fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Służby mundurowe

Cywilni pracownicy wojska to pariasi resortu obrony

Fotorzepa, Bartosz Jankowski
Ministerstwo Obrony Narodowej musi zadbać o swoje zaplecze, bo w przeciwnym razie może je stracić.

Siły Zbrojne mają swoją grupę pariasów. Nie jest to kasta najniżej postawiona w hierarchii społecznej czy najmniej potrzebna. Wręcz przeciwnie. To grupa osób realizujących wiele ważnych zadań, m.in. administracyjnych czy usługowych, na rzecz wojska.

Bez nich armia nie mogłaby działać. Cywile zatrudnieni są w wielu instytucjach wojskowych – od wojskowych komend uzupełnień po dowództwa czy ministerstwo. Cywilnych pracowników resortu obrony jest ok. 44 tys. (dla porównania, wojskowych ok. 100 tys.)

Dlaczego nazywam ich pariasami? Bo znajdują się na samym dole siatek płac.

Według wyliczeń przedstawionych niedawno przez MON przeciętne wynagrodzenie pracownika cywilnego wojska wyniosło pod koniec poprzedniego roku około 3576 tys. zł brutto, co stanowiło 78,3 proc. przeciętnego uposażenia żołnierza zawodowego, 92,7 proc. średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej i niespełna 87,7 proc. przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw.

Jednak z badań przeprowadzonych przez Wojskowe Biuro Badań Społecznych (WBBS), do których dotarła „Rzeczpospolita", wyłania się dramatyczny obraz sytuacji pracowników cywilnych resortu obrony.

Aż 3/4 ankietowanych utrzymuje płynność finansową gospodarstw domowych dzięki oszczędnemu trybowi życia. Zadłużonych jest ponad 68 proc., czyli 2/3 gospodarstw. U wielu za pomocą kredytów są uzupełniane braki w budżecie domowym, co szósta rodzina pożycza np. na spłatę dotychczasowych długów, a co siódma na bieżące wydatki konsumpcyjne. Z wewnętrznych badań wojskowych wynika też, że średnia wysokość wynagrodzenia pracowników resortu obrony narodowej wynosi 1881 zł, a połowa z nich twierdzi, że na rękę dostaje ok. 1800 zł. I to właśnie niskie pensje są najczęstszą przyczyną podjęcia decyzji o odejściu z tej pracy. Taką możliwość rozważa aż 2/5 ankietowanych, w większości do 30. roku życia.

Czy armię stać na to, aby stracić zaplecze, bez którego nie będzie ani profesjonalnie działała, ani się rozwijała, co zakłada przecież szef resortu obrony Antoni Macierewicz? To oczywiste, że nie.

Dlaczego ci ludzie są tacy ważni? Otóż z badań WBBS wynika, że prawie 2/3 identyfikuje się z armią, słowem, czuje się częścią wojska. Ponad połowa jest dumna z tego, że pracuje w strukturach MON. Jednocześnie trafnie oceniają oni słabości Sił Zbrojnych, aż 54 proc. uważa, że możliwości obronne Polski są niewystarczające w porównaniu ze skalą i rodzajami zagrożeń. Blisko połowa z nich – 46 proc. – popiera powołanie Wojsk Obrony Terytorialnej.

Co zatem MON powinien robić, aby wzmacniać tę grupę?

To wydaje się oczywiste. Inwestować w nich, m.in. podnosząc pensje.

Kierownictwo resortu stopniowo to robi, ale jakoś niemrawo, co powoduje, że podwyżki dla tych osób są niesatysfakcjonujące i w istotny sposób nie poprawiają ich statusu materialnego.

W poprzednim roku otrzymali oni średnio po 140 zł podwyżki (razem z premią). Do 31 maja 2017 r. powinni dostać dodatkowo po ok. 165 zł miesięcznie z wyrównaniem od 1 stycznia (resort obrony zaplanował na podwyżki ok. 108 mln zł).

Dobrze, że kierownictwo MON w ogóle pamięta o tych pracownikach. Jednak, aby rzeczywiście wzmocnić tę grupę, podwyżki powinny być znacznie wyższe. Jeżeli MON zakłada, że w ciągu kilku lat armia podwoi liczbę żołnierzy, to w takich samych proporcjach powinna zwiększyć się liczba personelu wspomagającego siły zbrojne. To nie będzie jednak możliwe w sytuacji spadku bezrobocia i coraz większej konkurencyjności na rynku pracy. Nikt dobrze wykształcony nie pójdzie przecież do pracy w wojsku za pieniądze na poziomie pensji minimalnej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA