Publicystyka

Płociński: Sezon na Biedronia

Fotorzepa, Piotr Wittman
Nowa partia, którą organizuje prezydent Słupska, nie wniesie wcale żadnej „nowej jakości” do polskiej polityki. Wręcz przeciwnie. Wszystkie te „nowoczesne siły” stają się strasznie przewidywalne – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

Robert Biedroń słucha najlepszych doradców. Każdy z jego strategów doskonale zna mechanizmy marketingu politycznego i wie, jak stworzyć partię, która z przyzwoitym wynikiem wejdzie do Sejmu. Szczególnie że to często ci sami doradcy, którzy tworzyli poprzednie liberalne partie kanapowe. Nie jest trudno zdefiniować, czego oczekują zawiedzeni polityką Polacy. Tak samo nietrudno stworzyć partię, która w ostatniej chwili, tuż przed wyborami, ich oczaruje. W zasadzie potrzeba jedynie pieniędzy. Udało się to Januszowi Palikotowi i Ryszardowi Petru – może się udać i Biedroniowi. Zmęczenie liberalnymi elitami widoczne jest nie tylko u prawicowych wyborców, ale także po liberalnej stronie.

Recepta jest banalnie prosta: gra na społecznych emocjach, nowa i lubiana twarz, bardzo ogólnie nakreślone cele, podzielane przez ogół społeczeństwa. I wrażenie swoistego profesjonalizmu, jak np. technokratyczne znawstwo Petru czy szczere społeczne zaangażowanie Palikota. Program? Nie ma nic bardziej ryzykownego niż zdeklarowanie się po konkretnej stronie. Np. na Janusza Palikota w 2011 r. głosowali tak młodzi korwiniści, jak i ludzie o nastawieniu skrajnie lewicowym. I wszyscy wierzyli, że to „ich” partia. Gdy politolodzy wskazują, że Biedroń musi dokonać ważnego wyboru: geje czy koleje, czyli postawić na twarz lewicy liberalnej (kawiorowej) lub lewicy socjalnej, będącej blisko Polaków i ich problemów, w zasadzie doradzają mu polityczne samobójstwo. Biedroń musi być lubiany przez wszystkich.

Pomóc mu mają nowe, nieskompromitowane twarze, plus kilka wyborczych lokomotyw. Nie program i poglądy mają ich trzymać w kupie, a polityczne cele. Nie ma co budować tzw. dołów partyjnych: nawet nie, że brakuje czasu czy pieniędzy, ale doły to sobie niech buduje Partia Razem, która może ryzykować: zrażać wyborców na każdym spotkaniu, stawiając konkretne postulaty i uderzając w jednostkowe interesy. Partia Biedronia musi łączyć ponad podziałami.

Czy połączy? Biedroń ma trudniej niż Palikot czy Petru. Zmęczenie PO jest pewnie jeszcze większe niż wcześniej, ale społeczny klimat na „nowość” rzeczywiście tym razem może nie zaistnieć. Liberałowie grają na „jedność”, a na razie Biedroń nie ma pomysłu, jak odpowiedzieć na ataki, że rozbija jedność opozycji. Liberalne media są skłonne przełknąć żabę i wspierać jednoczenie się PO i Nowoczesnej, za to odpuścić tradycyjne gorące poparcie dla kolejnej nowej, „tym razem na pewno poważnej” liberalnej partii kanapowej.

Z drugiej strony Robert Biedroń ma niezaprzeczalne atuty z punktu widzenia liberalnego wyborcy: pokazuje się jako poważniejszy polityk niż Palikot czy Petru, o co, chciałoby się powiedzieć, nietrudno, a jednak choćby Rafał Trzaskowski w swej kampanii udowadnia, że może z tym być różnie. A takie są oczekiwania liberalnych wyborców: nowość nowością, ale jak mają już oddać na kogoś głos, muszą wierzyć, że to prawdziwy profesjonalista. Dla Biedronia lepiej by było, gdyby w Słupsku spędził przynajmniej dwie kadencje i naprawdę miał się czym pochwalić, ale nie bądźmy surowi: liberał, który zna prowincję, dobry mówca, sprawdzony działacz, inteligenty i pracowity polityk, po prostu poważny człowiek, a do tego dowcipny i dobrze czujący się twarzą w twarz z wyborcami, postępowy gej z może niezasłużoną, ale jednak – łatką wrażliwego lewicowca. Robert Biedroń zostawia liberalną konkurencję w przedbiegach.

Tylko że jego ugrupowanie skończy tak samo jak wszystkie podobne wcześniej, bo takie „nieestablishmentowe” liberalne inicjatywy wcześniej czy później skupiają jak w soczewce wszystkie problemy, z jakimi zmagać się muszę liberalni wyborcy. Naiwni wyborcy, bo taka już ich dola, że wciąż przy urnach trzyma ich nadzieja na zmianę. Ugrupowanie Biedronia nie dotrwa do końca kadencji, bo buduje on partię-wydmuszkę na jeden sezon. Trudno o polityków odpowiedniego formatu, jeśli będzie się ich do partii brało z łapanki. Trudno, by struktury działały, jeśli siłą rzeczy ludzi nic nie będzie łączyć. I wreszcie trudno coś zmienić, jeśli w zasadzie nie chce się zmieniać niczego. Prezydent Słupska nie uprzątnie naszego bałaganu, wręcz to właśnie on stanie się nowym-starym problemem.

Po kilku latach wyborcy znów będą łapać się za głowę, nie dowierzając, że na taką partię zagłosowali. Ale jakie inne wyjście mają w dzisiejszym systemie wyborczym, jeśli nie naiwnie liczyć na zmianę, nowość, nową jakość? Politolodzy nie mają wątpliwości: samoistnego powrotu do polityki robionej na poważnie w czasach internetu nie będzie. Może więc czas coś zmienić i dostosować system polityczny do realiów, bo ten, który sprawdzał się w erze przemysłowej, dziś ośmieszany jest na każdym kroku.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL