fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Bogusław Chrabota: Strajk Kobiet tu zostanie

Manifestacja Strajku Kobiet w Bydgoszczy
Manifestacja Strajku Kobiet w Bydgoszczy
Fotorzepa/ Roman Bosiacki
Prezes Kaczyński jest jak skorpion, śmiertelnie kąsający krokodyla, na grzbiecie którego płynie po jeziorze.

Protesty Strajku Kobiet to nie moja pokoleniowa rewolucja, nie moja wojna. Ale to rewolucja i wojna, których nie da się, nie wolno zignorować. I do których trzeba mieć stosunek. Jaki – to inna sprawa.

Ludzie związani z Prawem i Sprawiedliwością widzą zwykle w OSK przede wszystkim ideologiczny eksces lewicy. Nie można im prawa do takiej perspektywy odmawiać. Może to rzeczywiście i eksces, ale jeśli – to eksces rozłożony w czasie i na wielu płaszczyznach. Nie jest to jednorazowy spazm jakiegoś jednostkowego „ekstremizmu", ale spazm powtarzalny, co więcej – sterowalny – bo nawet jeśli w PiS po jesiennych protestach przestano się go bać, to w styczniu liderki OSK udowodniły, że z łatwością są w stanie zmobilizować ulicę po raz kolejny. A jeśli kolejny, to całkiem prawdopodobne, a nawet pewne, że będziemy mieć do czynienia z kolejnymi protestami pod szyldem OSK. Czy prawica nie powinna więc się obawiać, że liderki strajku użyją swoich armat w najmniej sprzyjających PiS okolicznościach? I czy nie dojdzie w ten sposób do politycznej kumulacji, która może stać się zabójcza dla władzy? Myślę, że tak właśnie jest i lekceważenie takiego ryzyka przez PiS świadczyłoby o wręcz samobójczej krótkowzroczności.

Krótka i długa perspektywa

Mamy więc w krótkoterminowej perspektywie całkiem sprawnie działający mechanizm sprawczości OSK. W długoterminowej już obudzoną i powoli się kształtującą formację ideową, dla której jesienne protesty – by szukać analogii – były jak grudzień 1981 r. dla pokolenia Solidarności; akademią społecznego buntu i wykładem (w tym przypadku) lewicowej wrażliwości. To prawda, że ów bunt nie potrafił przerodzić się w realny wehikuł polityki; nie powstał żaden praktyczny program, nie zbudowano sojuszy, nie wyłoniono powszechnie akceptowanych liderów zmiany. To wszystko prawda.

Dla jednych to ogromne rozczarowanie, dla drugich sroga nauka, dla trzecich w końcu – naturalny bieg rzeczy, bo nie o program przecież, lecz o uruchomienie procesów chodziło. I z tym ostatnim trudno się nie zgodzić, zostało zasiane ziarno, które dojrzewać będzie przez lata, z kolejnymi rocznikami młodych wchodzących w wiek wyborczy. Naprawdę trudno będzie ich przekupić kolejnymi transferami socjalnymi. Dla PiS ścieżka ta będzie w ogóle zamknięta. Prędzej pokolenie wychowanków OSK pójdzie za obietnicami liderów parlamentarnej lewicy.

Kaczyński myśli kryzysem

Nie wiem, dlaczego Jarosław Kaczyński (o ile to on) zdecydował się w styczniu na kolejną konfrontację w sprawie wyroku TK. Proste – zbyt wulgarne – wytłumaczenia są powszechnie znane: chciał kryzysem w kwestiach światopoglądowych zasłonić nieudolność rządu w walce z pandemią. Może to prawda. Możliwe, że potrzebował instrumentu integrującego prawicę i dającego mu przewagę nad rosnącą w siłę Konfederacją. Może. Mam inne podejrzenia.

Z Jarosławem Kaczyńskim jest jak z przysłowiowym skorpionem, który śmiertelnie kąsa pośrodku wielkiego jeziora krokodyla, na którego grzbiecie płynie. Kaczyński jest uzależniony od polityki opartej na konflikcie. To jego adrenalina. Nie umie bez niej żyć. Dlatego historia polityczna PiS to nieprzerwane szukanie wroga i permanentna wojna z każdym kolejnym. Lekarze, sędziowie, nauczyciele, KO, LGBT, a ostatnio Strajk Kobiet i „radykalna" lewica. Może i jest prezes mistrzem świata w zarządzaniu kryzysowym, ale ta jego wyjątkowa, zabójcza namiętność nie zostawia złudzeń w jednej sprawie: Kaczyński nie umie posługiwać się inną metodą polityczną niż wywoływaniem kryzysów. Będzie brnął w nie do finalnej klęski. Kolejne kryzysy zmęczą w końcu nie tylko społeczeństwo, ale także jego stronników. Zarządzanie kryzysowe dobre jest przy względnej stabilności polityki, a dziś państwo prowadzi nierówną walkę z pandemią. Kolejne kryzysy doprowadzą w końcu do efektu kumulacji i PiS naprawdę ciężko będzie utrzymać władzę.

Co z wyrokiem TK? Nie warto w tej sprawie mieć złudzeń. Pozostanie. Prawnicy są w tej kwestii zgodni: za orzeczeniem, choćby było wadliwe i podjęte przez obarczony wadami organ, przemawia domniemanie ważności. Trzeba by je obalić. Jak? Żadne środki prawne w dzisiejszej zamurowanej przez PiS rzeczywistości raczej w grę nie wchodzą. Nie mam też złudzeń, że „liberałom" pomoże polityka. Po pierwsze, potrzeba by woli kompromisu. Ze strony prezesa. A tej nie będzie. Prezes wie również, że gdyby przyszło mu na myśl forsowanie jakiejś „liberalizującej" korekty, to nie znajdzie w swojej partii w tej sprawie jedności. Liczenie na opozycję też nie ma sensu, bowiem jaki miałaby mieć interes opozycja, by wyciągać PiS – tak myśli opozycja – z bagna, w które partia Kaczyńskiego się wpakowała sama? Wszelkie więc inicjatywy zmian proponowane przez prezydenta Dudę, PSL, Porozumienie (to raczej popiera, niż jest gotowe inicjować) opierają się na politycznej iluzji, i są elementem politycznego PR. Nie ma realnej możliwości zmian ustawowych. Żadne referendum się nie odbędzie. Aktualna wersja prawa aborcyjnego się utrzyma. Jedyne, co zostaje, to tylko doprecyzowywanie i poszerzanie pierwszej przesłanki aborcyjnej (zdrowie i życie matki), by nieco ulżyć kobietom z patologiami ciąży. Tu nie trzeba ustaw. Potrzebna jest dobra wola. Choć – wypada to powiedzieć wyjątkowo jasno – z perspektywy OSK to działania kompletnie nieistotne. A może nawet politycznie szkodliwe, bo „zamulają" postulat zasadniczej zmiany, którą jest swobodna aborcja.

Czy przyjdzie czas na zmianę

Nie można takiego scenariusza wykluczyć. PiS, rozhuśtując łódkę, bez wątpienia perspektywę skrętu w lewo przybliżył. „Zgniły" kompromis z 1993 r. mógł przecież trwać jeszcze całe dekady. Jego podważenie spowodowało, że lewica zdefiniowała precyzyjny cel w swojej polityce na lata. Kaczyński osobiście wręczył jej ideologiczny sztandar, pod którym będzie się toczyła regularna wojna o władzę, przynajmniej do najbliższych wyborów. Powrotu do kompromisu już nie ma. Przez kolejne miesiące czy lata spierać się będą dwie racje: utrzymania obowiązujących przepisów (dla prawicy nowy „kompromis aborcyjny") i radykalnej zmiany, która w kwestiach aborcyjnych otworzy w Polsce zupełnie nowy rozdział.

Czy Polska chce takiej zmiany? Wciąż konserwatywne społeczeństwo w swojej większości pewnie nie. Taka właśnie diagnoza kieruje zapewne działaniami prezesa. Tyle że jej poprawność niesie ze sobą również zaczyn ważnego błędu. Racjonalna większość wygrywa w rutynowych zmaganiach politycznych. W poważnym kryzysie państwa, przy jego załamaniu – do czego może dojść w związku z pandemią – do głosu dochodzą ekstremizmy. Stają się nie tylko czytelne, a ich głosiciele mocni. Co może być dla PiS koszmarem, dla ludzi może okazać się jedyną nadzieją. Zazwyczaj w demokracjach padająca prawica otwiera drogę do władzy lewicy. A ta porządkuje państwo od nowa.

Gdyby więc lewica przejęła władzę w Polsce, kwestia swobodnej aborcji stałaby się pierwszą sprawą do załatwienia. Wszystko to zasługa wyroku Trybunału Konstytucyjnego pani Przyłębskiej. A zatem – jak szybko wybory? Za trzy lata? Czy wcześniej?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA