fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Służby mundurowe

Szef BBN: Armię trzeba powiększyć

Paweł Soloch mówi o powiększeniu armii ze 120 tys. do 150 tys. żołnierzy, ale zastrzega, że rząd musi policzyć, w jakim tempie można dojść do tego celu (na zdjęciu defilada wojskowa w stolicy w sierpniu 2014 r.)
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Plan modernizacji sił zbrojnych przygotowano przed agresją Rosji na Ukrainę. Musimy go zmienić – mówi szef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch.

Rzeczpospolita: Czy polscy żołnierze pomogą Francuzom w Mali albo wesprą działania państw koalicji przeciwko Państwu Islamskiemu w Syrii?

Paweł Soloch, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego: Sytuacja jest bardzo dynamiczna. Pierwsza deklaracja ministra spraw zagranicznych po atakach terrorystycznych w Paryżu wskazywała, że obecnie nie przewidujemy wysyłania polskich wojsk. Potem były rozmowy ministra obrony Antoniego Macierewicza z ministrem obrony Francji. Paryż ze zrozumiałych względów jest w tej sprawie bardzo aktywny. Nie powstał jednak ogólnoeuropejski czy natowski plan wsparcia dla koalicji przeciwko Państwu Islamskiemu. Dlatego za wcześnie, aby mówić o podejmowaniu decyzji o wysłaniu polskich wojsk za granicę. Chociaż niczego w najbliższej przyszłości nie można wykluczyć.

Prezydent Andrzej Duda jest zwolennikiem zwiększenia liczebności armii.

Tak, pan prezydent odwołuje się do koncepcji śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, że armia powinna być liczniejsza. W tym kontekście jest mowa o 150 tys. żołnierzy (obecnie razem z Narodowymi Siłami Rezerwowymi jest to 120 tys. – red.). Teraz rząd i minister obrony muszą sprawdzić, na co nas stać i w jakim tempie możemy osiągnąć taki stan.

Kiedy może zostać zwiększona liczebność wojska?

To zależy od dwóch czynników. Po pierwsze, od zapewnienia odpowiednich środków w budżecie. Takiej decyzji najpewniej towarzyszyłoby zwiększenie wydatków na obronność. Po drugie, od możliwości i czasu potrzebnego na wyszkolenie tych wielu tysięcy dodatkowych żołnierzy.

Były wicepremier i szef MON Tomasz Siemoniak deklarował wzmocnienie garnizonów na wschodzie Polski. Może proces zwiększania liczebności armii połączyć ze wzmocnieniem tamtejszych garnizonów?

Nie mam wątpliwości, że trzeba przesunąć i odbudować jednostki wojskowe na wschód od Wisły. Takie cele w ograniczonym stopniu zostały sformułowane pod koniec poprzednich rządów przez wicepremiera Siemoniaka. Wtedy była mowa o wzmocnieniu garnizonów o ok. 7 tys. żołnierzy, co w moim przekonaniu jest dalece niewystarczające. Konieczne jest uzupełnienie stanów osobowych w już istniejących jednostkach wojskowych. W wielu brakuje 30–50 proc. żołnierzy, a w skrajnych przypadkach nawet 70 proc. Nie ma przy tym odpowiednich rezerw mobilizacyjnych. Uzupełnienie tego stanu to poważne zadanie, które staje przed nowym rządem.

Może rozwiązaniem byłoby wzmocnienie wojsk specjalnych? Ci żołnierze stanowią naszą wizytówkę, są świetnie wyszkoleni i zdolni prowadzić działania bojowe praktycznie na całym świecie.

Wojska specjalne nie tylko są naszą wizytówką. Ich wzmocnienie może być odpowiedzią na zagrożenia, z którymi dzisiaj mamy do czynienia – tzw. wojnę podprogową, hybrydową, którą obserwowaliśmy w konflikcie Rosji z Ukrainą. Przypomnę, że na rozwój wojsk specjalnych postawiła Rosja, która poważnie zmodernizowała swoją armię po wojnie z Gruzją w 2008 r. Jestem przekonany, że zwiększenie liczebności tych wojsk poprawiłoby bezpieczeństwo naszego kraju relatywnie niskim kosztem.

Czy powiększeniu armii powinny towarzyszyć decyzje o zwiększeniu środków przeznaczonych na siły zbrojne z 2 do 3 proc. PKB?

Istotniejsze – moim zdaniem – byłoby przygotowanie projektu uwzględniającego zarówno kwestie modernizacyjne, jak i istotne zwiększenie liczby żołnierzy (oczywiście odpowiednio wyposażonych) poprzez uzupełnienia stanu osobowego w istniejących jednostkach oraz budowę komponentu terytorialnego, a następnie ustalenie horyzontu czasowego realizacji tych celów. Dopiero wtedy powinno się przeprowadzić kalkulację dotyczącą środków, które państwo polskie będzie mogło wydać. Trzeba przy tym pamiętać, że podwyższenie wydatków do 3 proc. PKB, czyli o 1 pkt proc., oznaczałoby konieczność znalezienia w budżecie państwa dodatkowych ok. 16 mld zł, co mogłoby się okazać trudne, zważywszy na konieczność realizacji przez państwo innych zadań poza obronnością.

Jednocześnie musimy pamiętać, że jeśli sytuacja międzynarodowa pogorszy się jeszcze bardziej, może się okazać, że i 3 proc. PKB na wojsko to zbyt mało. Są państwa, które przeznaczają znacznie większe środki na obronę narodową.

Potrzebne są zmiany w programie modernizacji sił zbrojnych?

Na pewno. Program ten przygotowywano jeszcze przed agresją Rosji na Ukrainę. Dzisiaj widać już także, że założenie wydatkowania 136 mld zł w ciągu dziesięciu lat jest zbyt optymistyczne. Teraz na modernizację wydajemy mniej niż połowę zaplanowanych środków. Rocznie na 14 priorytetowych projektów zbrojeniowych powinno się przeznaczać ok. 9 mld zł, a wydaje się ok. 4 mld.

Przecież przetargi na zakup uzbrojenia dopiero ruszyły, armia jeszcze nie kupuje nowego uzbrojenia. To stanie się w kolejnych latach.

To prawda. Ale w miejscu stanęły sprawy przetargu na obronę rakietową, kontestowany jest też ten na zakup śmigłowców. Programy zakupu uzbrojenia wymagają co najmniej przeglądu, otwarte jest pytanie, czy i jak głębokiej weryfikacji.

Gdyby ten plan był ponownie oceniany, zakup jakiego sprzętu powinien zostać uwzględniony w nowym projekcie modernizacji?

Priorytety planu przeanalizuje minister obrony, ale oprócz zakupów dla konkretnych wojsk trzeba także uwzględnić np. wydatki związane z projektem zbudowania wojsk obrony terytorialnej kraju. Na nowo należy także przemyśleć naszą strategię obronną. Trzeba rozstrzygnąć, w jakim stopniu siły zbrojne mają posiadać broń defensywną, a w jakim ofensywną. Co istotne, te kwestie nie zostały w sposób jednoznaczny rozstrzygnięte na poziomie dokumentów doktrynalnych, np. Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP.

Doktryna powinna określić, czy w razie agresji możemy stosować np. rakiety manewrujące, które wystrzelone z naszego terytorium będą raziły cele kilkaset kilometrów za naszą granicą? Takie pociski mamy już w wyposażeniu Nadmorskiego Dywizjonu Rakietowego, niebawem zostaną w nie wyposażone samoloty F-16, a być może w przyszłości także okręty podwodne.

BBN na pewno zainicjuje dyskusję na ten temat. Nie można zapominać, że w ciągu ostatnich dwóch lat, gdy powstawały te dokumenty, diametralnie zmieniła się sytuacja w otoczeniu naszego kraju. Na Ukrainie mamy zamrożony, nierozwiązany konflikt, który w każdej chwili może wybuchnąć. Do tego niepewną sytuację na Bliskim Wschodzie. Chodzi nie tylko o Syrię, ale po zestrzeleniu rosyjskiego samolotu także o trudne relacje NATO–Rosja. No i nagły napływ uchodźców i emigrantów do Europy oraz zamachy terrorystyczne na dużą skalę. Na to nakłada się niepewność polityczna związana z kalendarzem wyborczym w Stanach Zjednoczonych czy we Francji, a także zachwianie przywództwa Niemiec. Mamy do czynienia z kaskadowo narastającą eskalacją zagrożeń.

Strategia Bezpieczeństwa Narodowego RP z 2014 r. przewiduje budowę systemu powszechnego bezpieczeństwa terytorialnego. Narodowe Siły Rezerwowe powinny zostać zreformowane czy przekształcone w formację obrony terytorialnej?

Staramy się zdiagnozować dzisiejszy stan. Wiemy, że Narodowe Siły Rezerwowe nie sprawdziły się do końca w obecnej formule. Wiemy, że trzeba budować wojska obrony terytorialnej, równolegle uzupełniać stany osobowe jednostek wojskowych, a jednocześnie zwiększać rezerwy mobilizacyjne wojska.

Fenomenem w naszym kraju są silne ruchy paramilitarne, skupiające głównie młodych ludzi gotowych do obrony kraju. Tyle że funkcjonują one poza systemem sił zbrojnych, a ich potencjał nie jest wykorzystany. Przykładem niezdrowej sytuacji jest to, że na ćwiczenia – niemal na siłę – wzywani są rezerwiści w wieku ok. 40 lat, którzy w wojsku byli kilkanaście lat temu, a jednocześnie nie wykorzystuje się mocno zmotywowanych, gotowych do obrony państwa ochotników patriotów. To wymaga zmian.

Może skorzystać z wzorców szwedzkiej Gwardii Krajowej, która skupia ochotników podporządkowanych dowódcy sił zbrojnych?

Ten model jest o tyle ciekawy, że oprócz struktur paramilitarnych, które wspierają system obrony państwa, w Szwecji istnieją organizacje nastawione na ochronę ludności cywilnej. Obrona cywilna przygotowuje obywateli nie tylko na czas wojny. Ludzie wiedzą, jak się zorganizować, gdy pojawi się jakieś zagrożenie, co robić, jak zaspokoić swoje podstawowe potrzeby, np. utrzymać dostawy prądu, zaopatrzenie w żywność.

W Polsce obrona cywilna praktycznie nie istnieje. Trzeba ją odbudować?

Zdecydowanie tak, i to na zupełnie innych zasadach niż dotychczas. Elementy obrony cywilnej znajdziemy teraz tylko w funkcjonowaniu Ochotniczych Straży Pożarnych. Nie ma struktur OC w dużych miastach. Jestem zwolennikiem zaangażowania w takie działania ochotników, obywateli, którzy nawet na zasadzie wolontariatu chcą pomagać innym.

Niezbędne są też działania edukacyjne. W szkołach zlikwidowano przysposobienie obronne. Młodzi ludzie nie wiedzą, jak się zachować w sytuacji zagrożenia. Idealnie byłoby, gdyby udało się odtworzyć tę ścieżkę edukacji, a każdy uczeń przed ukończeniem 19. roku życia był na dwu-, trzytygodniowym obozie, który miałby charakter paramilitarny. Nauczyłby się wtedy np. udzielania pierwszej pomocy medycznej i działania w zespole.

—rozmawiał Marek Kozubal

Paweł Soloch był w latach 2005–2007 wiceministrem w MSWiA i szefem Obrony Cywilnej Kraju. Od 2010 r. ekspert Instytutu Sobieskiego (od 2014 r. – jego prezes). W sierpniu 2015 r. został szefem BBN

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA