fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Przemoc domowa - bądźmy czujni także po pandemii koronawirusa

AdobeStock
Nie przemoc nielicznych przeraża, ale cisza wielu.

Coraz częściej mówi się o tym, że wywołane epidemią koronawirusa przymusowe przebywanie ze sobą osób najbliższych może źle wpłynąć na ich relacje, a nawet doprowadzić do podjęcia decyzji o rozstaniu, gdy formalnie będzie to możliwe. Wielu ludzi, przyzwyczajonych jedynie do krótkich spotkań z małżonkami i dziećmi, może nie podołać całodobowemu kontaktowi, współdzieleniu trudnych chwil, czy niejako poznaniu rodziny od nowa.

Niezależnie od tych problemów Polacy dość sumiennie podchodzą do apelu o pozostanie w domu i bacznie obserwują swoich sąsiadów oraz otoczenie. Jak wynika z doniesień mediów, Polacy chętnie dzwonią do sanepidu i donoszą na sąsiadów lub współpracowników. Wskazują, iż mogą być oni nosicielami koronawirusa, nie dotrzymują warunków kwarantanny albo wychodzą – nie tylko wbrew zakazowi, ale i bez potrzeby – na spacery. Zawiadomienia składają także pracodawcy na pracowników i pracownicy na pracodawców. Ponoć, w skali kraju można mówić o setkach takich zgłoszeń dziennie.

Na pierwszy rzut oka ten będący niejako objawem społecznej odpowiedzialności odruch zawiadomienia o nieprawidłowościach należałoby pochwalić. To dobrze bowiem, że Polacy są świadomi zagrożenia, przepisów prawa i dostrzegają przypadki łamania warunków kwarantanny przez osoby w ich otoczeniu. Nie powinno przecież martwić, że ludzie wzięli sobie do serca konieczność zadbania o wspólne bezpieczeństwo zdrowotne.

Z drugiej strony jednakże śmiem twierdzić, że wrażliwość Polaków na przypadki nieroztropnego łamania zasad bezpieczeństwa w związku z epidemią koronawirusa jest znacznie wyższa niźli ich czujność wobec wcześniej występujących przypadków przemocy, także domowej, co do której część ludzi wiedziała lub co najmniej się jej domyślała, a nigdy nie powzięła interwencji. Zwykle jesteśmy głusi na krzyki, ignorujemy szarpanie dzieckiem na ulicy, przechodzimy obojętnie wobec rodzinnych awantur, które tak często wychodzą poza cztery ściany mieszkania, nie dostrzegamy wzajemnego poniżania się przez najbliższych czy kopania psa. Z łatwością przymykamy oko na przypadki molestowania seksualnego, bagatelizując je, a nawet twierdząc, że nieelegancka odzywka to de facto komplement, a bezpardonowe przekroczenie czyjejś nietykalności cielesnej to uznanie dla urody. Często nie słyszymy wołania o pomoc, niekiedy nie dostrzegamy łez w oczach ludzi, których codziennie mijamy na klatce schodowej. Wolimy być głusi i ślepi. Nas to przecież nie dotyka, a przecież trudno wchodzić z butami w cudze życie, czy narażać się na sąsiedzkie nieprzyjemności związane z zawiadomieniem właściwych organów. ?

Myśląc o tym, że grozi nam koronawirus, pamiętajmy, że w wielu rodzinach zagrożenia są znacznie bardziej realne, zaś wysoce prawdopodobne jest, że osób doświadczających przemocy domowej jest rocznie więcej niż w przyszłości śmiertelnych ofiar pandemii. Jedynie bowiem w 2019 r. policja założyła 74 313 Niebieskich Kart (pośród nich 13 237 dotyczyło kolejnych przypadków w trakcie procedury), zaś przemocy domowej doświadczyło 65 195 kobiet, 10 676 mężczyzn i 12 161 małoletnich.

W czasie gdy dla własnego bezpieczeństwa większość nas zostaje w domu, dla niemałej rzeszy społeczeństwa oznacza to zamknięcie w czterech ścianach z dotychczasowym oprawcą. Nie tylko nie ma od niego ucieczki, ale i nadziei na szczepionkę. Samo zaś mycie rąk i zdrowe odżywianie nie przyniosą ulgi.?

W takich przypadkach jedynie sąsiedzka czujność, której nie należy mylić ze wścibstwem, może uratować czyjeś zdrowie, a nawet życie. Jak zaś mówił Martin Luther King, nie przemoc nielicznych przeraża, lecz cisza wielu.

Autorka jest adwokatem, założycielką t bloga www.pokojadwokacki.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA