.

Nie zrażać, kalkulować

W sprawie praworządności wyraźnie nie chce zrażać do siebie PiS: mówi o przywiązaniu do wartości, ale nie grozi sankcjami. W praktyce nie musi to wiele oznaczać, bo kluczowe sprawy dotyczące Polski i tak już dzieją się poza Komisją: albo w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości, albo w unijnej Radzie. Ale na pewno zmiana akcentów może poprawić atmosferę wokół polskiego rządu.

Niemka musi sobie jednak skalkulować, czy bardziej opłaca się jej zachęcać PiS i Ligę, czy walczyć o niezdecydowanych liberałów i socjalistów. Inna ważna grupa – Zieloni – już zapowiedziała, że jej nie poprze. – Nie usłyszeliśmy konkretnych propozycji od von der Leyen czy to w sprawie klimatu, czy praworządności – powiedziała Ska Keller, współprzewodnicząca Zielonych.

W listach do frakcji politycznych, przesłanych w poniedziałek, von der Leyen była już nieco bardziej konkretna niż w ubiegłym tygodniu. Dla Zielonych to na pewno wciąż będzie zbyt mało, ale może przekona wątpiących socjalistów i liberałów. Chce podniesienia rangi Parlamentu Europejskiego poprzez wprowadzenie pełnego współdecydowania (PE na równi z unijną Radą) w polityce podatkowej, społecznej, klimatycznej i energetycznej.

Obiecuje także działać na rzecz zniesienia weta w polityce zagranicznej i inicjatywy ustawodawczej dla PE. W przemówieniu we wtorek ma też położyć nacisk na walkę ze zmianą klimatyczną, lewicy i liberałom powinny się też spodobać jej plany zwiększania udziału kobiet we władzach Komisji Europejskiej. Jeśli chodzi o prawa kobiet może zresztą pochwalić się decyzjami w Niemczech, w czasie gdyby była tam ministrem ds. zatrudnienia. Mimo oporu konserwatywnej części CDU przeforsowała, oczywiście z pomocą Angeli Merkel, urlopy tacierzyńskie, rozbudowanie opieki przedszkolnej czy kwoty kobiet w radach nadzorczych spółek.

Jeśli przegra

Jeśli von der Leyen w głosowaniu przepadnie, to jej kandydatura wraca na Radę Europejską. I przywódcy w ciągu miesiąca muszą uzgodnić, kwalifikowaną większością głosów, nowego kandydata.

Biorąc pod uwagę fakt, że inne stanowiska w pakiecie są już rozdane i równowaga partyjna osiągnięta, logicznym byłoby, żeby znów był to kandydat z Europejskiej Partii Ludowej. Ale na pewno nie Michel Barnier, którego nazwisko wcześniej często się pojawiało, bo Francja ma już prezesa EBC.

Praworządność nie dla Timmermansa

Frans Timmermans będzie jednym z dwóch najważniejszych wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej, razem z Dunką Margrethe Vestager. Z naszych informacji wynika jednak, że Holender nie będzie już nadzorował praworządności. – Holenderski rząd chce dla niego ważnej teki gospodarczej – mówi nam wysoki rangą unijny dyplomata. Co więcej, Haga uważa, że lepiej byłoby oddać praworządność w ręce innego komisarza, aby „odpersonalizować temat". – Gdyby pozostał on w rękach Timmermansa, łatwo byłoby go znów atakować. A trzeba pokazać, że praworządność ma poparcie całej Komisji, że nie jest to osobista krucjata Timmermansa – mówi nam dyplomata. Nie znaczy to jednak, że prace zapoczątkowane przez niego da się zatrzymać. Bo są już sprawy – i pierwsze wyroki – w unijnym Trybunale Sprawiedliwości, a także procedura z art. 7 w unijnej Radzie. Ursula von der Leyen, kandydatka na przewodniczącą KE, chce wprowadzić mechanizm dorocznego przeglądu praworządności we wszystkich państwach członkowskich. To coś, o co apelowali w Parlamencie Europejskim liberałowie, a na poziomie rządów podobną propozycję składały Niemcy i Francja. Jednak ten mechanizm niekoniecznie musi być niekorzystny dla rządów Polski czy Węgier, oskarżanych obecnie przez Brukselę o łamanie praworządności. Zdaniem krytyków propozycji von der Leyen, jeśli nie będzie tam sankcji, a tego słowa Niemka unika, to doroczny przegląd może się stać narzędziem rozmywania odpowiedzialności tych, którzy mają największe problemy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA