fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Jacek Trela: Niepokojące Déja vu

Akta w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka
Fotorzepa, Rafał Guz
Nie wystarczy wzdychać sentymentalnie, że historia kołem się toczy. Nie popełniajmy tych samych błędów, nie wpadajmy w te same pułapki.

12 maja 1983 r. milicjanci zabrali maturzystę Grzegorza Przemyka z placu Zamkowego w Warszawie na komisariat. Tam został ciężko pobity i po dwóch dniach zmarł w szpitalu. Pogrzeb Przemyka stał się manifestacją sprzeciwu wobec władzy komunistycznej z udziałem kilkudziesięciu tysięcy ludzi.

Trzeba było zaradzić wizerunkowej stracie. Służba Bezpieczeństwa zastraszała głównego świadka Cezarego F., który wraz z Przemykiem był w komisariacie, aresztowano pod fałszywymi zarzutami adw. Macieja Bednarkiewicza, pełnomocnika Barbary Sadowskiej, matki Grzegorza Przemyka. Publiczna telewizja, radio i prasa prowadziły kampanię jej zniesławiania, by zniszczyć społeczne współczucie dla matki, która straciła syna.

Czytaj też:

Tylko jedna wersja

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie śmierci maturzysty, ale kierowała się hasłem z zachowanej notatki ówczesnego szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka: „Ma być tylko jedna wersja śledztwa – sanitariusze". Władza komunistyczna i ówczesna propaganda nie ustawały w wysiłkach, by poprzez ataki na całą „zdeprawowaną" służbę zdrowia uwiarygodnić wersję, że to sanitariusze śmiertelnie pobili Przemyka w windzie budynku pogotowia.

Wykreowano „dowód". 27 września 1983 r. ambulans pogotowia odwiózł pijanego poszkodowanego do szpitala. Miesiąc później lekarka pełniąca wówczas dyżur została aresztowana na podstawie zeznań pacjenta, który twierdził, że okradła go w karetce. Prokuratura uniemożliwiła adw. Maciejowi Dubois, obrońcy lekarki, widzenia z nią, a sprawę przydzielono „wyselekcjonowanemu" sędziemu. Pierwsza rozprawa odbyła się 22 lutego 1984 r., ale po trzech dniach została zdjęta z wokandy i zwrócona do prokuratury. Gdy sprawa wróciła do sądu z uzupełnionym aktem oskarżenia, sędzią był już ktoś inny, a rzekomy poszkodowany zmieniał zeznania przed sądem, by wreszcie przyznać, że ich treść podyktowano mu w czasie przesłuchań. W końcu przestał pojawiać się na rozprawach i odpowiadać na wezwania. Lekarka została uniewinniona.

Gdy obecny minister sprawiedliwości przyznaje w Senacie: „zgłosiliśmy takich sędziów, którzy byli naszym zdaniem gotowi współdziałać w ramach reformy sądownictwa", i sugeruje, że kolejna ekipa rządząca może sobie wybrać „swoich", trudno obronić się przed wspomnieniem czasów, w których selekcjonowano sędziów do znaczących dla władz spraw.

Sprawa Grzegorza Przemyka i powiązana z nim sprawa oskarżonej lekarki pokazuje też, jak aparat państwa oraz media mogą być wykorzystane do budowy niechęci do osób i grup zawodowych. Jak można manipulować opinią społeczną. Wydawałoby się, że to czasy minione, era komunizmu. Niestety, historia lubi się powtarzać.

Odbić Senat

Po wyborze na marszałka Senatu prof. Tomasza Grodzkiego rozpoczęła się nagonka mediów publicznych i prawicowych pod hasłem „odbić Senat z rąk opozycji". I choć do tej pory nikt nie miał zastrzeżeń do senatora Grodzkiego, to nagle został on zasypany zarzutami o korupcję w czasie, gdy pracował jako lekarz.

„Mocny zarzut wobec marszałka Grodzkiego. Mama umierała, a on chciał 500 dolarów" – brzmiał nagłówek materiału Telewizji Republika. „Nowy marszałek Senatu domagał się 500 dolarów za operację? Ciężki zarzut profesor Uniwersytetu Szczecińskiego" – pisał z kolei portal wPolityce.pl. Mniejszą uwagę poświęcano oświadczeniom cytowanej profesor, która próbowała prostować medialne nagłówki. Twierdziła, że nikt nie sugerował jej opłaty jako warunku operacji, a wpłata, której miała dokonać „pod presją psychiczną" była na konto Fundacji Pomocy Transplantologii w Szczecinie.

Tymczasem anonimowe zarzuty o korupcję zaczęły się mnożyć, o czym szeroko i często informują media publiczne. Czy zmasowany atak jest skuteczny, co na to Polacy? I tu telewizja publiczna znów staje na wysokości zadania, przekonując za portalem wPolityce.pl: „Ponad połowa Polaków wierzy w zarzuty korupcyjne stawiane marszałkowi Senatu prof. Tomaszowi Grodzkiemu".

Co na to sam marszałek Grodzki? Zdobycie tej informacji nie jest już takie proste.

Rada Etyki Mediów, która zapoznała się z materiałami w „Wiadomościach", publikowanymi od 1 do 9 stycznia 2020 r. – było ich 10 i trwały łącznie blisko pół godziny – zwróciła uwagę, że marszałek Grodzki wypowiadał się w nich przez niecałe dwie minuty. W pozostałym czasie był oskarżany, poczynając od zapowiedzi tematów przez „paski tematów" po podsumowania. Rzecznik CBA i wiceminister sprawiedliwości składali w „Wiadomościach" deklaracje, że osoby zgłaszające udział w dawaniu łapówek nie będą karane, jeśli ujawnią okoliczności. Rada Etyki Mediów oceniła, że materiały, z którymi się zapoznała, dowodzą prowadzenia nagonki medialnej na marszałka Senatu. By zapoznać się ze stanowiskami i odpowiedzią na zarzuty samego marszałka Grodzkiego, trzeba korzystać z innych mediów.

Czy tylko ja odczuwam dziś niepokojące déja vu? Sprawa ataków na marszałka Grodzkiego nie jest zakończona. Być może Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji powstrzyma trwającą nagonkę medialną. Może były marszałek Senatu poprzedniej kadencji, również z zawodu lekarz, weźmie w obronę swojego następcę. Może Naczelna Izba Lekarska miałaby coś do powiedzenia na temat ataków, które pośrednio uderzają również w środowisko lekarskie. Nie wystarczy wzdychać sentymentalnie, że historia kołem się toczy. Nie popełniajmy tych samych błędów, nie wpadajmy w te same pułapki.

Koło historii może toczyć się nowym torem.

Autor jest prezesem Naczelnej Rady Adwokackiej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA