fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Jak ustawodawca przyczynia się do bezradności sędziów

Fotolia.com
Nie brakuje przepisów niepasujących do rzeczywistości.

Mało kto jest dziś zadowolony z sądów, a narzekanie na ich nieporadność należy już do dobrego tonu. Czy słusznie? Roztropność podpowiada, że można od kogoś oczekiwać dobrego wykonywania jego obowiązków tylko wówczas, kiedy zostaną zapewnione odpowiednie warunki i możliwości do działania. O sądach wiemy, że mają odnowione budynki, a w nich komputery, sędziowie mają asystentów, zatrudnia się referendarzy i sekretarzy, a ostatnio nawet asesorów. Czy to nie dość, aby sądy zaczęły wreszcie spełniać oczekiwania?

Frustracja i niezadowolenie

Czym jest niezadowolenie? To stan psychiczny, w jakim znajduje się oceniający, i na pewno nie jest pozytywny, z powodu niezaspokojenia jego oczekiwań. Wypada więc sprawdzić, o jakie oczekiwania chodzi, w jaki sposób mogły być zaspokojone i czy w ogóle można je było zaspokoić. Zaspokajanie oczekiwań jest podstawą funkcjonowania społeczeństwa i zasadą działania jednostki w tym społeczeństwie. Każdy ma jakieś oczekiwania wobec innych. W efekcie oddziałują one na siebie i znoszą się wzajemnie. Każda jednostka musi więc z części swoich oczekiwań zrezygnować, kiedy przekonuje się, że nie może liczyć na ich zaspokojenie. To wynik konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością. Taka konfrontacja nieustannie dokonuje się każdego dnia i ma charakter rynkowy. Jednostka jako konsument dysponuje określoną ilością pieniędzy i szybko dowiaduje się, ile dóbr i usług może za nie otrzymać, a jeśli zażąda więcej, to spotka się z odmową. Jednostka jako pracownik bierze udział w podobnej grze na rynku pracy i również szybko dowiaduje się, na jakie warunki i płacę może liczyć w zamian za swoje umiejętności, wykształcenie i chęć do pracy. Jednostka, występując do sądu, nie doświadcza podobnej konfrontacji, ponieważ powołuje się na ogólne i bezwzględne prawo do sądu (art. 45 Konstytucji i art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka). W naszych realiach prowadzi to do błędnego przekonania, że sąd ma „załatwić" każdą sprawę, czyli jakoś pozytywnie odnieść się do żądania. Jest to jeden z przykładów, kiedy język tworzy rzeczywistość. W istocie żadne prawo, tak krajowe, jak unijne czy międzynarodowe – nie stanowi, że sąd ma przyznać rację temu, kto się do niego zwraca. Zatem prawidłowe merytorycznie nazewnictwo powinno być zgodne z rzeczywistymi obowiązkami sądu. Sąd nie ma sprawy „załatwić", tylko ją „osądzić" lub „prawomocnie zakończyć postępowanie". Wprowadzenie do języka codziennego i urzędowego terminu „załatwienie sprawy" eskaluje oczekiwania i zniekształca rzeczywistość. Tymczasem każde postępowanie sądowe jest polem konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością, a także konkurencji z oczekiwaniami oponenta w danym postępowaniu lub procesie. Treść żądania musi więc zostać poparta sensownymi wnioskami i dowodami. Zwracający się do sądu musi mieć świadomość starań, bez których nie może liczyć na pozytywny werdykt sądu. Powinien wiedzieć, że ma oczekiwać od sądu werdyktu, ale nie pomocy. Gdyby sąd miał pomagać stronie, najpierw trzeba zapytać, której i dlaczego. Nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi, a wszystkie prowadzą do zaprzeczenia obiektywizmu i niezawisłości sądu. Bo sąd z natury nikomu pomagać nie może i nie powinien. W żaden sposób nie przeczy to roli sądu jako obrońcy praw obywateli i ich interesów. Bowiem każdy, kto uważa, że jego prawa i interesy zostały niesłusznie naruszone – może wystąpić do sądu, aby uznał jego racje. Prawomocne orzeczenie sądowe pozwoli odzyskać poszkodowanym ich prawa, także poprzez przymusową egzekucję z udziałem organów państwowych.

Rolą jest obrona

Obronę w sądzie najczęściej kojarzymy z obowiązkami adwokatów i radców prawnych. Ich misją jest zapewnienie swojemu klientowi możliwie najlepszej sytuacji w danym postępowaniu. Pełnomocnik działa czysto subiektywnie i dla dobra swojego klienta. Pełnomocnik nie ma obowiązku być obiektywny, a choć kłamać wprawdzie nie powinien, to milczeć może nawet wtedy, kiedy wie, jak było naprawdę. Sprawna obrona może przyczynić się do uzyskania lepszego werdyktu niż „obiektywnie" by się to stronie „należało", a w sprawach karnych nawet uniknięcia kary za rzeczywiście popełnione przestępstwo. Obrona strony lub uczestnika postępowania przed sądem z reguły oddziałuje negatywnie na sytuację prawną i interesy jej przeciwnika. Strona nie ma obowiązku być obiektywna, a sąd wręcz przeciwnie. Dlatego sąd może tylko bronić prawa i dlatego obrona interesów osób lub podmiotów będzie dopiero skutkiem, a nie celem czynności sądowych. Oczywiście wnioski te należy odnosić najpierw do postępowania przed sądami cywilnymi, ponieważ w postępowaniach karnych oskarżyciel, występując z oskarżenia publicznego, broni interesu publicznego, którego nie da się utożsamiać z przeciwnikiem procesowym na podobieństwo spraw cywilnych.

Pierwszy skutek reguły obrony prawa przez sądy polega na tym, że pomoc, jakiej potrzebuje strona przed sądem, jest zawsze egoistyczna, konfrontacyjna i musi być wykonywana przez subiektywnie nastawionego pełnomocnika.

Drugi skutek reguły obrony prawa przez sądy polega na tym, że podstawą orzeczenia jest zawsze obiektywna podstawa prawna, a nie subiektywne argumenty wywiedzione z indywidualnych potrzeb lub oczekiwań danej jednostki.

Trzeci skutek reguły obrony prawa przez sądy polega na tym, że niezawisłość sądu jest proporcjonalna do obiektywizmu w stosowaniu prawa i bierze się ze stosowania obiektywnego prawa. Jeżeli nie ma normy prawnej niezbędnej do werdyktu, sąd musi ją tworzyć samodzielnie, jak to ma miejsce w przypadku sławnego art. 446 § 4 k.c. Prawo sędziowskie jest jednak w równej mierze wyzwaniem jak zagrożeniem niezawisłości i obiektywizmu sądów, ponieważ w każdej sprawie dochodzi do powstania zindywidualizowanej normy prawnej.

Trochę praktyki

Najgorsze pod względem ich uciążliwości i długotrwałości są postępowania określone w k.p.c. jako nieprocesowe. Mają one rzekomo mieć naturę niesporną, co znajduje wyraz już w odmiennej terminologii – zamiast pozwanego mamy uczestnika, a w miejsce powoda wnioskodawcę. Te zabiegi stylistyczne miały w zamierzeniu ustawodawcy podkreślić koncyliacyjny charakter tych postępowań, gdzie strony z pomocą sądu zmierzają do rozwiązania pomyślnego dla wszystkich podmiotów uczestniczących w takim postępowaniu. Jest to owoc osobliwego przekonania, jakoby strony przed sądem miały skłonności do „wszechstronnego wyjaśnienia okoliczności sprawy", a skoro ustawodawca zamienił im przeciwnika procesowego na uczestnika postępowania – chętnie zapomną o pierwotnym zamiarze i celu, jakim było wygranie sprawy. Czy zamiar ustawodawcy jest racjonalny i się powiódł? Popatrzmy na podstawy prawne typowego postępowania nieprocesowego z prawa rzeczowego – o zniesienie współwłasności.

K.c. stanowi w art. 198, że każdy ze współwłaścicieli ma prawo do samodzielnego rozporządzania swoim udziałem bez zgody pozostałych współwłaścicieli. Czyli może swój udział sprzedać, obciążyć, podzielić, zapisać w testamencie itd. bez jakiejkolwiek zgody pozostałych współwłaścicieli. To jest sprzeczne z dyspozycją art. 210 k.c., czyli prawem do żądania zniesienia współwłasności. Wtedy każdy ze współwłaścicieli bez względu na wysokość swojego udziału może zażądać decydowania o całym przedmiocie współwłasności. Wprawdzie zadecyduje sąd, ale na jego wniosek i wbrew pozostałym współwłaścicielom, a także ponad jego udział. Dlaczego i w imię czego taka drastyczna zmiana? Przecież współwłaściciel, który chce przejąć w całości przedmiot współwłasności, powinien wykupić pozostałe udziały, a jeżeli chce ustąpić ze współwłasności, to powinien swój udział sprzedać. Powinien przynajmniej podjąć taką próbę, a zwracać się do sądu dopiero w obliczu niepowodzenia i po spełnieniu jakichś warunków koniecznych dla poszanowania praw pozostałych współwłaścicieli. Jeżeli współwłaściciel nie zgadza się ze sposobem zarządu i korzystania z rzeczy wspólnej – powinien skorzystać np. z art. 202 i 203 k.c.

Powróćmy do pytania o art. 210 k.c. – w imię czego ustawodawca taki przepis ustanowił? Warto zwrócić uwagę, czego dotyczy dyspozycja art. 210 w § 2 – podziału gospodarstwa rolnego. Potem dalsze art. 211 i 212 to już eskalacja uprawnienia z art. 210 § 1 k.c. – w istocie mamy do czynienia nawet z wywłaszczeniem na podstawie postanowienia sądowego. Jeżeli wspomnieć czas powstania k.c. i datę jego uchwalenia (23 kwietnia 1964), trudno się oprzeć wrażeniu, że ustawodawcy chodziło o los gospodarstw rolnych, a inne rodzaje własności raczej nie wchodziły w rachubę z przyczyn ustrojowych. No chyba że chodziłoby o jakieś drobne rzeczy (niewarte więc poważnego zainteresowania), bo wszelkie wartościowe przedmioty własności jak nieruchomości i środki produkcji mogły wówczas należeć tylko do państwa. Tylko taka optyka pozwala jakoś zrozumieć dyspozycję art. 211 k.c. o warunkach koniecznych do podziału rzeczy, oczywiście w realiach początku lat 60. zeszłego stulecia i podziału gospodarstwa rolnego, na którym wyrosła norma uniwersalna. 60 lat później w realiach rozwiniętej gospodarki rynkowej jest to już nonsens. Sąd nie może decydować indywidualnie o tym, która rzecz jest podzielna, ponieważ wcześniej rozstrzygają o tym zdrowy rozsądek i właściwe przepisy. Komu przyjdzie do głowy piłowanie na części spadkowego auta po dziadku? Podział rzeczy wspólnej jest z reguły równoznaczny z jej zniszczeniem – np. podział dowolnej ruchomości czy nieruchomości sprawi, że jej już więcej nie będzie. Warunek, aby nie było istotnej zmiany rzeczy w wyniku podziału, wydaje się więc logicznie niemożliwy do spełnienia. W miejsce anachronicznych zastrzeżeń negatywnych zamieszczonych w art. 211 powinno być zastrzeżenie pozytywne – aby po podziale zgodnie z prawem powstały nowe rzeczy, których suma wartości ma być wyższa od wartości rzeczy ulegającej podziałowi. Tylko taki warunek ma sens, ponieważ od wartości rzeczy trzeba jeszcze odjąć koszty podziału i postępowania. Jeżeli ekonomiczny skutek podziału ma prowadzić do straty – lepiej rzecz wspólną sprzedać, a za uzyskane w zamian za udziały pieniądze niech każdy kupi, czego potrzebuje. Prawidłowa regulacja powinna być dzisiaj oparta na założeniu braku podzielności rzeczy, która może być obalona w osobnym postępowaniu (z reguły administracyjnym według właściwości) i pod warunkiem opłacalności ekonomicznej przedsięwzięcia.

Próba podsumowania

W obecnym stanie prawnym nie brakuje przepisów niepasujących do rzeczywistości, nie tylko z powodu zmiany ustroju. Utrzymujące się w mocy zasady prawne obfitują w błędy logiczne i merytoryczne, a szczególnie dotyczy to postępowań nieprocesowych, co skutkuje wieloletnim czasem ich trwania. To, że takie sprawy w ogóle się kiedyś kończą, bardziej zawdzięczamy zmęczeniu i zniechęceniu wszystkich uczestników – którzy z radością przyjmują nie werdykt, ale wieść o zakończeniu postępowania. To jest mission impossible dla sądu! Sądy nie są w stanie sądzić takich spraw w sposób oczekiwany przez ustawodawcę, ponieważ realia, w których powstawały, niektóre przepisy od dawna nie istnieją. W odniesieniu do warunków, w jakich dzisiaj żyjemy, brakuje odpowiednich i właściwych norm prawa materialnego i procesowego. Mają być dla siebie komplementarne, czyli wzajemnie się uzupełniające. Dopiero wówczas sądy uzyskają narzędzia do sprawnego sądzenia wielu spraw, a mission impossible jako metoda procedowania sądu przejdzie do lamusa.

Autor jest sędzią Sądu Gospodarcze go w Krakowie, głównym specjalistą w Departamencie Nadzoru Administracyjnego MS

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA