fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

Niemka zawdzięcza wygraną PiS

AFP
Poparcie PiS, a nie niemieckich eurodeputowanych, zdecydowało o sukcesie Ursuli von der Leyen. Została ona właśnie pierwszą kobietą na stanowisku przewodniczącej Komisji Europejskiej.

We wtorek wieczorem dostała 383 głosów poparcia w Parlamencie Europejskim, czyli zaledwie 9 więcej niż wymagana większość. Sprzeciw był ogromny: aż 327 eurodeputowanych głosowało przeciw Niemce. Taki wynik to świetna wiadomość dla PiS. Ich ogłoszone w ostatniej chwili poparcie dla kandydatki tak naprawdę zdecydowało o jej zwycięstwie. Bo PiS dostarczył aż 26 głosów. Zatem w kluczowym momencie, gdy zawiedli socjaliści, mimo umowy zawartej na szczeblu szefów państw i rządów, po części z pewnością liberałowie, a przede wszystkim część rodzimej grupy chadeków, to Polacy, którzy żadnych zobowiązań przecież nie mieli, wyciągnęli do niej pomocną dłoń.

Czytaj także: Von der Leyen obroni najważniejsze polskie interesy w Unii

Nie musieli tego robić, bo w przemówieniu wygłoszonym w Parlamencie von der Leyen starała się złowić głosy lewicy — socjalistów, Zielonych, liberałów — a nie konserwatystów. Ale prawdopodobnie w rozmowie Angeli Merkel z Mateuszem Morawieckim, o której wspomniał Jarosław Kaczyński, i być może w jakichś jeszcze innych rozmowach, o których nie wiemy, padły konkretne obietnice. Na przykład ważnej teki dla polskiego komisarza. A nawet jeśli konkretne obietnice nie padły to z pewnością PiS liczy na wdzięczność ze strony von der Leyen. I ma ku temu podstawy.

Dzięki decyzji o poparciu, ale przede wszystkim dzięki wykruszeniu się poparcia w partiach głównego nurtu, to jego głosy zdecydowały o sukcesie nowej przewodniczącej.

Głosowanie pokazało jak głęboki i ponadpartyjny jest spór między unijną Radą — szefami państw i rządów — a Parlamentem Europejskim o zasady nominowania szefa Komisji Europejskiej. Parlament chciał uszanowania mechanizmu kandydatów wiodących, czyli Rada musiałaby wskazać osobę, która stała na czele listy partii zwycięskiej w wyborach europejskich. Lub takiej, która mogłaby zbudować koalicję poparcia w PE. Zatem chadecy w PE woleliby socjalistę Fransa Timmermansa, który był kandydatem wiodącym, niż chadeczkę Ursulę von der Leyen. A socjaliści w PE woleliby kandydata wiodącego chadeków Manfreda Webera, reprezentanta konserwatywnego skrzydła CSU, niż co prawda też chadeczkę, ale znacznie bardziej progresywną von der Leyen.

Inaczej jednak rozkładały się głosy poparcia wśród należących do tych samych partii premierów i prezydentów, którzy podejmowali decyzję w Radzie Europejskiej. Te niezrozumiałe dla przeciętnego obywatela gry to typowa walka instytucjonalna, która w przyszłości może doprowadzić do wzrostu znaczenia Parlamentu Europejskiego. Ma też kilka ważnych konsekwencji na najbliższe miesiące.

Po pierwsze, trudna przeprawa czeka kandydatów na komisarzy, którzy będą po wakacjach przesłuchiwani przez eurodeputowanych. A potem jeszcze cała Komisja będzie musiała uzyskać akceptację Parlamentu. Po drugie, trudno będzie von der Leyen przez najbliższe 5 lat pracować z Parlamentem, bo nie ma tam stabilnej większości. I po trzecie będzie musiała okazać wdzięczność PiS, a także węgierskiemu Fidesz, co dodatkowo może narazić ją na konflikt z Parlamentem.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA