fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Proces brzeski w roku 2020

Politycy PSL od dawna zabiegają o rehabilitację Wincentego Witosa
Fotorzepa, Piotr Molecki
Po 30 latach wolnej Polski powinniśmy się uważnie przyjrzeć naszym kodom kulturowym.

U schyłku PRL w moim rodzinnym mieszkaniu pojawiło się małe popiersie Józefa Piłsudskiego. Wątpliwa uroda produktu z mosiądzu nie miała wówczas znaczenia. W przestrzeni domowej typowego blokowiska to był rodzaj deklaracji. Wyraz sprzeciwu wobec braku niepodległości kraju oraz kłamstw na temat historii. Takie gesty nie były dowodem wielkiego heroizmu, niemniej w wymiarze symbolicznym pozwalały poczuć się lepiej, dawały nadzieję w beznadziei i ubóstwie schyłkowej komuny.

Proces polityczny

W 2020 roku wspomnienie małego popiersia Piłsudskiego do mnie powróciło. A zaraz po nim słowa Juliusza Mieroszewskiego, że historia to polityka – tyle że zatrzymana w biegu. Rzecznik praw obywatelskich wniósł niedawno do Sądu Najwyższego kasację w sprawie skazanych w 1932 r. w tzw. procesie brzeskim. Już wcześniej politycy PSL zgłosili potrzebę całkowitej rehabilitacji jednego ze skazanych, legendarnego ludowca, trzykrotnego premiera, Wincentego Witosa. Siłą rzeczy narzuca się pytanie o sens zajmowania się wyrokami sprzed 90 lat. Po co zawracać sobie głowę procesem, który – choć w II RP był jednym z najważniejszych wydarzeń polityczno-prawnych – współczesnym Polakom mówi niewiele lub zgoła nic?

Otóż nie tylko powinniśmy się takimi sprawami na chłodno zajmować, ale też prawdopodobnie dopiero teraz możemy sobie na wzruszanie wyroków z II RP pozwolić. Nie chodzi tu bowiem „tylko" o nieuczciwy proces polityczny i pośmiertną rehabilitację konkretnych osób. Sprawa ma daleko szerszy zasięg. Proces brzeski przypomina, jak my, Polacy, powołując się na szlachetne intencje, możemy siebie nieszlachetnie traktować już we własnym, niepodległym państwie.

Przypomnijmy, że za „sprawą Brześcia" bezpośrednio stał właśnie Piłsudski. Po zamachu majowym Marszałek stopniowo eliminował z gry liderów opozycji. W 1930 r. po rozwiązaniu Sejmu posłowie stracili immunitety i nagle kilku czołowych polityków opozycyjnych znikło. Po pewnym czasie odnaleźli się jako więźniowie twierdzy w Brześciu nad Bugiem. Podczas zatrzymań i w więzieniu nad zasłużonymi politykami znęcano się fizycznie i psychicznie. To był popis bezmyślnego okrucieństwa. Poza biciem i upokarzaniem jedną z metod było inscenizowanie fikcyjnych egzekucji. Zastraszeni, odizolowani więźniowie mieli sobie wyobrażać, że niebawem czeka ich to samo. Proces to jedna z czarnych kart wymiaru sprawiedliwości II RP. Zarzut wspólnego przygotowywania zamachu stanu był wyssany z palca.

W odniesieniu do osób tak zasłużonych, jak wspomniany Witos, zapadły wyroki skazujące. Stanisław Cat-Mackiewicz napisze później: „Przez ubranie tego aktu politycznego w szaty sędziowskiej togi demoralizowano sądownictwo (...). Proces brzeski zrobił wyłom w autorytecie naszego sądownictwa, demoralizował je, otworzył drogę innym podobnym możliwościom".

Mit Piłsudskiego

Kasacja wniesiona do Sądu Najwyższego przez RPO w 2020 r. nie powinna zatem budzić wątpliwości. A jednak rzecz nie zatrzymuje się na „rażących naruszeniach prawa materialnego" i „błędach" wymiaru sprawiedliwości II RP. W istocie to pytanie o dzisiejszy stan postkomunistycznego mitu Piłsudskiego. Nie bez powodu wspomniałem o popiersiu Marszałka w okolicach roku 1989. W ówczesnym kontekście wydarzeń, upadania komuny, nacisk kładziono na rolę Piłsudskiego jako wojskowego w odzyskaniu niepodległości.

Obecnie, po 30 latach wolnej Polski, powinniśmy zwrócić uwagę raczej na koszmarne błędy i zwykłe nieprawości, które popełnił on jako polityk. My znamy dalszy tok wypadków. Wiemy, że ani zamach majowy z ofiarami śmiertelnymi, ani Brześć nie uratowały państwa przed katastrofą. Sala kolumnowa pałacu Paca przy ulicy Miodowej, w której toczył się pokazowy proces brzeski, zaledwie kilka lat później legła w gruzach. Wiemy też, że w Polsce Ludowej wahadło ocen wychyliło się w drugą stronę: propagandowo szkalowano Piłsudskiego i całą sanację w nowym celu. Od 1944 r. był to jeden ze sposobów legitymizowania przez komunistów własnej władzy.

Upływ czasu w PRL zrobił swoje. W latach 80. XX wieku Polska przedwrześniowa wydawała się Polakom coraz piękniejsza. Nic dziwnego, że po 1989 r. patriotycznym obowiązkiem wydawało się przywracanie dawnych pomników Piłsudskiego na cokoły, nazywanie jego nazwiskiem ulic. Odbywało się to zupełnie mechanicznie, w kontrze do nieznośnej propagandy PRL.

W oczekiwaniu na spór

Po 30 latach, jak się wydaje, stać nas na bardziej niepodległy stosunek do przeszłości. Wręcz narzuca się potrzeba przyjrzenia się naszym zbiorowym mitom w sposób wolny od nalotu propagandy tak sanacyjnej, jak i PRL-owskiej. Wśród naszych kodów kulturowych znajdują się i takie, które przeszkadzają nam normalnie żyć w niepodległym państwie i cenić praworządność – o czym pisałem szerzej w „Końcu pokoleń podległości".

A właśnie w 2020 r. proces brzeski przypomina nam o jednym z najbardziej szkodliwych dziś usprawiedliwień politycznych, które, niestety, my, Polacy, jesteśmy w stanie zaakceptować. W sytuacji, którą politycy zdefiniują jako zagrożenie ojczyzny (często, jak w przypadku procesu brzeskiego, wyimaginowane), gotowi jesteśmy zaakceptować łamanie praw człowieka. Logika „mniejszego zła" jest dla polityków arcywygodna. Ma też w Polsce długą tradycję upowszechniania się, o wiele dłuższą niż wprowadzenie stanu wojennego. Już w rozedrganej emocjami publicystyce Sejmu Wielkiego znajdujemy refleksje nad tym, czy w imię wyższych racji nie lepiej zaakceptować despotyzm własny niż despotyzm obcy.

Krótko mówiąc, na tle kasacji RPO powraca pytanie, czy dojrzeliśmy do tego, by zmierzyć się z kodami kultury polityczno-prawnej, które utrudniają nam życie w wolnym państwie. Gołym okiem widać, że jeśli fortuna będzie dla nas łaskawa i demokracja w III RP będzie trwała, czekać nas będzie ostry spór o Piłsudskiego, który przecież odpowiada za śmierć setek osób w zamachu majowym, zdemoralizowanie wymiaru sprawiedliwości i w ogóle polską wersję autorytaryzmu.

Wówczas stanie pytanie, czy stawiane po 1989 r. pomniki nie zaczną nas uwierać. Na razie jednak zaskarżenie wyroku sprzed dziewięciu dekad to ważny sygnał, że w Polsce o upolitycznianiu sądownictwa i niesprawiedliwych wyrokach z przeszłości tak łatwo się nie zapomina. Warto, by pamiętali o tym również rządzący dziś Rzeczpospolitą.

Autor jest publicystą „Kultury Liberalnej", wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim, autorem książki „Koniec pokoleń podległości"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA