fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Dzieci w Polsce wciąż są słabo chronione

Z badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że troje na dziesięcioro dzieci doświadczyło przemocy dorosłych.
materiały prasowe
Czujne otoczenie i szybka reakcja służb socjalnych są potrzebne, by zapobiec dramatom najmłodszych.

Dane policji sugerują, że zjawisko przemocy wobec dzieci nieznacznie spada. Eksperci oceniają jednak, że skala wciąż jest duża. Zagrożeni są głównie najmłodsi, czego dowodem ostatnie przypadki w Łodzi.

– Te dzieci są w grupie największego ryzyka maltretowania z największymi konsekwencjami, a dlatego, że nie chodzą do przedszkola czy szkoły, mogą pomóc im tylko świadkowie, którzy zareagują – mówi Maria Keller-Hamela, wiceprezes Fundacji Dajemy Dzieciom Silę (dawniej Dzieci Niczyje).

W Łodzi czteroletnią Oliwkę zakatował partner jej matki. Kobieta nie przerwała znęcania się. Dziewczynka była bita od miesiąca, sąsiedzi milczeli.

– Musiała strasznie cierpieć. Miała złamane żebro, obrażenia jamy brzusznej, uszkodzenie otrzewnej. To jeden z najbardziej drastycznych przypadków – mówi Krzysztof Kopania, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi.

Również w Łodzi rodzice bili trzymiesięczną córkę. Dziecko miało sińce, pęknięcie czaszki. Zauważyła to pielęgniarka środowiskowa.

Ale na jaw wychodzą tylko sprawy zgłoszone. Z procedury niebieskiej karty wynika, że w 2015 r. ofiarami przemocy w rodzinie było 17,4 tys. dzieci, w 2016 r. (do czerwca) ok. 7,3 tys. Skala zależy od liczby zakładanych kart. – W samej Łodzi notujemy rocznie 35–40 przypadków znęcania się nad dziećmi – mówi Joanna Kącka z łódzkiej policji.

Z badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że troje na dziesięcioro dzieci doświadczyło przemocy ze strony dorosłych. W jednej ze spraw sąsiedzi zareagowali dopiero, gdy trzylatek godzinami zimą stał na balkonie. W innej dziecko było tak zastraszone, że gdy przychodził kurator sądowy, to siadało na kolanach matki, udając, że wszystko jest w porządku, bo wiedziało, że jeśli tego nie zrobi, to dostanie lanie. – Był to tzw. normalny dom –czysty, schludny, rodzice niepijący – mówi Keller-Hamela.

Jak zapobiec dramatom? – Trzeba dzieci uczyć w szkołach, jak mają reagować, oraz wzmacniać wrażliwość społeczną. Wciąż istnieje wysoki poziom znieczulicy, a w części społeczeństwa panuje opinia, że nie należy się interesować tym, co się dzieje w cudzym domu. To wskazuje na wątpliwy charakter katolickości Polaków – mówi prof. Mariusz Jędrzejko, socjolog i pedagog.

A Maria Keller-Hamela ocenia, że głównym problemem jest brak w Polsce służb ochrony dzieci, które mogłyby szybko reagować na sygnał o przemocy w rodzinie czy o podejrzeniu przemocy, oraz brak wymiany informacji pomiędzy ośrodkami pomocy społecznej, a także pomiędzy innymi instytucjami zaangażowanymi w pomoc rodzinie. Takie wyspecjalizowane służby są na zachodzie, ale i np. na Litwie czy Łotwie.

– Wystarczy telefon, także anonimowy, by w zależności od sytuacji przeszkoleni pracownicy sprawdzili informację. Jeśli się potwierdzi, sporządzają diagnozę, oceniają ryzyko przemocy i opracowują plan pracy z rodziną. Jeśli rokuje zmianę, to cała energia jest nastawiona na pomoc – mówi ekspertka.

Dodaje, że u nas podobne służby mogące szybko reagować powinny powstać w ramach ośrodków pomocy społecznej. – W obecnym modelu OPS nie spełniają swojej roli, pracownicy ośrodków przychodzą do domów przed południem, gdy dzieci są w szkole, nie są w stanie ocenić panujących tam relacji. Powinni to być pracownicy wyspecjalizowani, przeszkoleni, zajmujący się tylko tymi sprawami – wyjaśnia Keller-Hamela.

Jak fatalny jest brak wymiany informacji, pokazał właśnie dramat Oliwki. Jej matce na Śląsku zabrano pierwsze dziecko, przeniosła się do Łodzi i tu nikt się nią nie interesował.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA