fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Andriej Czikatiło: Rzeźnik z Rostowa

AFP
Andriej Czikatiło, niepozorny urzędnik i były nauczyciel języka rosyjskiego, zamordował i częściowo zjadł ponad 50 osób – dzieci, kobiet i mężczyzn.

Gdyby ta historia nie była prawdziwa, spełniałaby kanony amerykańskiego thrillera. Seryjny morderca z przejmującą przeszłością, pozostawiający za sobą dziesiątki zmasakrowanych ofiar, niezłomni milicjanci walczący z partyjnym betonem, skorumpowani funkcjonariusze, przełamujący konwencje profiler kryminalny, zawiłe śledztwo, polityka i KGB. Radziecka milicja dwukrotnie miała w garści mordercę zwanego wściekłą bestią, ale dopiero za trzecim razem udało się doprowadzić do rozwiązania zagadki ponad 50 brutalnych morderstw. Niewiele brakowało, by historia Andrieja Czikatiły skończyła się na pierwszym zabójstwie. Jednak dopóki trwał Związek Radziecki, wszystko szło nie tak, jak trzeba.

Swoją pierwszą ofiarę, dziewięcioletnią Lenkę Zakotnową, morderca obserwował przez kilka dni, nawet nawiązał z nią kontakt. Dał jej zagraniczną gumę do żucia. Wszyscy w klasie o tym wiedzieli. W 1978 r. na ukraińskiej wsi taki prezent to było naprawdę coś.

„Widziałam ją wieczorem na przystanku. Miała czerwoną kurtkę – zeznawała w śledztwie Swietłana Gurienkowa. – Była w towarzystwie wysokiego mężczyzny w okularach i kapeluszu. Próbował ją na coś namówić, a ona się zastanawiała. Później kiwnęła głową, jakby się zgodziła, i poszli razem". Gurienkowa powiedziała, że mężczyzna miał długi nos, pociągłą twarz, nosił czarny płaszcz i torbę pod pachą. Czerwony Kapturek spotkał swojego wilka, ale wszystko potoczyło się inaczej niż w bajce. Czikatiło obiecał Lence więcej zagranicznych słodyczy, jeśli pójdzie z nim do jego domku nad rzeką. Gdy tam dotarli, zawiązał jej oczy i zaczął rozbierać. Początkowo miał zamiar jedynie ją zgwałcić, ale nic mu z tego nie wyszło. Sfrustrowany zaczął ją dusić przedramieniem, a później dźgać nożem. Wtedy po raz pierwszy przekonał się, że jedynie zadając śmierć, jest w stanie osiągnąć satysfakcję seksualną. Gdy wrzucał ją do pobliskiej rzeki Gruszewki, był przekonany, że jego ofiara już nie żyje. Dziewczynka zmarła dopiero w wodzie.

Był szczegółowy rysopis, było i podejrzenie. Dyrektor szkoły, w której pracował Czikatiło, stwierdził, że mężczyzna z portretu pamięciowego przypomina mu jednego z jego nauczycieli. Milicja odwiedziła mordercę i znalazła nawet ślady krwi. Sąsiedzi zeznali, że tego dnia, gdy zginęła dziewczynka, w domku nad rzeką długo paliło się światło. Czikatiłę mieli jak na tacy. Jednak po raz pierwszy w sprawę morderczego pedagoga wmieszała się polityka. Aktywny i oddany członek partii komunistycznej z legitymacją KGB nie mógł skrzywdzić niewinnego dziecka. Takie rzeczy nie mogły się zdarzać w Związku Radzieckim. A przykładna żona Andrieja zeznała, że cały dzień spędziła z mężem. Podejrzanym został zatem mieszkający w pobliżu 25-letni Aleksander Krawczenko. Różnił się od profilu pamięciowego jak dzień od nocy, ale za to miał w kartotece gwałt na nieletniej. Sprawę morderstwa Lenki zamknął wyrok śmierci wykonany na nowym oskarżonym.

Czikatiło opowiadał później, że wtedy właśnie odkrył długo poszukiwany sposób na rozładowanie napięcia seksualnego. Przestraszył się jednak, że milicja znalazła się tak blisko odkrycia prawdy. Przez kolejne dwa lata nie odważył się powtórzyć podobnego czynu. Poza paroma incydentami z molestowaniem uczniów, zręcznie tuszowanymi przez partyjnych zwierzchników, Czikatiło był przykładnym obywatelem, mężem i ojcem. Jednak po dwóch latach w Rostowie pojawiła się bestia.

Nie wychodź z domu, bo cię zjedzą

Andriej Romanowicz Czikatiło urodził się w 1936 r. w ukraińskiej wiosce Jabłocznoje. Wyniszczająca gospodarkę Ukrainy polityka Stalina doprowadziła do fali wielkiego głodu. Kolektywizacja rolnictwa i bezwzględna egzekucja kontyngentów rolnych przekraczała możliwości produkcyjne wsi. Według różnych szacunków w trzech falach głodu (1921–1923, 1932–1933 i 1946–1947) wskutek braku pożywienia życie straciło ok. 10 mln ludzi. Tylko w czasie drugiej fali zmarło na Ukrainie ok. 3 mln osób, a co najmniej 2,5 tys. skazano za powszechny w tych czasach kanibalizm.

Andriej nigdy nie poznał swojego brata, ponieważ został on uprowadzony i prawdopodobnie zjedzony przez sąsiadów. Dlatego matka go upominała: „Nie baw się po zmierzchu przed domem, bo cię zjedzą jak twojego brata Stiepana". Istnieje przypuszczenie, że okoliczności, w jakich przyszedł na świat wampir z Rostowa, miały wpływ na jego upodobanie do nadgryzania ofiar. Twierdził później, że od dzieciństwa próbował sobie wyobrazić, jak smakuje ludzkie mięso.

Ojciec Czikatiły został powołany na front, gdzie dostał się do niewoli. Po powrocie z wojny okrzyknięto go zdrajcą, podobnie jak wszystkich jeńców wojennych. Syn czuł się z tego względu odrzucony przez kolegów w szkole. W 1943 r. urodziła się siostra Czikatiły. Z oczywistych powodów nie mogła być córką ojca Andrieja. Istnieje przypuszczenie, że chłopiec był świadkiem gwałtu dokonanego na matce przez niemieckiego żołnierza. Później zaczytywał się w opowieściach o rosyjskich partyzantach torturujących w lasach niemieckich żołnierzy. Sam chętnie wyobrażał sobie, że jest jednym z oprawców. Trudno się dziwić narastającym w dziecku emocjom wywołanym dramatycznymi przeżyciami. Nie czyni to jednak z człowieka bestii. Psychopatia to ułomność wrodzona. Predyspozycje połączone z traumą ukształtowały rzeźnika z Rostowa. Być może nie byłby tak wypełniony gniewem i nienawiścią, gdyby nie problem, który do końca życia postrzegał jako powód wszystkich swoich nieszczęść. Okazało się bowiem, że jest impotentem. Przekonał się o tym w najgorszy możliwy sposób. Był bardzo przystojnym nastolatkiem i miał duże powodzenie. Jednak dziewczyna, w której się zakochał, okazała się mało delikatna i wieść o ułomności Andrieja szybko rozniosła się w jego środowisku.

Nie pomogło mu też zaangażowanie w polityczne struktury młodzieżowe. Czuł się zagorzałym komunistą i wzorem literackiego bohatera Pawki Morozowa, który doniósł władzom na ojca, przyłączył się do nagonki na zdrajców narodu. Przecież tych, którzy przeżyli wojnę, uznawano za tchórzy. A jego okrzyknięto synem tchórza.

Wyśmiewano się z niego, z jego ojca i z impotencji. Postanowił zdobyć pozycję w społeczeństwie przez uzyskanie prestiżowego zawodu. Marzył o karierze prawnika, ale nie dostał się na moskiewski uniwersytet, więc wstąpił do wojska i został specjalistą od telefonii. Gdy przeniósł się do Rosji, podjął pracę w swoim zawodzie. Wiodło mu się całkiem dobrze, więc sprowadził do siebie rodziców i siostrę. Ta odwdzięczyła mu się, swatając go ze swoją przyjaciółką Feodozją. Kobieta była 24-letnią „starą panną", więc połączył ich brak alternatywy. Jako czuła i delikatna żona nie wywierała presji na męża. Ostatecznie wiodła dobre i dostatnie życie, a jej partner nie pił i nie bił. Dzięki wsparciu medycyny i pewnym technikom inseminacji para doczekała się dwójki dzieci.

Feodozja była wyrozumiała, przymykała oko na różne sygnały o sprawkach męża. Nie wiemy, co czuła, gdy dowiedziała się, że przez 27 lat żyła u boku potwora. Wcześniej jednak musiała wybaczać mu drobne kolizje z prawem. Czikatiło rozpoczął korespondencyjne studia z literatury rosyjskiej na Uniwersytecie w Rostowie. Po ich ukończeniu podjął pracę jako nauczyciel w szkole średniej w Nowoszachtyńsku. I tu nieśmiałość i wycofanie przysporzyły mu kłopotów. Ani uczniowie, ani nauczyciele nie darzyli go szacunkiem. Nazywali gęsią, co oznaczało to samo co „imbecyl". Znowu wszyscy się z niego naśmiewali.

W 1974 r. wyszło na jaw, że Andriej lubi podglądać uczniów w ubikacji. Czikatiło był dobrze umocowany w partii, więc dyrektor tylko go zwolnił i nie zgłosił niczego milicji. Nauczyciel wpadł, gdy próbował w internacie molestować śpiącego chłopca. Jednak starsi koledzy stanęli w jego obronie i dotkliwie pobili pedofila. Od tego czasu Czikatiło zaczął nosić przy sobie nóż. Feodozja wybaczyła Andriejowi i przeprowadzili się do miasteczka Szachty, gdzie mężczyzna ponownie rozpoczął pracę w szkole. Nie mógł jednak powstrzymać się od molestowania dzieci, więc jego kariera pedagoga musiała się zakończyć. Na system edukacji w ZSRR nie mógł się położyć żaden cień, dlatego nigdy nie postawiono go w stan oskarżenia.

Andriej znalazł inną pracę. Nie było to ambitne zajęcie. Zajmował się zaopatrzeniem fabryki. Musiał dużo podróżować publicznymi środkami komunikacji. Praktycznie bez kontroli. To zajęcie bardziej odpowiadało jego upodobaniom. Kupił też mały, zrujnowany domek nad rzeką Gruszewką – swoją nową samotnię. Tam też kilka lat później przeżyła najgorsze chwile życia mała Lenka Zakotnowa.

Przebudzenie bestii

Larisa Tkaczenko miała 17 lat, ale wyglądała na znacznie starszą. Właśnie uciekła z internatu i na przystanku autobusowym zaczepiała żołnierzy, by sprzedać im to, co jako jedyne miała do oddania. Tam też upatrzyła sobie eleganckiego urzędnika, z którym szybko się dogadała. Poszli do lasu napić się wódki i na małe co nieco. Scenariusz był jednak inny, niż przewidywała. Mężczyzna rzucił się na nią i próbował zgwałcić, jednak nie dawał rady. Dziewczyna wyrywała się i krzyczała. Silniejszy od niej napastnik obezwładnił ją, nasypał do ust ziemi i udusił. 4 września 1981 r. spacerowicze odkryli na brzegu rzeki obnażone zwłoki dziewczyny. Jeden sutek miała odgryziony, a całe ciało skatowane.

Kolejną ofiarą Czikatiły była idąca po zakupy 13-letnia Luba Biriuk. 12 czerwca 1982 r. Czikatiło odbywał podróż służbową. Na przystanku autobusowym spotkał dziewczynkę. Odnaleziono ją dwa tygodnie później, a na jej ciele ślady po 22 uderzeniach nożem. Później wszystko potoczyło się znacznie szybciej. 19-letnia Irina, 16-letni Sierioża i 10-letnia Olga Stalmaczonok, która szła na lekcję muzyki – znaleziono ją z wyciętym sercem na zaoranym polu w pobliżu Nowoszachtyńska.

Do 1984 r. Czikatiło zabił 23 osoby. Jego ofiarami były nie tylko dziewczynki, ale również dorosłe kobiety, chłopcy w różnym wieku i młodzi mężczyźni. To dezorientowało milicję. Szukano różnych przestępców, chociaż modus operandi był praktycznie taki sam: ślady prób odbycia stosunku, rany kłute, okaleczenia narządów płciowych i sperma napastnika. Morderca gryzł swoje ofiary, odcinał fragmenty zwłok. Czasem wycinał macicę i choć nigdy się nie przyznał, że ją zjadał, stwierdził, że „bardzo lubił je pogryzać, bo są różowe i mięsiste". Większość zwłok miała wyłupione oczy. Czikatiło wierzył, że w momencie śmierci na siatkówce oka utrwala się ostatni obraz, czyli twarz mordercy.

Milicja przez dziewięć lat nie mogła schwytać rzeźnika z Rostowa. W Związku Radzieckim nie dopuszczano myśli, że może tam grasować seryjny morderca. Takie rzeczy mogły być jedynie wytworem zachodniej „zgnilizny". Organy ścigania były paraliżowane przez władze radzieckie. Popełniono wiele kardynalnych błędów. Ich przyczyną była nie tylko presja z góry, ale również archaiczne metody prowadzenia śledztw. W latach 1981–1990 śledczy bezskutecznie próbowali schwytać cień. Nieustannie znajdowano zwłoki – w okolicach Rostowa, Szachtów i Nowoszachtyńska. Schowane lub odkryte, porzucone w różnych miejscach, ale podobnie okaleczone. Co się dało, trzymano w tajemnicy. Okoliczni mieszkańcy żyli w nieświadomości zagrożenia lub byli skazani na plotki i domysły.

Latem 1984 r. Czikatiło ponownie znalazł się pod lupą milicji. Tym razem został aresztowany. Dyżurujący na dworcu autobusowym milicjanci zauważyli odpowiadającego rysopisowi mordercy mężczyznę, który zaczepiał dziewczynę. Postanowili go śledzić. Przez cały dzień jeździł po mieście, usiłując nawiązać kontakty z kobietami. Wreszcie zatrzymano go podczas schadzki z prostytutką. W teczce miał kawałek sznurka, mydło, wazelinę i nóż kuchenny. „Do czego wam wazelina, obywatelu?" – zapytali milicjanci. „Używam zamiast kremu do golenia" – odpowiedział beztrosko Czikatiło. „A sznurek?". „Noszę na wszelki wypadek, do wiązania różnych rzeczy". Wydawało się, że tym razem wreszcie odnaleziono sprawcę, ale pojawiły się komplikacje. Milicja potrzebowała czasu, by powiązać go z morderstwami. Nawet w ZSRR nie można było długo trzymać podejrzanego bez postawienia zarzutów. Ten czas udało się wydłużyć do trzech miesięcy na podstawie oskarżenia o kradzież w zakładzie pracy. Niestety, więcej dowodów nie było. Wcześniej śledczym udało się ustalić, że napastnik ma grupę krwi AB. Przez błąd w analizie określono, że aresztowany ma grupę A. Chcąc nie chcąc, trzeba było go wypuścić.

Śledztwu nadano kryptonim „Pas leśny". Nazwa wzięła się od miejsca znajdowania zwłok. Obszar był tak duży, że nie sposób było patrolować wszystkich parków i lasów w okolicy. Pojawiła się pewna koncepcja. W pobliżu miejsc zbrodni znajdował się szpital psychiatryczny. Przypuszczenie, że zabójcą jest pacjent, wydawało się bardzo prawdopodobne. Zatrzymano więc chorego psychicznie mężczyznę, który przyznał, że wraz ze wspólnikami morduje kobiety i dzieci. Podał nazwiska znajomych z ośrodka, w którym swego czasu przebywał. Aresztowano pięciu mężczyzn. Wszyscy zgodnie przyznali się do winy. „Gang obłąkanych" przebywał w areszcie, gdy znaleziono zwłoki 19-letniej Wiery Szewczuk z odciętymi piersiami. Do lutego 1985 r. natrafiono na trzy kolejne ciała. Wtedy do Rostowa przysłano Issę Kostojewa.

Bohater w akcji

Nowym kierującym śledztwem został pracownik wydziału ds. nadzwyczajnych radzieckiej Prokuratury Generalnej. Pochodził z Inguszetii. Jego rodzina została wywieziona do Kazachstanu. Jak wielu z tych, którym udało się przetrwać na „nieludzkiej ziemi", Issa był twardy i nieustępliwy. Nie obawiał się stawać pod wiatr. Był człowiekiem, który doprowadził do ujawnienia afery korupcyjnej wśród prokuratorów na wysokim szczeblu. Niewygodny, ale niezwykle skuteczny Issa Kostojew wydawał się ostatnią deską ratunku dla rostowskiej społeczności.

Zaczął od uwolnienia „gangu obłąkanych". „Jeśli nakarmi i napoi się schizofreników, są gotowi przyznać się do wszystkiego. Jeśli będą musieli wskazać wspólników, zrobią to" – opowiadał po latach. Ich wymuszone zeznania były bezużyteczne. Kostojew sporządził mapę miejsc, w których mógł bywać morderca. Ciała znajdowano w okolicach torów kolejowych, dworców, przystanków autobusowych, przydrożnych barów i na poboczach ruchliwych dróg. Milicjant przypuszczał, że sprawca może być kierowcą, kolejarzem albo komiwojażerem. Nie wykluczał lekarza (z uwagi na precyzyjne amputacje) lub milicjanta – przez zdolność do zacierania śladów. Ofiarami były dzieci i kobiety lekkich obyczajów, młode osoby nieutrzymujące kontaktów z rodziną, która mogłaby zgłosić zaginięcie. Później morderca nie był już taki ostrożny.

Po dokonaniu precyzyjnej analizy Issa Kostojew wypuścił dziesiątki „przynęt". Były to atrakcyjne milicjantki i młodzi funkcjonariusze, którzy mieli się wpisywać w profil ofiary. Patrolowano dworce i węzły komunikacyjne, gdzie najczęściej znikały ofiary. Sprawdzono i przesłuchano ok. 300 tys. osób. Niestety, Czikatiło ponownie okazał się sprytniejszy. Szybko się zorientował, że zrobiło się gorąco. Zdecydował się zatem na kolejną dwuletnią przerwę w zabijaniu.

Nerwy puściły mu w 1987 r. i ponownie zaczęto znajdować okaleczone zwłoki. Najpierw był to 12-letni Iwan Biłowiecki. Podobnie jak kolejna ofiara – 11-letni Alosza Woronko, który szedł do babci – usta miał wypełnione ziemią, a całe ciało nosiło ślady noża. Aloszę znaleziono w zagajniku. Miał rozcięty brzuch i odgryzione genitalia. Później zginął 16-letni uczeń technikum Jewgienij Muratow i 11-letnia Tatiana Ryżowa. 8-letni Sasza Diakonow nie wrócił ze spaceru. Jelena Warga (19 lat) osierociła małego synka. Potem zaginął Aleksiej Mojsiejew (10 lat). Wiktor Pietrow miał 13 lat, gdy na dworcu kolejowym oddalił się na chwilę od matki, by napić się wody. Jego okaleczone zwłoki znaleziono w ogrodzie botanicznym. Na miejskiej plaży w rączce 11-latka odkryto późniejszy dowód koronny – siwe włosy napastnika. W latach 1988–1989 Czikatiło zabił 17 osób. W większości małych chłopców.

6 listopada 1990 r. zabójca ponownie znalazł się na celowniku milicji. Na dworcu Donieszoz zaczepił 22-letnią Swietłanę Korostik. Poszli za spacer. Nie miała nic przeciwko uprawianiu seksu, ale mężczyzna nie dawał sobie z tym rady. Twierdził później, że go wyśmiała, więc historia potoczyła się podobnie jak poprzednie. Czikatiło zabił kobietę, odciął jej kawałek języka i sutki, po czym je zjadł. Zwłoki przykrył gałęziami i wrócił na dworzec. Wtedy zobaczył go sierżant Igor Rybakow, który patrolował stację. Ujrzał wychodzącego z lasu wysokiego, chudego mężczyznę, który wyglądał i był ubrany jak morderca z rysopisu. W dodatku był pobrudzony ziemią, pocił się i miał na policzku ślady krwi. Po wylegitymowaniu stwierdził, że był na grzybach, choć jego teczka zupełnie się do tego nie nadawała.

Milicjant nie miał podstaw do zatrzymania mężczyzny, ale raport z tego wydarzenia przekazał Kostojewowi. Ten zadziałał błyskawicznie. Około 200 funkcjonariuszy przeczesało teren. Najpierw znaleziono zwłoki 16-letniego Wadima Gromowa, a później Swietłany. W tym czasie Issa Kostojew zdążył stwierdzić, że nazwisko Czikatiły zbyt często pojawia się w tej sprawie. Przeanalizował trasy jego podróży służbowych w powiązaniu ze znalezionymi zwłokami. Śledczy nadal nie miał dowodów, jedynie przypuszczenia, więc postanowił zastawić pułapkę w postaci trzech pozornie niestrzeżonych stacyjek. Na pozostałych ustawił umundurowanych funkcjonariuszy legitymujących niemal każdego, kto spojrzy na dziecko. 20 listopada Andriej Czikatiło wziął 3-litrowy słój i poszedł kupić piwo z beczki. Po drodze zaczepiał młodych chłopców i wdawał się z nimi w rozmowy. Podążało za nim dwóch milicjantów z kamerą. W końcu zatrzymano go, gdy wychodził z piwem z baru.

Koniec horroru

Kostojew miał tylko dziesięć dni na zdobycie dowodów. Czikatiło do niczego się nie przyznawał. Dopiero dziewiątego dnia doświadczony psychiatra Aleksander Buchanowski skłonił go do mówienia, dając mu do zrozumienia, że jeśli zostanie uznany za chorego, wyrok może być łagodniejszy. Lekarz podszedł do Andrieja zupełnie inaczej niż przesłuchujący go funkcjonariusze. Przekonał go, że z racji zawodu nie osądza nikogo i chce pomóc pacjentowi. Pokazał również oskarżonemu sporządzony dużo wcześniej profil kryminalny. Czikatiło ze zdziwieniem stwierdził, że był to jego portret psychologiczny. Profil był bardzo precyzyjny. Wyprzedzał o epokę ówczesne opracowania. Jednak dopóki KGB i partia komunistyczna przeszkadzały w śledztwie, ani innowacyjne metody Buchanowskiego, ani oczywiste poszlaki nie mogły doprowadzić do oskarżenia Czikatiły. Dopiero upadek ZSRR i determinacja Kostojewa położyły kres morderstwom.

Pod wpływem perswazji Buchanowskiego rzeźnik z Rostowa się przyznał. Wskazywał miejsca kolejnych zbrodni i jeździł na wizje lokalne, gdzie z lubością prezentował sposób, w jaki zwabiał i mordował swoje ofiary. Śledczy byli w szoku, gdy przyznał się do 56 morderstw, bo dotychczas wiedzieli o 36 ofiarach. Ten niepozorny urzędnik zabił 21 chłopców w wieku 8–16 lat, 14 dziewcząt w wieku 9–17 lat i 17 dorosłych kobiet, z których najstarsza miała 45 lat. Większość została uduszona lub zadźgana, zwłoki nie miały oczu i nosiły ślady odcinania lub odgryzania różnych części. Prawie wszyscy chłopcy byli pozbawieni genitaliów. Na zwłokach znajdowano spermę, bo tylko w czasie agonii ofiary Czikatiło mógł osiągać spełnienie, a krępowanie i zabijanie przynosiło mu upragnione poczucie przewagi.

W 1991 r. mordercę zbadał psychiatra Andriej Tkaczenko. Po dwóch miesiącach orzekł, że sprawca był świadomy swoich czynów i może być pociągnięty do odpowiedzialności. Napisał również: „psychopata cierpiący na organiczną demencję i wypaczony popęd seksualny, połączone z manią sadystyczną". Tkaczenko ustalił też, że Czikatiło ma nienaturalny zapis EEG i poważne uszkodzenie mózgu. Jednak według psychiatry wolna wola mordercy nie była naruszona.

Proces rozpoczął się 14 kwietnia 1992 r. W klatce siedział ogolony na łyso oskarżony. Na sali były rodziny ofiar – dziesiątki zrozpaczonych mężczyzn i kobiet gotowych do szturmu na niego. Odczytanie aktu oskarżenia trwało dwa dni. Czikatiło raz się tłumaczył, a innym razem udawał obłąkanego. Opowiadał o dzieciństwie i trudnych czasach, w których dorastał, o odrzuceniu, okrucieństwie wobec niego. Obwiniał naturę, która uczyniła go impotentem. W innych momentach śmiał się szaleńczo, symulował urojenia, a raz nawet opuścił spodnie, krzycząc: „Patrzcie na tę bezużyteczną rzecz. Jak myślicie, co mógłbym z nią zrobić?". Nikt mu nie uwierzył. 16 lutego 1994 r. wykonano wyrok śmierci przez strzał w głowę.

Czikatiło do tej pory żyje w lokalnych legendach, jest widywany nad Donem, a przede wszystkim duża część jego dziejów przetrwała w historii o Hannibalu Lecterze.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA