fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

13 grudnia 1981 roku: Interpretacja heroiczna, tragiczna, nostalgiczna

EAST NEWS, Wojtek Laski
Richard Pipes wspominał na łamach „Rzeczpospolitej" przed laty, że stan wojenny zaskoczył Amerykanów.

Mimo iż CIA posiadała raport Kuklińskiego, ani Ronald Reagan, ani jego otoczenie nie byli dostatecznie o nim poinformowani. Dlaczego? Prawdopodobnie eksperci nie dowierzali, że Sowieci zostawią zdławienie kontrrewolucji w Polsce Jaruzelskiemu. Taka zresztą była dotychczasowa logika Moskwy. W przypadkach realnego zagrożenia interesów ZSRR czerwoni generałowie zwykli byli przejmować sprawy w swoje ręce. Dlatego na ulicach Berlina, Budapesztu i Pragi dowodzili i strzelali Sowieci. Polska była jednak inna.

Kreml świetnie pamiętał Powstanie Warszawskie, ale również rok 1968 w Warszawie i 1970 na Wybrzeżu. Z jednej strony bano się więc „drugiego Afganistanu", z drugiej zakładano, że polscy towarzysze „jeśli chcą, to potrafią". Bo rzeczywiście potrafili. Stan wojenny był realnym dowodem, że ekipa w mundurach jest w stanie spacyfikować 10 milionów buntowników. Wróćmy jednak na chwilę do Białego Domu A.D. 1981. Pierwsze wieści z Polski nie budzą specjalnej trwogi. Prezydent spędza weekend w Camp David. Współpracownicy nie chcą mu przeszkadzać.

Wiadomości są jednak coraz obfitsze i jednoznaczne. Tysiące aresztowanych. Wojsko na ulicach. Pacyfikacje strajkujących zakładów pracy. Nie wiadomo, co się stało z Wałęsą. Czy jeszcze żyje? W Białym Domu zaczyna być nerwowo. Co na to Sowieci? Milczą. Prezydent jest oburzony i wściekły. Ktoś sugeruje, by zabrał głos i próbował powstrzymać juntę. W końcu pojawia się decyzja. Reagan wygłasza ostre przemówienie.

Jest czwartek, 17 grudnia. Amerykanie wierzą, że Jaruzelski się wycofa. Jednak na ulicach polskich miast już od kilku dni przy koksownikach grzeją się żołnierze. Służby zrywają nieprawomyślne plakaty. Internowani dostają kolejną porcję więziennej zupy. Polska jak długa i szeroka jest wstrząśnięta tragedią w kopalni Wujek. Zginęli ludzie. Ta władza nie cofnie się przed rozlewem krwi. To już wiadomo. Czy wie o tym Waszyngton? Czy wciąż łudzi się, że Jaruzelski ustąpi? Nawet jeśli takie złudzenia jeszcze się tlą, to szybko gasną. Kilka dni później jedyną bronią są już prezydenckie decyzje o wsparciu podziemnej Solidarności oraz sankcjach przeciw Polsce i ZSRR.

Czy Amerykanie mogli zapobiec stanowi wojennemu, gdyby raport Kuklińskiego trafił z wyprzedzeniem na biurko Ronalda Reagana? To pytanie, które nigdy nie doczeka się odpowiedzi. Ale bardzo mnie nurtuje. Mieli przecież w rękach pewne atuty. Sowieci wykrwawiali się w Afganistanie. Ich zmilitaryzowana gospodarka ledwo zipiała. Kraje Europy Wschodniej przeżywały kryzys. W Polsce brakowało żywności. Gdyby Reagan zagroził sankcjami z wyprzedzeniem, posłużył się taktyką kija i marchewki, obiecał pomoc finansową etc., może Jaruzelski by się wycofał. Jednak akcja z Waszyngtonu przyszła za późno.

Po raz kolejny w polskiej historii zbyt późno, by zawrócić jej koła. Mleko zdążyło się wylać. Machina stanu wojennego poszła w ruch. Należę do pokolenia, które doskonale pamięta ów chłodny poranek.

Miałem 17 lat i właśnie wchodziłem w dorosłość. Nie uczestniczyłem na tyle świadomie w buncie Solidarności, by wyciągać wnioski z logiki wydarzeń po polskim Sierpniu. Ale ów poranek, korytarze spacyfikowanych uczelni, które przemierzałem kilka godzin po ogłoszeniu stanu wojennego, były osobistą lekcją dorosłości. Wokół wisiały pozrywane plakaty. Ludzie przemykali w cieniu korytarzy, a we mnie po raz pierwszy w życiu rodził się bunt i szczeniackie z gruntu przekonanie, że się nie damy, że teraz przewagę mają oni, ale za chwilę zwyciężymy my. „Byle do wiosny". „ A na drzewach, zamiast liści, wisieć będą komuniści". Takie frazy brzmiały mi wtedy w głowie. Brzmią do dziś. Liceum kończyłem w mrokach stanu wojennego. W stanie wojennym przygotowywałem się i zdawałem maturę. W stanie wojennym startowałem na studia i wyjeżdżałem na pierwsze dorosłe wakacje. Ktoś mi je spieprzył. Wiedziałem, podobnie jak całe niemal moje pokolenie, kto. Stąd potem determinacja, by zgnieść tę władzę. Wyrzucić na margines i odbudować Polskę Solidarności. Pracowałem nad tym konsekwentnie przez kolejnych kilka lat.

To, czego najbardziej dziś się boję, to relatywizacja tamtych czasów. Nigdy nie zaakceptuję tłumaczeń, że stan wojenny nie miał alternatywy, że przeprowadzono go niemal pokojowo, bez ofiar, że był historyczną koniecznością. Nie był, bo historyczne konieczności w sensie ontologicznym nie istnieją. Mogło, powinno, być lepiej, mądrzej, dojrzalej. Nikt nie ma prawa wybaczać winnym rozlanej krwi, internowania, łamania przez SB, wyrzucania z pracy. Nikt nie powinien rozgrzeszać z tych kilku straconych polskich lat. Potem przyszła wolność, ale nie była żadnym zamierzonym skutkiem stanu wojennego, tylko wysiłkiem milionów ludzi w wielu krajach świata.

To, co chcę powiedzieć najwyraźniej, jak potrafię, brzmi następująco: jesień ludów z 1989 roku w żaden sposób nie usprawiedliwia zła stanu wojennego. Był on złem immanentnym i można tylko mieć nadzieję, że nigdy się już nie powtórzy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA