fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Jan Paweł II, humanista z Wadowic

Kardynał Karol Wojtyła. Kraków, lata 60–70. XX w.
EAST NEWS
Jan Paweł II jako papież osiągnął tak wiele, że skala tych dokonań przyćmiła nieco inne oblicza Karola Wojtyły: pisarza, dramaturga i filozofa. I dlatego warto je przypomnieć.

Kiedy świat, nie tylko katolicki, zaskoczony powołaniem Polaka na tron biskupa Rzymu chciał się dowiedzieć czegoś więcej o przybyszu z nieznanego kraju, poznał go nie tylko jako świadka i uczestnika dramatycznych losów Polski XX stulecia, ale również jako człowieka oddanego słowu. I nie chodzi w tym miejscu o słowo Biblii czy w ogóle słowo w porządku wiary. Chodzi o słowo jako tworzywo kreacji literackiej i refleksji filozoficznej. W syntetyzującym języku filozofii szukał Wojtyła sposobu na zdefiniowanie osoby ludzkiej w jej relacji z absolutem w kategoriach naukowych i wobec dziedzictwa myśli europejskiej, przede wszystkim katolickiej, ale także protestanckiej, a nawet tej o korzeniach odległych od chrześcijańskiej wizji świata.

Z eksploracji tych wyrosła nie tylko spójna koncepcja teoretyczna, zwieńczona rozprawą „Osoba i czyn", ale i postawa wobec bliźniego, której najpełniejszą realizację przyniosły lata pontyfikatu. Twórczość literacka, zapoczątkowana nieśmiałymi wprawkami poetyckimi z okresu nauki w gimnazjum, rozwinęła się z czasem w trudną, gęstą w treści poezję egzystencjalną i teksty dramaturgiczne, istotne choćby z tego powodu, że dawały wyraz szczególnemu zamiłowaniu „do literatury dramatycznej i do teatru", o którym pisał i wspominał wielokrotnie autor „Brata naszego Boga" już jako Jan Paweł II. Te dwa nurty, artystyczny i filozoficzny, nie wyczerpywały ogromnego dorobku pisarskiego Wojtyły.

Nawet wybrana bibliografia, nieobejmująca dokumentów papieskich i pism duszpasterskich, musiałaby zawierać studia teologiczne, etyczne i artykuły poświęcone kondycji współczesnych społeczeństw i kultury, eseje krytycznoliterackie i teksty o okazjonalnym charakterze. Ale właśnie w dwóch wyróżnionych wyżej, niejako komplementarnych wobec siebie sferach aktywności pisarskiej, kryją się wskazówki pomagające zrozumieć przesłanie posługi pasterskiej Jana Pawła II i przybliżyć się do tajemnicy szczególnej więzi, która cechowała jego spotkania czy to z jednostkami, czy to z tłumami wiernych.

„Jakby Słowo było progiem"

Karol Wojtyła, urodzony w 1920 r., należał do jednego z polskich pokoleń „chorych na literaturę", by przywołać znaną metaforę Tadeusza Konwickiego. Jako uczeń gimnazjum męskiego im. Marcina Wadowity w połowie lat 30. włączył się w prace szkolnego kółka teatralnego, sięgającego ambitnie po repertuar wciąż wtedy najważniejszy, romantyczny. Z tego dwutorowego, przez lekturę i przez udział w spektaklach, zagłębienia się w kanon polskiego romantyzmu zrodziła się pierwsza pasja – miłość do literatury i wypowiedzi artystycznej, wcześniejsza niż w pełni uświadomione powołanie kapłańskie. Ksiądz Edward Zacher, katecheta, wspominał po latach uroczyste powitanie księcia metropolity Adama Sapiehy w Wadowicach latem 1938 r. Spytany przez dostojnego gościa o młodzieńca, który wygłosił mowę powitalną – a był nim Karol Wojtyła – ksiądz Zacher miał wyjaśnić, że ten maturzysta dla stanu kapłańskiego jest zapewne stracony, „bo się zakochał w polonistyce. I już nawet wiersze pisze. Chce być aktorem".

Ostatecznie absolwent wadowickiego gimnazjum, a wkrótce potem student polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim dokonał innego wyboru drogi życiowej, której pierwszym instytucjonalnym etapem było rozpoczęcie nowego kierunku studiów, już teologicznego, w tajnym seminarium duchownym w okupowanym Krakowie. Ale nie oznaczało to w żadnej mierze zerwania z literaturą, wprost przeciwnie, słowo przetworzone artystycznie stało się dla przyszłego papieża instrumentem wyrażania tego, co w racjonalnych terminach niewyrażalne, zapisem najgłębszego, bardzo osobistego doświadczenia metafizycznego.

Literacka wędrówka zaczęła się od „Renesansowego psałterza", zbioru młodzieńczych wierszy, sonetów i psalmów, powstałych w dużej części jeszcze przed wojną, wbrew tytułowi zdradzających zauroczenie poetyką romantyczną. Utwory te zostały po raz pierwszy opublikowane już po pamiętnym konklawe, z oddającym ich ton podtytułem „Księga słowiańska". Poematy napisane w czasie wojny i wkrótce po jej zakończeniu były już dojrzalsze i otwierały sferę tematów, którym Karol Wojtyła miał pozostać wierny jako pisarz i które znalazły rozwinięcie w pracach filozoficznych: były to zagadnienia moralne, problemy cierpienia, wolności, opozycji człowieczej słabości i zdolności do miłości, przede wszystkim zaś próby uchwycenia cudu natury, oddania w skondensowanej formule dostrzeganego w otaczającym człowieka świecie pierwiastka boskiego.

Poematy „Pieśń o Bogu ukrytym" (debiutancka publikacja w 1946 r., w reaktywowanym tuż po wojnie „Głosie Karmelu") oraz późniejszy „Pieśń o blasku wody" (ogłoszony na łamach „Tygodnika Powszechnego" i inaugurujący współpracę z tym pismem) przynosiły poezję wyraźnie oszczędniejszą stylistycznie niż wiersze najwcześniejsze, podobniejszą do utrwalonych na piśmie medytacji, do modlitewnego zamyślenia. Kolejne, pojedyncze utwory lub cykle ukazywały się w „Tygodniku..." i „Znaku", ale sporadycznie, co kilka, kilkanaście miesięcy. Powód podstawowy był prosty: obowiązki duchownego niewiele miejsca pozostawiały na potrzebę prywatną, jaką było uprawianie sztuki poetyckiej. Co więcej, aktywność na polu literatury nie była typowa dla księży.

To, co okazało się zaskoczeniem dla społeczności wierzących po wyborze nowego papieża, tym bardziej mogło zaskakiwać redaktorów i czytelników polskich czasopism w latach 50. i 60. Dlatego Karol Wojtyła publikował wiersze pod kolejnymi pseudonimami: jako Andrzej Jawień, potem Stanisław Andrzej Gruda i Piotr Jasień. Ale był jeszcze jeden powód, o bardziej indywidualnym charakterze. Ujawniał go sam autor, gdy stwierdził, że poezja to „wielka pani, której trzeba się całkowicie poświęcić: obawiam się, że nie byłem wobec niej zupełnie w porządku". Mówiąc najkrócej, duchowny, który pisał wiersze, sam nie oceniał ich zbyt wysoko.

A jednak nie rezygnował z ich pisania. Można tylko dodać, że była to słuszna decyzja. W 1979 r. ukazał się w Krakowie tom podsumowujący jego twórczość literacką. Sumiennie przygotowany zbiór pozwalał nie tylko na zapoznanie się z utworami wcześniej niepublikowanymi bądź powszechnie raczej nieznanymi, ale również na prześledzenie procesu dojrzewania tego literackiego świadectwa doświadczenia religijnego.

Ukoronowaniem dorobku poetyckiego był sygnowany tym razem przez Jana Pawła II „Tryptyk rzymski", wydany w 2003 r. W tym dziele wiersz staje się już wprost formą nadaną medytacji religijnej, aczkolwiek jeśli chodzi o metodę użycia języka poetyckiego, wnikliwy czytelnik zauważy tu wyraźne ślady najważniejszej inspiracji literackiej Karola Wojtyły – twórczości Cypriana Kamila Norwida. Motywem przewodnim utrwalonej w wersach medytacji jest, nie po raz pierwszy, zdumienie bogactwem rzeczywistości przedstawianej jako dar i możliwość zbliżenia się do tajemnicy Darczyńcy. Co godne odnotowania, w „Tryptyku..." kapłan, myśliciel i poeta, człowiek słowa, akcentuje znaczenie słowa w czytelnej parafrazie Prologu Ewangelii wg św. Jana:

„Słowo, przedziwne Słowo – Słowo przedwieczne, jak gdyby próg niewidzialny wszystkiego co zaistniało, istnieje i istnieć będzie.

Jakby Słowo było progiem.

Próg Słowa, w którym wszystko było na sposób niewidzialny, odwieczny i boski – za tym progiem zaczynają się dzieje!".

Słowo podniesione do rangi mocy pośredniczącej między tym, co ludzkie, a tym, co boskie, tym, co doczesne, a tym, co nieuchwytne, chociaż przez człowieka odczuwane, służy kapłanowi do głoszenia prawdy, jest esencją dziejów i tworzywem w akcie stwarzania, również tego stwarzania, które jest udziałem człowieka. Pojmowane jako rodzaj wrażliwości i forma działania, stanowi także klucz do zrozumienia dzieła Polaka papieża, czy – jak to ujął Jan Turnau – „całego jego życia, świętego tak zwyczajnie".

„Brat naszego Boga"

Obok utworów poetyckich powstawały także dramaty. Tworzył je człowiek, który był zafascynowany językiem teatru i rozważał możliwość związania się z przestrzenią teatralną na stałe – powstały w 1941 r. konspiracyjny krakowski Teatr Rapsodyczny stał się na jakiś czas niemal drugim domem Wojtyły, a zawiązane w nim przyjaźnie przetrwały wszelkie próby czasu. Wybranie ścieżki kapłaństwa zmusiło Karola Wojtyłę do rezygnacji z aspiracji teatralnych, specyfika powołania wykluczała i zamykała karierę sceniczną (choć doświadczenia teatralne powracały później echem w różnych działaniach, zwłaszcza publicznych, podejmowanych w latach pontyfikatu). Rozstanie ze sceną nie oznaczało jednak, aby ta fascynacja nie mogła znaleźć innego ujścia.

Pierwsze zachowane dramaty (wiemy też przynajmniej o jednym, który zaginął), „Hiob" i „Jeremiasz", powstawały w 1940 r. i były osnute wokół motywów starotestamentowych; jak można się domyślać, stanowiły literacką odpowiedź autora na pytanie o postawę człowieka wierzącego wobec apokalipsy spełnionej – tragedii wojny. Misteryjny wymiar miał trzeci z dramatów „wojennych" – „Promieniowanie ojcostwa".

Nieco inne treści przynosiły natomiast sztuki powojenne, „Brat naszego Boga" i „Przed sklepem jubilera". Szczególnie pierwsza z wymienionych, ukończona w 1950 r., wkraczała w obszary bardziej uniwersalne i do czasu innych kryzysów społecznych i etycznych się odnosiła. Bohaterem dramatu autor uczynił Adama Chmielowskiego, uczestnika powstania styczniowego, malarza, a później franciszkanina znanego pod imieniem Brata Alberta, związanego z Krakowem opiekuna potrzebujących, żyjącego na przełomie XIX i XX w. Bohater zmuszony jest do podjęcia decyzji: czy w obliczu nierówności społecznej i narastających nastrojów rewolucyjnych opowiedzieć się po stronie zwolenników działań być może skutecznych, ale gwałtownych i destrukcyjnych, czy też kroczyć dalej drogą służby i mozolnej, codziennej pracy, która wymaga pełnego zaangażowania i nie prowadzi do szybkich rozwiązań. Silny wiarą i przekonaniem o przewadze porządku etycznego nad chaosem zmiany rewolucyjnej pozostaje więc wśród swoich braci, odrzucając oferowaną mu rolę przywódcy ruchu dążącego do konfrontacji za wszelką cenę. W ten sposób Chmielowski staje się wyrazicielem poglądów i osadzonym w historii pierwowzorem ideowym Karola Wojtyły. Dramat, chyba najbardziej znany i najczęściej przywoływany spośród tego rodzaju utworów przyszłego papieża, nie doczekał się docenionej przez krytykę inscenizacji teatralnej, został jednak adaptowany na potrzeby kina przez Krzysztofa Zanussiego.

„Rozumienie doświadczenia człowieka"

Taki tytuł nosi otwierająca rozdział wstępny część rozprawy filozoficznej Karola Wojtyły – „Osoba i czyn" (uważanej przez badaczy za najbardziej znaczącą). Książka ta, owoc długoletniej pracy naukowej i wyczerpujące podsumowanie wcześniejszych studiów polskiego humanisty, ukazała się po raz pierwszy drukiem w 1969 r. Za podstawę dzisiejszych analiz służy jednak na ogół wydanie trzecie, rozbudowane i uzupełnione, m.in. o rozszerzenie tytułu do postaci „Osoba i czyn oraz inne studia antropologiczne". Tytuł w takim brzmieniu precyzyjniej oddaje sens poszukiwań prowadzonych przez wykładowcę akademickiego i dostojnika Kościoła – w chwili wydania był już kardynałem – podkreśla bowiem ich ukierunkowanie antropologiczne, a zatem, ujmując rzecz najprościej, skoncentrowanie tych rozważań na człowieku, który jest świadomy samego siebie, decyduje o sobie, poznaje otaczającą rzeczywistość i kształtuje swoją relację z nią, swoje w niej miejsce poprzez świadome, a także wolne działanie. Z działania rodzi się doświadczenie, które zawiera w sobie zrozumienie własnego „ja", a równocześnie dostrzeżenie i zrozumienie innego człowieka. Refleksja ta nie służy przy tym zbudowaniu koncepcji czysto teoretycznej, która „żyje" i ma znaczenie wyłącznie w odniesieniu do innych teorii filozoficznych, potwierdzając je lub z nimi polemizując. Jest próbą zmierzenia się z jak najbardziej realną, nie zaś abstrakcyjnie pojmowaną rzeczywistością, z problemami istniejącymi tu i teraz, wyłaniającymi się z historii najnowszej i oddającymi złożoność świata. Tak to wyjaśniał twórca rozprawy: „Istotne dla tej koncepcji wydaje się przede wszystkim to, że dążymy do zrozumienia osoby ludzkiej dla niej samej, ażeby odpowiedzieć temu wyzwaniu, jakie przynosi doświadczenie człowieka w całym swoim bogactwie, a także egzystencjalna problematyka człowieka we współczesnym świecie". Choć to wyjaśnienie jest bardzo skondensowane, żadne z przywołanych w nim pojęć nie tkwi w nieokreślonej, teoretycznej próżni, lecz daje się rozpisać na epizody biografii Karola Wojtyły.

Jego filozofia ma swój początek w życiu i pozostaje blisko niego. Przypomnijmy: przyszły papież, podobnie jak jego ojczyzna, doświadczył dwóch totalitaryzmów. W latach II wojny światowej zaznał cierpienia i był świadkiem ogromu cierpień innych. Pod hitlerowską okupacją odbierał najtrudniejszą lekcję człowieczeństwa. Gdy został potrącony przez niemiecki samochód, tego „zwykłego polskiego robotnika" uratował niemiecki oficer. W innych sytuacjach on sam, jak zachowali to w pamięci znajomi, udzielał pomocy tym, którzy znaleźli się w opresji. Dzielił się z biedakami, samemu nic prawie nie posiadając. Jako robotnik w Solvayu stanął w obronie innego robotnika – folksdojcza, na którym koledzy chcieli dokonać samosądu. Mając w gronie najbliższych przyjaciół Żydów, choćby kolegów szkolnych jeszcze z czasów wadowickich, był boleśnie świadom tragedii tego narodu. Po zakończeniu wojny objął Polskę w posiadanie kolejny totalitaryzm, system ideologiczny, w którym Karol Wojtyła widział przede wszystkim uprzedmiotowienie osoby ludzkiej, odebranie jej prawa do samostanowienia, indywidualności, wolności i godności.

Te dziejowe katastrofy zmuszały do zadawania pytań podstawowych: kim jest człowiek, w jakim stopniu jest wolny i do czego jest zdolny? Jaki jeszcze sens ma wiara po tym, co się zdarzyło? Te pytania pilnie domagały się odpowiedzi, ludzie czekali na te odpowiedzi. Dlatego poszczególne terminy w ściśle akademickiej, jak mogłoby się wydawać, propozycji filozoficznej Karola Wojtyły można, a nawet trzeba rozpatrywać w odniesieniu do realnych przeżyć. Wszak w centrum jego rozważań niezmiennie znajduje się osoba ludzka.

Rocco Buttiglione pisał: „Nie wystarcza, na przykład, wiedzieć w sposób abstrakcyjny, że istnieje Bóg lub że należy czynić dobro, a unikać zła. Wiedza ta staje się skuteczna dla życia dopiero w momencie, w którym podmiot buduje swój wewnętrzny świat i uaktywnia odpowiadające mu postawy". To znaczy, że czyn, podjęcie działania, weryfikuje nasze doświadczenie i płynącą z niego wiedzę. Doskonale rozumieli to ci, którzy w latach wojny za czyn – czasem zwykły ludzki gest, który w innych okolicznościach nie wydawałby się nikomu aktem heroizmu – mogli zapłacić życiem. Podejmowanie działania wiąże się z transcendencją, którą tutaj określmy jako „przekraczanie samego siebie w stronę prawdy", co można rozumieć jako przełamywanie własnych ograniczeń, świadome i z przyjęciem odpowiedzialności za ten akt przed samym sobą i przed wspólnotą, do której człowiek przynależy.

Prawda w rozwinięciu tej koncepcji jest oczywiście prawdą chrześcijanina, ale u podstaw tych rozważań taką być nie musi. Pisał o myśli Wojtyły ksiądz profesor Tadeusz Styczeń: „Na płaszczyźnie doświadczenia człowieka spotkać się mogą zasadniczo wszyscy ludzie niezależnie od skądinąd wyznawanych przez siebie poglądów filozoficznych czy religijnych. Z perspektywy tego, co sami doświadczają, czyli tego, co sami stwierdzają jako fakt o sobie, mogą oni potem razem spojrzeć na wartość poznawczą przyjętych przez siebie poglądów, dokonać wspólnie ich krytycznej oceny, prowadzić z sobą rzetelny dialog". Nic dziwnego, że wielu chrześcijańskich i niechrześcijańskich badaczy uznało myśl filozoficzną przyszłego zwierzchnika Kościoła katolickiego za zdecydowanie przełomową – to było zaproszenie do dialogu, które Jan Paweł II konsekwentnie podtrzymywał i realizował: otworzył szansę na rozmowę nie tylko między wielkimi religiami.

Nie jest powszechną wiedza o spotkaniach w Castel Gandolfo, a szkoda. Tam od 1983 r. papież gościł w swojej rezydencji intelektualistów, naukowców, ludzi sztuki, polityki, religii konserwatystów i zwolenników idei radykalnie lewicowych, wierzących, ale różniących się w wierze, wątpiących i ateistów. Na liście gości znalazły się nazwiska znaczące w dziejach XX w., by wymienić tylko Hansa-Georga Gadamera, Emmanuela Levinasa czy Ernesta Gellnera, a spośród Polaków Czesława Miłosza czy Leszka Kołakowskiego. Najwięksi myśliciele epoki spotykali się tam i rozmawiali o sprawach tego świata, aktualnych, ważnych i trudnych. Czasem poirytowani, może i poważnie rozzłoszczeni. To w końcu ludzkie. Ale zaproszeni goście zjawiali się co roku, jeśli tylko pozwalało im na to zdrowie i obowiązki. Niewiele przychodzi mi do głowy podobnych miejsc i forów.

Człowiek dialogu

Koncepcja filozoficzna Karola Wojtyły ma, rzecz jasna, swoją naukową historię. Jej początków trzeba szukać w doktoracie poświęconym pojęciu wiary u św. Jana od Krzyża i w lekturach z czasów studenckich i późniejszych, wśród których oprócz Arystotelesa, św. Tomasza i św. Augustyna znalazły się też prace Jacques'a Maritaina, Gabriela Marcela, Stefana Świeżawskiego, Edith Stein, Paula Ricoeura, Martina Bubera, a to też tylko fragment ze znacznie dłuższej listy. Potem przyszła kolej na habilitację, będącą „Próbą opracowania etyki chrześcijańskiej według systemu Maxa Schelera", i już z tego zestawienia wyłaniają się fundamenty teoretyczne rozważań papieskich, a więc przede wszystkim tomizm, personalizm chrześcijański i fenomenologia.

Z tych podstaw wyrosła książka „Miłość i odpowiedzialność", wydana w 1960 r., swoista zapowiedź dzieła głównego, spajającego wszystkie wątki, a tym samym niezwykle trudnego w odbiorze. Podczas spotkania roboczego, w którym uczestniczył przyjaciel kardynała Wojtyły, ksiądz prałat Józef Świąder, duchowny pozwolił sobie na jakiś żart, na który przyszły papież zareagował uwagą, że prałata czeka za to pokuta w czyśćcu. Na to niezrażony kapłan, choć znacznie „młodszy rangą", miał odpowiedzieć, że zapewne w ramach tej pokuty będzie musiał czytać „Osobę i czyn". Anegdota ta wiele mówi o ciężarze gatunkowym dzieła. Ważniejsze jednak od wskazania inspirujących kierunków i wysokich wymagań, jakie stawia ten tekst, jest podkreślenie, że mimo to nie był rezultatem „przemyśleń gabinetowych", ale ujętym w karby naukowej ścisłości i struktury terminologicznej wnioskowaniem wyrosłym z codziennego życia, ze spotkań z innymi, z dzielenia się bólem i radością.

Człowiek słowa jest najwiarygodniejszy, gdy jego słowo jest zarazem działaniem i wypowiedzianym doświadczeniem. Dlatego książki Jana Pawła II, Karola Wojtyły, przemawiają nie tylko do tych, którzy podzielają jego wiarę i przekonania.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA