Publicystyka

Naiwni reformatorzy nauki

Jarosław Gowin i Piotr Müller z resortu nauki i szkolnictwa wyższego skrupulatnie pomijają krytykę swojego projektu reform
PAP, Paweł Supernak
Reforma Gowina oznaczać będzie marnotrawstwo środków, biurokratyzację, przerost punktozy, a nie jej ograniczenie. Będzie też kreować sztucznie badania dla wypełnienia rozmaitych limitów – pisze prof. Jan Hertrich-Woleński, filozof i logik.

Tak zwana (szumnie i na wyrost) Konstytucja dla nauki ma sprawić, że ewaluacja działalności naukowej będzie miarodajna i sprawiedliwa, a to dzięki stosowaniu trzech kryteriów: oceny dyscyplin (nie wydziałów lub instytutów), efektów finansowych (uznanych za mało ważne i słusznie, zwłaszcza w odniesieniu do humanistyki) i wpływu społecznego (rzecz bardzo ważna wedle wicepremiera Jarosława Gowina). Pierwsze ma opierać się na wartości naukowej publikacji. Opublikowany przewodnik po ewaluacji liczy 108 stron i informuje o szczegółach obliczania punktów za prace naukowe. Oto przykład (najprostszy):

X pracuje w podmiocie (np. na uczelni) cały okres objęty ewaluacją (2017–2020) i prowadzi działalność naukową w jednej dyscyplinie. Opublikował wspólnie z Y artykuł, za który przyznaje się 40 pkt. Zgodnie z rozporządzeniem, średnia wartość iloczynu wymiaru czasu pracy i udziału czasu pracy związanej z prowadzeniem przez X działalności naukowej w danej dyscyplinie wynosi: 1 (wymiar czasu pracy w 2017 r.) *1 (100% działalności w dyscyplinie w 2017 r.) + 1*1 (dla 2018 r.) +1*1 (dla 2019 r.) +1*1 (dla 2020 r.) / 4 = 1. Liczba publikacji takiego pracownika, uwzględnianych w ewaluacji, wynosi 4, gdyż: 4 * 1 (średnia wartość iloczynu wymiaru czasu pracy i udziału czasu pracy związanej z prowadzeniem przez daną osobę działalności naukowej) = 4. Za rzeczony artykuł naukowy podmiotowi zostanie przyznane 28,4 pkt. Jest wątpliwe, czy projektowana numerologia punktacyjna (jasna jak słońce i prosta jak parasol) ograniczy chorobę zwaną punktozą.

Biurokratyczne kuriozum

Ewaluacja wedle dyscyplin (na razie ich lista nie jest znana) jest skonstruowana niezbyt fortunnie. Warunkiem jest to, że dana dyscyplina jest reprezentowana w ocenianym podmiocie przez co najmniej 12 naukowców. Jeśli mniej, to będą oceniani wedle średniej dla całej jednostki. Przypuśćmy, że X opublikuje monografię w renomowanym wydawnictwie zagranicznym. Gdyby był jednym z 12, dostałby np. 200 punktów, a jeśli jest jednym z 11, dostanie np. 50. Znaczy to, że część dorobku naukowego idzie na marne. Jest rzeczą zdumiewającą, że ustawa 2.0 wprowadza swoisty kolektywizm do materii, która zależy od indywidualnego wysiłku jednego człowieka.

Reforma ma zapobiec ocenie wedle uśredniania wielu dyscyplin, mało ze sobą związanych, np. filozofii i socjologii. Ale to mitologia, bo niewspółmierność dyscyplin i tak pojawi się w globalnej ocenie podmiotów. Innym dziwactwem jest np. to, że dany pracownik ma przedstawić do ewaluacji cztery najlepsze publikacje z czterech ostatnich lat, przy czym nie wiadomo, kto ma to oceniać, nie mówiąc już o tym, że zwłaszcza w humanistyce, rzeczywista wartość publikacji ujawnia się po okresie dłuższym niż czterolecie. Znowu trzeba zauważyć, że część wysiłku naukowego pójdzie na marne. Innym wątpliwym wymaganiem jest przywiązanie punktacji artykułów do ich publikacji w czasopismach przyporządkowanych dyscyplinom wedle listy ministerialnej. Przewidywany margines swobody nie zmienia kuriozalności tej biurokratycznej reglamentacji.

Powyższe uwagi dotyczą wszystkich dziedzin nauki, ale w szczególności humanistyki, gdyż ilościowe wyceny jej wartości są rzeczą delikatną i skomplikowaną. Zmiany nie są korzystne dla mniejszych uczelni (publicznych i niepublicznych) z uwagi na minimum 12 osób. Już pojawiają się rugi, np. filozofii z programów nauczania, oraz presja, by pracownicy przekwalifikowywali się w celu wypełnienia limitu.

Dziwne rozumienie miarodajności i sprawiedliwości przebija z tych zasad. Wprawdzie obrońcy ustawy argumentują, że rektorzy mają swobodę kształtowania uczelni, którymi kierują, ale praktyka wskazuje, że – by sparafrazować Hegla – swoboda wyboru odbywa się zgodnie z uświadomioną koniecznością, w tym wypadku rankingową.

Nowe zasady ewaluacji są również motywowane potrzebą jej związania z prowadzonymi kierunkami studiów. Po pierwsze, nie dotyczy to podmiotów pozauczelnianych, a po drugie, specjaliści od ewaluacji jakoś nie dostrzegają, że czym innym jest dyscyplina badawcza (naukę uprawia się w jej ramach), a czym innym dyscyplina związana z kierunkiem studiów, co sprawia, że takie uzasadnienie dla wprowadzanej ewaluacji jest chybione.

Kryterium z PRL

O wpływie społecznym mają decydować eksperci Komisji Ewaluacji Nauki (dalej KEN). Na razie wiadomo tylko, kto ma zgłaszać kandydatów do tego gremium, ale nie, kto powołuje członków. Przypuszczalnie minister, ale to zapewne zostanie uregulowane w stosownym rozporządzeniu. Nie wiemy, czy eksperci będą powoływani z grona KEN czy też z zewnątrz. Tak czy inaczej ocena wedle wpływu społecznego źle się kojarzy. I nawet rzecz nie w tym, że kryterium to było (nad)używane w PRL, ale w braku jakiejś w miarę obiektywnej miary (nie są nią np. cytowania, bo rozmaite dewiacje w ich liczbie są powszechnie znane).

Wprawdzie nie należy z góry zakładać stronniczości ekspertów, ale trudno oczekiwać, aby nie podlegali swoim opiniom na temat tego, co jest ważne w danej dyscyplinie. Kontrowersje, a nawet jawne nieprawidłowości dotyczące rozmiaru wpływu danej publikacji są nieuniknione. Świadczą o tym np. decyzje w sprawie przyznania grantów w ramach konkursu „Pomniki polskiej myśli filozoficznej, politycznej i społecznej", w którym dwóm różnym uczelniom (za to katolickim) przyznano granty praktycznie na ten sam temat. Odrzucono m.in. projekt opracowania antologii Romana Ingardena, uzasadniając to tym, że widocznie ten filozof nie zasłużył na pomnik. Stosowanie kryterium wpływu społecznego w ocenie badań humanistycznych grozi podobnymi konsekwencjami, nawet jeśli rzadkimi, ich szkodliwość byłaby olbrzymia, bo podważałaby zaufanie do stosowanych kryteriów oceny. Dobrym testem w tej materii będą decyzje o rozdziale grantów w konkursie na publikacje związane ze 100-leciem odzyskania niepodległości.

Pomijana krytyka

Jarosław Gowin i Piotr Müller (wiceminister, obecnie robiący za głównego fachowca od jakości nauki) są zachwyceni ustawą 2.0 jako skutecznym remedium na wszystkie bolączki nauki i szkolnictwa wyższego. Ciągle powołują się na powszechne poparcie dla swoich pomysłów reformatorskich, dziękując za aplauz, ale skrupulatnie pomijając krytykę. A tej jest sporo, zwłaszcza wśród humanistów.

Świadczy o tym np. stanowisko przewodniczących komitetów naukowych Wydziału I PAN (nauki społeczne i humanistyczne) z czerwca, zwracające uwagę na zagrożenia płynące z nowych przepisów, np. dla mniejszych dyscyplin. Nadto, przedstawiciele nauk humanistycznych wielokrotnie zwracali uwagę kolejnym ministrom nauki i szkolnictwa wyższego na rozmaite problemy wymagające rozwiązania, w każdym razie innego niż przyjęte w ostatniej ustawie. Całkiem ostatnio rektorzy zaprotestowali przeciwko specjalnej ścieżce kariery dla sędziów z TK, SN i NSA, ale pp. Gowin i Müller zbyli problem milczeniem (ten drugi obecny w czasie głosowania nad stosowną poprawką w komisji senackiej ograniczył się do stwierdzenia, że nie jest upoważniony do jej komentowania).

Dobra ilustracją stosunku kierownictwa ministerstwa do opinii środowiska jest to, że wspomniane rozporządzenie ewaluacyjne zostało zacytowane w przywołanym poradniku jako źródło prawa, chociaż jeszcze nie obowiązuje (znajduje się mianowicie w fazie konsultacji). Skoro tak, to zapewne zakłada się, że konsultacje niczego nie zmienią. Ewaluacyjny poradnik polemizuje z zarzutami wobec ustawy 2.0, ale jest to wyłącznie retoryka wskazująca, że świetlana przyszłość nauki polskiej jest pewnikiem, a krytycy zwyczajnie nie rozumieją, w czym rzecz. Aby nie być stronniczym dodam, że część środowiska rzeczywiście wiąże nadzieje (słabnące z biegiem czasu) z wprowadzaną reformą.

Realne skutki reformy

W obecnym stanie nakładów na naukę (około 1 proc. PKB – zalecany poziom europejski to 2 proc.) można to i owo ulepszyć, ale nie zreformować gruntownie. Jarosław Gowin co prawda obiecuje, że nakłady zostaną zasadniczo zwiększone, ale skoro unika operowania procentami, a posługuje się wartościami bezwzględnymi, można to traktować jako propagandowe obiecywanie gruszek na wierzbie. 700 mln czy nawet 1,2 mld robi wprawdzie spore wrażenie, ale to drugie stanowi tylko 0,6 promila PKB. Łatwo obliczyć, ile lat potrzeba, aby osiągnąć wspomniane 2 proc., ale należy też wziąć pod uwagę wcale niepewną stabilność koniunktury gospodarczej. A prawda jest taka, że jeśli jakieś uregulowanie prawne może przynieść złe skutki, jest duże prawdopodobieństwo, że przyniesie, zwłaszcza w sytuacji niedoboru finansowego.

To, co można racjonalnie przewidywać, obejmuje m.in. marnotrawstwo środków, biurokratyzację nauki, przerost punktozy (a nie jej ograniczenie), kreowanie sztucznych badań dla wypełnienia rozmaitych limitów, upadek mniejszych uczelni, wzrost napięć środowiskowych itd. Nauki ścisłe, przyrodnicze, techniczne i medyczne jakoś sobie poradzą. Humanistyka jest w gorszej sytuacji. Nie chcę sugerować, że nauka i szkolnictwo wyższe w Polsce nie wymagają reform. Jest wręcz przeciwnie. Natomiast wiara w to, że jeśli dogłębnie (i biurokratycznie) uregulujemy naukę, to zaraz osiągniemy doskonałość w nauce, a przynajmniej jej wyspy tu i ówdzie, jest naiwna. W ogólności warto poczekać na realne skutki prawa o szkolnictwie wyższym, a nie nachalnie chwalić dzień przed zachodem słońca. ©?

Autor jest filozofem, profesorem zwyczajnym Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL