fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Warzecha: PiS w pogoni za horyzontem

Mariusz Kamiński został na własną prośbę ułaskawiony, mimo że wcześniej zapowiadał, iż ułaskawienie go nie interesuje – przypomina autor
Fotorzepa/Jerzy Dudek
Być może obóz neosanacji jedzie teraz po bandzie, aby potem mieć czyste pole do działania i czas na odbudowywanie wizerunku. Powinien jednak od razu nam powiedzieć, w którym momencie zacznie się powrót do normalności – pisze publicysta.

Niektórzy, niby żartem, zaczęli nazywać Jarosława Kaczyńskiego „naczelnikiem państwa", nawiązując do specyficznej pozycji Józefa Piłsudskiego w II RP. Piłsudski po przewrocie majowym formalnie żadnym naczelnikiem państwa nie był. Został jedynie szefem Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych, co oczywiście ani trochę nie oddawało jego faktycznego wpływu na państwo.

Wielu chce w obecnej sytuacji widzieć paralelę do czasów sanacji, dostrzegając w systemie firmowanym przez Marszałka lekarstwo na słabości parlamentarnej II RP i na tej samej zasadzie w systemie wprowadzanym przez Kaczyńskiego – lek na słabości III RP. Niektórzy przywołują nawet z aprobatą obcesowe słowa Piłsudskiego skierowane do hrabiego Aleksandra Skrzyńskiego w odpowiedzi na pytanie o program polityczny ewentualnej partii Marszałka: „Bić kur.. i złodziei".

Rzadziej już bywają przypominane inne znamienne słowa, jeszcze z 1916 roku: „Polacy nie są zorganizowanym ludem, wobec czego więcej znaczy u nich nastrój aniżeli rozumowanie i argumenty; sztuką rządzenia Polakami jest zatem wzniecanie odpowiednich nastrojów".

Błyskawiczne manewry

Zwolennicy doszukiwania się podobieństw i prowadzenia polityki co do swej istoty naśladującej postępowanie sanacji zapominają, że zbudowane przez Piłsudskiego państwo, przy pozorach sprawności, w istocie miało wszystkie wady systemu opartego na kaprysach jednego człowieka, w którym niewiele znaczą procedury, układy – wszystko, i które z przeciwnikami politycznymi i medialnymi rozprawiało się brutalnie.

Starczy przypomnieć skatowanie i niemal zabicie w roku 1927 przez sanacyjnych bandytów Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, autora „Kariery Nikodema Dyzmy", za jego nadmierną dziennikarską dociekliwość w tropieniu afer sanacji czy uwięzienie w obozie w Berezie Kartuskiej, gdzie już wcześniej przebywało wielu działaczy endecji, w roku 1939 wybitnego publicysty Stanisława Cata-Mackiewicza. Choć oczywiście wciąż nie sposób tych wydarzeń porównywać z tym, co działo się w naszym sąsiedztwie na wschodzie i zachodzie.

Niektórzy, pisząc o pierwszych tygodniach rządów PiS, nazywają je blitzkriegiem. Ja sięgnąłbym raczej po amerykańską doktrynę taktyczną shock & awe, czyli szokowania i „oniemiania" przeciwnika nagłością i tempem działań.

Do dziś miało miejsce kilka błyskawicznych manewrów: umieszczenie wbrew kampanijnej zapowiedzi Beaty Szydło Antoniego Macierewicza na czele MON, ułaskawienie Mariusza Kamińskiego przez prezydenta Andrzeja Dudę, nader szybkie przegłosowanie nowelizacji ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, likwidacja rotacyjnego przewodnictwa w Komisji Służb Specjalnych oraz takie ograniczenie prezydium Sejmu, że nie ma w nim miejsca dla PSL.

Każde z tych posunięć samo w sobie nie łamie prawa ani procedur, ale zarazem każde jest na granicy dobrego obyczaju, poza nią lub przynajmniej budzi poważne wątpliwości.

Postawienie Macierewicza na czele MON było ewidentnym zagraniem na nosie tym bardziej umiarkowanym wyborcom, którzy dali się nabrać w czasie kampanii na cyniczny zabieg z nazwaniem Jarosława Gowina „najbardziej prawdopodobnym kandydatem" na szefa tegoż resortu.

Ułaskawienie Kamińskiego na jego własną prośbę było w sprzeczności z wcześniejszymi słowami samego ministra koordynatora, który zapowiadał, że właśnie ułaskawienie go nie interesuje, a jakiekolwiek wyjaśnienie tego aktu opinia publiczna otrzymała dopiero pod silnym naciskiem mediów.

W sprawie TK PiS nie ograniczył się do umożliwienia sobie wyboru dwóch sędziów, których kadencja upływa w listopadzie, ale zapewnił sobie sięgnięcie po całą pulę pięciu miejsc. Nowy szef sejmowej Komisji Sprawiedliwości w rozmowie z dziennikarzami wygłosił w dodatku wielce oryginalny pogląd, że niekonstytucyjność poprzedniej ustawy widać gołym okiem, więc nie musi o niej rozstrzygać sam TK – powołany do tego organ.

Likwidację rotacyjnego przewodnictwa w Komisji ds. Służb uzasadniono koniecznością zachowania sprawności tego gremium, a brak PSL w prezydium – już naprawdę bardzo głupio – koniecznością oszczędności.

Skonfederowani wyborcy

Wiele z tych posunięć da się wytłumaczyć bieżącą taktyką polityczną i z jej punktu widzenia mają one sens. Choćby taki, że sprawy trudne i budzące największy opór powinno się załatwić na samym początku kadencji, aby mieć potem czyste pole do działania i czas na odbudowywanie ewentualnie nadwątlonego wizerunku.

Na początku największe jest też przyzwolenie rozentuzjazmowanego zwycięstwem elektoratu, który – odreagowując upokorzenia ośmiu lat rządów aroganckich i nieliczących się z drugą stroną – wręcz zachęca do politycznych egzekucji i jest nimi szczerze zachwycony. Niektóre posunięcia wyglądają jednak jak zwykła złośliwość, niesłużąca niczemu poza pokazaniem swojej siły. Tak jest choćby ze sprawą składu prezydium Sejmu.

Z kolei przeciwnicy PiS, niepomni na historię rządów bliskiego im obozu, podnoszą absurdalne larum i grzmią o upadku demokracji. Te tezy brzmią, jak gdyby dobiegały z oddziału zamkniętego w szpitalu psychiatrycznym, a karykaturalną postać przybrały w kabaretowej facebookowej inicjatywie Komitetu Obrony Demokracji, który jest tak bliski farsy, że można mieć podejrzenia, że ktoś założył go tylko dla żartu. Nic, co dotychczas zrobił PiS, nie uzasadnia takiego tonu.

Można sobie jednak postawić pytanie, czy przypadkiem Jarosław Kaczyński nie tego właśnie chce i czy nie na takiej reakcji mu zależy. Po co? Bo nieustający hałaśliwy opór drugiej strony mobilizuje zwolenników PiS i sprawia, że nie opada atmosfera walki. Jak to kiedyś celnie ujmował filozof Dariusz Karłowicz – chodzi o utrzymanie wyborców w stanie skonfederowania jak najdłużej się da, bo to zapewnia społeczne poparcie dla nawet bardzo radykalnych ruchów.

Można więc w końcu postawić pytanie: czy w nowej Polsce źle się dzieje? Otóż nie, na razie nie dzieje się źle. Forma może się nie podobać – bywa brutalna, ostentacyjne nieliczenie się z nawet bardzo umiarkowanymi głosami moderującymi jest ewidentne – ale po ośmiu latach zabagniania państwa przez PO radykalne ruchy można uznać za zasadne i potrzebne. Można przyjąć argument, że aby stworzyć dobrze działające państwo, trzeba najpierw skierować do stajni Augiasza rwącą rzekę, jak uczynił to Herakles.

Przejmując władzę, obóz neosanacji mówi obywatelom: teraz musimy zastosować radykalne metody, musimy pojechać po bandzie, nie łamiąc prawa, ale łamiąc to, co uznawano za obyczaj. Jeżeli ktoś miał nadzieję, że nowe rządy będą oznaczały powrót do dobrych praktyk, które zarzuciła Platforma, to trudno, musi się rozczarować. My na razie nie będziemy ich przywracać, ale po prostu odwrócimy poczynania poprzedniego obozu o 180 stopni.

PO zawłaszczyła sobie wybór sędziów TK? To teraz zawłaszczymy go sobie my. PO sprawiła, że PiS w minionej kadencji miało tylko raz przewodniczącego Komisji ds. Służb? To teraz nie będzie miała go wcale. I tak dalej. Teraz, k..., my – jak to kiedyś ujął w odniesieniu do innej sytuacji politycznej sam Kaczyński – tyle że w szlachetnym celu. W odróżnieniu od TKM w wykonaniu PO – wydają się mówić przedstawiciele nowej władzy – nasze TKM jest zasadne i gdy idzie o cele, uczciwe.

Kiedy pakiet demokratyczny

I z tym można się do pewnego stopnia zgodzić. Ale zarazem pojawia się zasadnicza, absolutnie podstawowa strategiczna wątpliwość wynikająca z paradoksu – jak pozwoliłem sobie to nazwać – uciekającego horyzontu: w którym momencie zacznie się przywracanie normalności?

Normalność – rozumiana jako prymat procedur nad nazwiskami, jako zapewnienie ciągłości instytucjonalnej państwa niezależnie od siły sprawującej władzę, jako przestrzeganie dobrych, choć niepisanych obyczajów – może się jednak okazać podobna do horyzontu. W jego stronę można, jak wiadomo, iść bez końca, ale nigdy nie zbliżymy się do niego ani trochę, choć wciąż będziemy go mieć w zasięgu wzroku.

Gdy ma się całą władzę, kalekie państwo do naprawienia i bardzo ambitne plany, istnieje ogromna pokusa, żeby tak właśnie potraktować cel, jakim jest owa normalność.

Z pewnością nie jest to priorytet dla zdecydowanej większości wyborców PiS. Jest jednak pewna ich część, wraz z grupą ludzi o nastawieniu autentycznie propaństwowym, która liczyła nie tyle na proste odwrócenie wektorów w sferze metod sprawowania władzy (bo nie celów), ile na autentyczną naprawę. Bycie fair wobec nich nakazywałoby nowej władzy jakąś deklarację w tej sprawie złożyć.

Dobrym początkiem byłaby zapowiedź, kiedy PiS zamierza przegłosować zaprojektowany przez siebie i odrzucony w poprzedniej kadencji pakiet demokratyczny, mający ułatwić funkcjonowanie opozycji. Jego uchwalenie politycy partii Jarosława Kaczyńskiego zapowiadali jeszcze przed wyborami. Dziś sprawa ucichła. Czy zatem gonimy horyzont, czy może cel jest jednak bardziej realny?

Autor jest publicystą tygodnika „W Sieci"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA