fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Niebezpieczne związki Kościoła z rządem

Politycy nie unikają spotkań z hierarchami kościelnymi. Na zdjęciu bp. Wiesław Mering i Jarosław Kaczyński we Włocławku
PAP
Gdzie przebiega granica kontaktów biskupów z politykami.

Niemal rok temu rozmawiałem z jednym z biskupów na temat kryzysu politycznego w Polsce. Na pytanie, dlaczego Kościół hierarchiczny nie zabiera głosu, m.in. w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, biskup odpowiedział mniej więcej tak: „Chyba za bardzo zaangażowaliśmy się w kampanii po jednej stronie i trochę nie wypada".

Odczucia takie ma nie tylko ów hierarcha, ale duża część społeczeństwa. W powszechnym odbiorze Kościół zawiązał swego rodzaju sojusz z partią rządzącą. Potwierdzeniem tego mają być wypowiedzi niektórych hierarchów, a także fakt, że członkowie rządu oraz politycy PiS bardzo często zapraszani są na różne uroczystości religijne, podczas których – niemal na takich samych prawach jak biskupi – przemawiają do wiernych.

Trzeba przyznać, że z problemem tym Kościół boryka się od początku lat 90. Wydaje się, że biskupi mają pewną blokadę przed upominaniem polityków, iż zbyt często podpierają się ich autorytetem, co w konsekwencji prowadzi do tego, że Kościół traktowany jest jako jeden z czynnych uczestników polityki. Tymczasem problem leży gdzie indziej: to politycy wykorzystują Kościół do swoich celów, a w wielu przypadkach, powołując się na jego nauczanie, zwyczajnie wyborców oszukują.

Ostrzeżenie z Opola

Niektórzy hierarchowie zdają sobie z tego sprawę. Przykładem choćby niedawne wystąpienie biskupa opolskiego Andrzeja Czai na spotkaniu z dziennikarzami „Gościa Niedzielnego". Hierarcha, relacjonując problem związany z projektem powiększenia granic miasta Opola kosztem części sąsiadujących gmin, mówił, że w tej sprawie rządzący nie liczą się z głosem społeczeństwa.

„To jest duży dramat i problem. Mówię o tym dlatego, żebyśmy mieli świadomość, że nie jest tak, jak przeciętny obywatel myśli, że skoro PiS jest przy władzy, to właściwie Kościół rządzi – tłumaczył. – Niektóre posunięcia ludzi z PiS są nie do przyjęcia. O ile PO deptało czy sprzedawało pewne wartości, to mam wrażenie, że teraz niektórzy ludzie z PiS depczą ludzką godność i w ogóle się nie liczą z tym, co człowiek myśli, jakie ma pragnienia, potrzeby i – przede wszystkim – jakie ma prawa. To dla nas, wszystkich ludzi Kościoła, sygnał, żebyśmy byli roztropni i nie dali się uwieść. Żebyśmy nie szli w kierunku faworyzowania jakiejś opcji politycznej, programu politycznego, a już tym bardziej – partii politycznej. (...) Jeżeli nie zdystansujemy się do pewnych pociągnięć obecnie rządzących – tak jak robiliśmy to wcześniej – i jeśli nie będziemy pilnować elementarnej prawości i uczciwości, praw ludzkich, godności człowieka, to będą wiązać nas z PiS. Kiedyś przyjdzie inna władza i może to pójść w skrajnie inną stronę. A może pójść na zasadzie »odbicia« – jeśli tak dalej będzie".

W kręgach niezbyt przychylnych partii rządzącej wystąpienie biskupa odebrano jako odcięcie się od PiS. Zwłaszcza że było to przemówienie publiczne i szeroko zrelacjonowano je w mediach. Można tak do tego podchodzić. Hierarcha podkreślił bowiem pewne nieprawidłowości, które zaobserwował u polityków. Ale wysłał – i to moim zdaniem jest sprawą najistotniejszą – czytelny i prosty komunikat do społeczeństwa o zachowanie czujności i roztropności. O to, by nie ulegać pustym hasłom, za którymi nic nie idzie.

Na istnienie takiego zjawiska zwracał też uwagę całkiem niedawno także abp Stanisław Gądecki, metropolita poznański i przewodniczący Episkopatu Polski. W 2015 roku wygłosił w ramach cyklu Verba Sacra w Poznaniu serię homilii poświęconych Dekalogowi. W jednej z nich – odnoszącej się do drugiego przykazania – zauważył: „Byłoby (...) dobrze, gdyby politycy oszczędniej odwoływali się do Boga i chrześcijaństwa, a w zamian za to żyli i działali po chrześcijańsku. Odwiedzanie biskupów przed wyborami – jeśli nie towarzyszą temu chrześcijańskie decyzje – ma cechy wprowadzania w błąd wierzących wyborców. (...) Dla wielu polityków i urzędników państwowych ostatecznym punktem odniesienia wydaje się państwo, rozumiane jako biurokratyczna machina stanowiąca własne prawa, które przybiera cechy bożka".

Jak kontaktować się z politykami

Przywołam jeszcze jeden przykład. Kilka miesięcy temu w niewielkim, można rzec kolekcjonerskim nakładzie, ukazała się ciekawa książka abp. Józefa Michalika. Były przewodniczący Episkopatu zamieścił w niej fragmenty swoich refleksji, którymi dzielił się z innymi biskupami przed rozpoczęciem obrad. Dotyczą one głównie spraw Kościoła, ale nie omijają też wątków społeczno-politycznych. Moją uwagę zwróciły dwie notatki.

W marcu 2006 roku abp Michalik mówił: „Może potrzebna byłaby wewnętrzna szczera dyskusja w gronie biskupów nad stylem naszych kontaktów z politykami. To, z czym mamy do czynienia obecnie, być może jest poszerzaniem kontaktów z politykami, być może jest budowaniem przestrzeni międzyludzkiej poszczególnego biskupa, a zaraz potem księdza z konkretnym człowiekiem, ale przez ludzi te kontakty, promocje, spotkania są źle odbierane, rodzą podziały i są odbierane jako poparcie ugrupowania, partii x lub y. (...) Wydaje się, że o ile na zaangażowanie Kościoła w politykę, np. przez ocenę jej etycznego wymiaru, oczywiście pod pewnymi warunkami trzeba powiedzieć »tak«, to na zaangażowanie w popieranie jakiejkolwiek partii, nawet promującej pewne zasady zdrowe i potrzebne musimy powiedzieć »nie«. (...) Jeśli Kościół w naszym pokoleniu zaślubi nowoczesność, w następnym będzie wdową. Jeśli dziś Kościół zaślubiłby jakaś partię, po najbliższych wyborach byłby wdową".

Prawie półtora roku później, w sierpniu 2007 roku, stwierdzał: „Kościół nie jest ani lewicowy, ani prawicowy i nie powinien się wiązać z żadną z tych orientacji, pozostając w życzliwym dystansie i do partii rządzących, i do opozycyjnych, a także do nowych środowisk. Nie powinniśmy też dawać pozorów, że ideologia i metodologia liberałów, postsocjalistów czy konserwatystów jest nam bliższa. To nie tu tkwi istota naszej misji. (...) Ze swej strony powinniśmy dawać przykład dystansu wobec bezpośredniego zaangażowania się w politykę partyjną, jednokierunkową".

Powyższe cytaty są według mojego przekonania dowodem na to, że Kościół ma świadomość tego, że zbyt bliskie związki z polityką i politykami na dłuższą metę są dla niego szkodliwe. Ale jest pewien istotny element, który łączy wszystkie te wypowiedzi. Biskup Andrzej Czaja swoje słowa wypowiedział po upływie prawie roku, jaki minął od przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Arcybiskup Stanisław Gądecki swoją homilię głosił 10 maja 2015 roku, gdy w Polsce trwała pierwsza tura wyborów prezydenckich poprzedzona kilkumiesięczną kampanią. Z kolei pierwsza wypowiedź abp. Michalika pochodzi z czasu, kiedy na czele rządu stał Kazimierz Marcinkiewicz z PiS. Druga zaś z okresu, gdy w fotelu premiera zasiadał Jarosław Kaczyński.

Roztropność i milczenie

Rodzi się zatem pytanie, dlaczego akurat w czasie, gdy u władzy jest PiS, biskupi mocniej podkreślają, że nie wchodzą do polityki? Każdy uważny obserwator życia społeczno-politycznego z łatwością zauważy, że partia Jarosława Kaczyńskiego odwołuje się do chrześcijańskich wartości, ponadtysiącletniej obecności katolicyzmu na ziemiach polskich itp. W wielu sprawach podpiera się autorytetem Kościoła. A w wielu, w sposób mniej lub bardziej zamierzony, wykorzystuje go w swojej działalności publicznej. Jednocześnie wartości, do których odwołuje się partia Jarosława Kaczyńskiego są Kościołowi bliskie, więc nie powinno raczej dziwić, że nie słychać zdecydowanych głosów odcinających się od niej. Dobitniej słyszalne są za to wypowiedzi krytyczne kierowane np. pod adresem Platformy Obywatelskiej – szczególnie widoczne było to w końcówce rządów tej partii, gdy zaczęła ona skręcać mocno w lewą stronę. W przypadku PiS większość hierarchów wybiera milczenie – nawet wtedy, gdy ewidentnie widać, że partia rządząca „gra" Kościołem, lub wtedy, gdy w jej działaniach pojawiają się elementy zasługujące na krytykę. To milczenie powoduje zaś, że ze strony opozycji padają zarzuty, że Polska staje się państwem wyznaniowym.

Bliski jest mi pogląd wyrażony kilka miesięcy temu na łamach „Plusa Minusa" przez biskupa Piotra Jareckiego. Warszawski biskup pomocniczy uważa, że w obecnej sytuacji społeczno-politycznej milczenie Kościoła wynika z roztropności. „(...) skonfliktowanym stronom nie tyle chodzi o włączenie Kościoła w debatę publiczną, by wspólnie znaleźć rozwiązanie nabrzmiałego konfliktu, lecz raczej o przeciągnięcie go na swoją stronę. Chodzi o wykorzystanie jego głosu, by jeszcze silniej uderzyć w przeciwnika politycznego, by go ostatecznie zdyskredytować" – pisał biskup. I dodawał, że jeśli jego spostrzeżenia są słuszne „to milczenie Kościoła jest chyba najroztropniejszym rozwiązaniem". „Roztropność ta ma także inne imię: wierność swojej misji. Gdyby głos Kościoła został użyty w celu identyfikowania go z jedną opcją polityczną – równałoby się to wykrzywieniu jego roli. Kościół nie identyfikuje się bowiem z żadną partią polityczną. Żadna partia, nawet ta najwierniej wprowadzająca jego naukę, nie jest jego polityczną reprezentacją. Kościół nie potrzebuje też politycznych obrońców i stróżów jego praw" – argumentował.

Otóż to. Żadna partia nie jest polityczną reprezentacją Kościoła, żadna nie może uzurpować sobie prawa do tego, by nią być. Roztropność i idące za nią milczenie to cnoty. Jednak wypowiedzi tłumaczących i przypominających społeczeństwu, że Kościół nie identyfikuje się z żadną opcją i nie szuka swoich reprezentantów, jest zbyt mało. Korzystają na tym politycy, a Polakom wydaje się, że biskupi do spółki z rządzącymi usiłują z Polski zrobić państwo wyznaniowe.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA