Według opozycji w wyniku komplikacji związanych z blackoutem, który dotyka m.in. szpitale, zmarło 17 osób (lider opozycji, który 23 stycznia ogłosił się tymczasowym prezydentem, Juan Guaido mówi, że osoby te zostały de facto zamordowane przez administrację prezydenta Nicolasa Maduro).

Porządku na ulicach Wenezueli, mają - jak pisze BBC - pilnować prorządowe gangi motocyklowe.

W wielu miejscach, w których przywrócono elektryczność, wciąż dochodzi do przerw w dostawie prądu. Prąd jest często dostępny tylko przez kilka godzin dziennie.

BBC cytuje mieszkankę Wenezueli, Majorie, która mówi, że nie ma jedzenie dla swojego dwuletniego syna. Sklep w pobliżu jej domu został splądrowany. Gdyby nie sąsiad, który dał jej trochę gotowanego ryżu, nie miałaby absolutnie nic do jedzenia.

- Ale dziś, gdy poprosi mnie o jedzenie, co mu dam? Ja wytrzymam głód. Dorosłym wystarczy szklanka wody. Ale co ma zrobić dziecko? - pyta Majorie.

W sklepie, w którym Majorie mogłaby kupić żywność, nie działają kasy fiskalne i czytniki pozwalające na płatność kartą. Sprzedawcy przyjmują płatności tylko w amerykańskich dolarach.

- Nie zarabiamy dolarów, zarabiamy boliwary - skarży się Majorie. - Nie chcemy plądrować sklepów, nie chcemy sprawiać problemów. Chcemy jedzenia. Jesteśmy głodni - mówi.

Z kolei pracująca jako technik laboratoryjny w dziecięcym szpitalu w Caracas Patricia (to nie jest jej prawdziwe imię) mówi, że w czwartek w jej szpitalu nie zadziałał generator prądu. W efekcie na pogrążonym w ciemnościach oddziale intensywnej pomocy dzieci były utrzymywane przy życiu przez sztuczne oddychanie i masaż serca wykonywane manualnie przez obsługę szpitala.

Ostatecznie do szpitala dostarczono generator - jak twierdzi Patricia przywieźli go członkowie prorządowego gangu motocyklowego (określani jako colectivos).