fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Bitwa Warszawska. Prawda zawsze zwycięża

„Cud nad Wisłą”, obraz Jerzego Kossaka z 1930 r. namalowany przez artystę dekadę po wydarzeniach z 15 sierpnia 1920 r.
Foka/Forum
W historii świata niewiele jest wydarzeń o tak przełomowym znaczeniu dla losów całej ludzkości jak Bitwa Warszawska 1920 roku. Znakomity brytyjski pisarz i dyplomata lord D'Abernon uznał ją za 18. najbardziej decydującą bitwę w dziejach.

Ta batalia rzeczywiście zasługuje na takie wyróżnienie. Publicysta „Rzeczpospolitej", poseł Stanisław Stroński, nazwał ją „Cudem nad Wisłą". Kiedy studiuje się zachowane raporty wojskowe z tamtego okresu, rzeczywiście odnosi się wrażenie, że zwycięstwo polskiej armii, osiągnięte wbrew wszelkim pesymistycznym przewidywaniom, nosiło wszelkie znamiona zjawiska nadprzyrodzonego.

Wszystkie przesłanki strategiczne wskazywały, że nacierający na Warszawę Front Zachodni Michaiła Tuchaczewskiego zajmie polską stolicę najdalej w połowie sierpnia 1920 roku. Do Warszawy zbliżała się stutysięczna nawała bolszewicka uzbrojona w 600 dział i blisko 2,5 tysiąca karabinów maszynowych. Wojsko Polskie pod naczelnym dowództwem pierwszego marszałka Polski Józefa Piłsudskiego i szefa Sztabu Generalnego generała Tadeusza Rozwadowskiego liczyło w Bitwie Warszawskiej ok. 123 tys. żołnierzy uzbrojonych w 1780 karabinów maszynowych, ze wsparciem artyleryjskim 500 dział, kilkudziesięciu czołgów, wozów pancernych i dwóch eskadr lotnictwa.

Bitwa Warszawska nie była jednorazowym starciem obu wrogich sobie armii, ale ciągiem wydarzeń, które doprowadziły ostatecznie do polskiego zwycięstwa.

Przed decydującym starciem

Już w nocy z 5 na 6 sierpnia w Belwederze polscy stratedzy opracowali plan działań obronnych. Prawdopodobnie za radą generała Rozwadowskiego marszałek Piłsudski wybrał okolice za linią rzeki Wieprz jako obszar, z którego miało ruszyć kontruderzenie polskie celowane w południową flankę i tyły przeciwnika. Manewr oskrzydlający sowiecki Front Zachodni został sformułowany w pamiętnym „Rozkazie do przegrupowania" oznaczonym numerem 8358/III i podpisanym przez szefa Sztabu Generalnego gen. Tadeusza Rozwadowskiego. Dwa dni później gen. Rozwadowski wydał rozkaz nr 10 000 modyfikujący ogólną koncepcję rozegrania bitwy. Kończył się on słynnymi słowami: „nogami i męstwem piechura polskiego musimy wygrać tę bitwę". Mimo genialnej koncepcji zakładającej oskrzydlające kontruderzenie Armia Czerwona zdawała się posuwać z niepowstrzymanym impetem.

12 sierpnia sytuacja stała się tak groźna, że marszałek Józef Piłsudski złożył na ręce premiera Wincentego Witosa list z oświadczeniem o dymisji z urzędu naczelnika państwa, po czym opuścił Warszawę i udał się do Kwatery Głównej w Puławach. Premier Witos dymisji nie przyjął. Tymczasem z Warszawy do Poznania wyjechali wszyscy przedstawiciele obcych służb dyplomatycznych i konsularnych. Jedynym ambasadorem, który nie opuścił Warszawy, był nuncjusz apostolski, kardynał Achille Ratti. W przyszłości zostanie wybrany na papieża i przyjmie imię Piusa XI.

Dzień po wyjeździe Piłsudskiego następuje gwałtowne natarcie sowieckie. Warszawiacy są przekonani, że lada moment na ich ulice wleją się bolszewickie hordy. Pod Radzyminem dwie sowieckie dywizje przełamują obronę 11. Dywizji pod dowództwem pułkownika Bolesława Jaźwińskiego. Radzymin dostaje się w łapy Armii Czerwonej.

Piękny letni dzień

W akcie desperacji generał Władysław Sikorski nakazuje swojej V Armii rozpoczęcie wzmożonych działań zaczepnych na wysokości Modlina. Wierzy, że w ten sposób uda mu się odciążyć broniącą miasta I Armię Wojska Polskiego. Przedmoście Warszawy – od Wiązowny po Radzymin – płonie. Na odcinku od Starej Miłosnej do Świerku zaciekle bronią się oddziały XXIX Brygady Piechoty pod dowództwem pułkownika Stanisława Mikołaja Wrzalińskiego. Niewielu Polaków wierzy, że Sowietów uda się powstrzymać. Wszystko wskazuje, że polska stolica upadnie i wkrótce otworzy się droga dla rozlewu komunizmu na całą Europę Środkową i Zachodnią. W piękny letni wieczór, 14 sierpnia 1920 roku, warszawskie kościoły wypełniają się wiernymi zanoszącymi rozpaczliwe błaganie do Boga o ratunek dla zmartwychwstałej ojczyzny.

I Bóg wysłuchuje swych dzieci, gdyż 15 sierpnia ku zdumieniu wszystkich 10. Dywizja gen. Lucjana Żeligowskiego i 1. Litewsko-Białoruska Dywizja gen. Jana Rządkowskiego dokonują pierwszego przełomu. Po koncentrycznym natarciu na siły wroga odbijają Radzymin. Następnego dnia armia generała Sikorskiego uderza z Modlina oraz znad Wkry i niczym grom rozbija sowieckie flanki. V Armia wkracza do Nasielska i przysięga sobie, że już tego miasta nie opuści. Wreszcie z uśpienia wychodzi sam marszałek Piłsudski, który nareszcie podejmuje decyzję o rozpoczęciu manewru zaczepnego znad dolnego Wieprza.

Zdaje się, że naprawdę następuje cud. 16 sierpnia 1920 roku wódz naczelny prowadzi pięć dywizji w sile 27 500 żołnierzy do miażdżącego uderzenia na Grupę Mozyrską – zgrupowanie osłonowe Frontu Zachodniego dowodzone osobiście przez Michaiła Tuchaczewskiego. 17 sierpnia polskie wojska wypychają Sowietów na linię od Białej Podlaskiej po Mińsk Mazowiecki. Teraz to Wojsko Polskie zaczyna tworzyć grupy pościgowe. Cała reszta polskich oddziałów przechodzi teraz do kontrofensywy na całej długości frontu. Polska i Europa zostają uratowane.

Zjednoczona Europa powinna pamiętać, że w pierwszych dniach sierpnia 1920 roku Wojsko Polskie uratowało ją przed katastrofą, której rozmiarów nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Stulecie tego wydarzenia jest okazją, aby na nowo przypomnieć wszystkim dramatyzm tamtych chwil, geniusz polskich dowódców i wielkie szczęście z wygranej.

Jaki bowiem spotkałby nas los, gdyby ten „cud" się nie wydarzył? Warto sięgnąć po artykuły redaktora Dariusza Baliszewskiego z poprzednich tegorocznych numerów miesięcznika „Uważam Rze Historia". Sowieci i V kolumna komunistycznych zdrajców nie chcieli stworzyć satelickiego państwa polskiego, takiego, jakim ćwierć wieku później stała się PRL, ale inkorporować Polskę do sowieckiego kolosa, w którym panował głód i terror. Miliony Polaków oskarżonych o burżuazyjne pochodzenie – polscy ziemianie, żołnierze, przedsiębiorcy, duchowieństwo i intelektualiści – stanęłyby przed plutonami egzekucyjnymi lub trafiły na zesłanie do miejsc, które nigdy nie zetknęły się z cywilizacją.

Utracony świat

Dlaczego cały kompleks działań wojskowych nazywanych Bitwą Warszawską nazywamy także Cudem nad Wisłą? Ponieważ było to wydarzenie o fundamentalnym znaczeniu dla przetrwania narodu polskiego, jego kultury, wiary i języka. Przekonaliśmy się o tym po 17 września 1939 r. Sowieci metodycznie zniszczyli całą kulturę wschodniej Polski – tych regionów, które z woli Stalina, Roosevelta i Churchilla zostały anektowane do ZSRR. Dzisiaj stanowią integralną część Litwy, Białorusi i Ukrainy. Żyją tam, nieliczni już, nasi rodacy, którym nie dane było powrócić do ojczyzny. Sowieci uznali, że ludzie urodzeni na tym terytorium są obywatelami sowieckimi, czyli innymi słowy, więźniami ich państwa. Dla tych opuszczonych Polaków i ich dzieci wspomnienie Cudu nad Wisłą dawało nadzieję i pozwoliło przetrwać. Kultura i język Kresów, malownicze folwarki, kościoły i dworki, polskie zamki, miasta i miasteczka przepadły bezpowrotnie. W 1920 r. udało się je uratować na dwie dekady. We wrześniu 1939 r. zabrakło determinacji, wiary we własne siły i charyzmy dowódczej.

W naszej współczesnej historii mamy niewiele powodów do dumy. Szczególnym wyjątkiem jest jednak Bitwa Warszawska. Powinniśmy ten triumf eksponować na każdym kroku. Nikt bowiem nie szanuje naszej szlachetności ani odwagi, kiedy dajemy się pokonać. Szanują nas tylko wtedy, kiedy się nas boją! Dlatego przez 50 lat ludzie podli ukrywali prawdę o Bitwie Warszawskiej przed kolejnymi pokoleniami Polaków. Należę do tego pokolenia, które nigdy w szkole nie usłyszało nawet słowem o Cudzie nad Wisłą. Tak samo przemilczano Katyń. Ale prawda, o czym uczy nas najwspanialszy nauczyciel w historii, zawsze zwycięża. 15 sierpnia mamy co świętować.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA