fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Plemienne obsesje

Estera Flieger
archiwum prywatne
Debata historyczna na temat stosunków polsko-żydowskich podczas II wojny światowej nie istnieje – pisze publicystka ngo.pl.

Polacy zajmowali wobec Zagłady szereg postaw, ale silna polaryzacja spłaszcza obraz przeszłości do dwóch skrajnych. Na dodatek wojna polsko-polska przynosi ze sobą zjawisko projekcji poglądów politycznych na historię i wymusza zaciągnięcie się do którejś z armii: deklaracje stawiane są ponad naukę historyczną, a przede wszystkim okazują się być ważniejsze od samego aktu pamiętania.

Przejaskrawione obrazy

Podczas gdy jedna strona sporu jest niebezpiecznie blisko stwierdzenia, że Polacy masowo mordowali Żydów, a Polska współorganizowała Holokaust, druga usiłuje przekonywać, że wszyscy ratowali sąsiadów. Pierwsi są perswazyjnie przeciwskuteczni. Deklarując – skądinąd potrzebny – krytyczny namysł nad dziejami, poprzez pozbawiony empatii sposób, w jaki się komunikują, oddalają społeczeństwo od poznania ich najtrudniejszych rozdziałów, wywołując u niego szereg reakcji obronnych. Drudzy mijają się nawet z własnymi priorytetami w agendzie polityki pamięci, umniejszając heroizm tej garstki, która niosła pomoc, a niewątpliwie zasługującej na przywrócenie i uznanie, co więcej, zupełnie zniechęcając do historii i w ten sposób urealniając ryzyko wybicia wahadła w drugą stronę.

Postępowi intelektualiści (a pożyczam to określenie od Pawła Hertza) dekonstruują dla samego aktu dekonstrukcji, bo mają – jak pisał 29 lat temu w tekście „Ojczyzna" Marcin Król – alergię na słowo „naród". Drudzy, obsesyjnie nadający wszystkiemu narodowy charakter, piszą prostą czytankę drukowanymi literami, bo przecież „wstajemy z kolan".

Przerysowuję? Prof. Jan Grabowski oznajmia, że „bez pomocy Polaków ludobójstwo na taką skalę nie byłoby możliwe". Zainstalowana przez PiS w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku dyrekcja stawia na wystawie stałej multimedialny ekspozytor z prezentacją, z której wynika, że Polacy uratowali od kilkudziesięciu do 100 tysięcy Żydów, podczas gdy badania dr. hab. Dariusza Libionki (a nawet ustalenia dobrozmianowego wicedyrektora placówki dr. hab. Grzegorza Berendta) dowodzą, że tylu nie przeżyło wojny na terenie okupowanej Polski.

Przyjmowany obraz stosunków polsko-żydowskich służy wzajemnej i własnej identyfikacji. Nie jest to nic nowego: „Stosunek do »Sąsiadów«, »Strachu« czy »Złotych żniw« jest dziś w przestrzeni publicznej kamieniem probierczym przynależności plemiennej. Pytanie »co sądzisz o Grossie« stało się (...) tajnym hasłem, pozwalającym na odróżnienie »swoich« od »obcych«" – pisał w „Turbopatriotyzmie" dr hab. Marcin Napiórkowski. Z tym że w stosunku do debaty, dla której katalizatorem okazały się kolejne prace Jana Tomasza Grossa, nastąpił bardzo głęboki regres. Dyskusja, która toczyła się 20 lat temu, po pierwsze, w ogóle miała miejsce; po drugie, brały w niej udział osoby (i instytucje), których dialog dziś nie jest już możliwy; po trzecie, była przynajmniej o czymś, bo o historii stosunków polsko-żydowskich, ale też o tym, czy i jaką politykę historyczną prowadzić.

W doskonały i pełny sposób, odpowiadając prof. Andrzejowi Nowakowi, spuentował toczący się wówczas spór na temat tego, co powinno mieścić się w polskiej opowieści o II wojnie światowej, prof. Paweł Machcewicz: „I Westerplatte, i Jedwabne". Prezydent Aleksander Kwaśniewski zaś, wygłaszając w 60. rocznicę popełnionej przez Polaków zbrodni w Jedwabnem jedno z najważniejszych przemówień historycznych (i nie tylko) po 1989 roku, znalazł mądrą formułę dla pojednania.

Podbudowywanie ego

Dziś Zagładą się okładamy. Jedni będą przyklaskiwać – lub co najmniej to bagatelizować – kiedy Polsce coraz częściej i śmielej przypisuje się współodpowiedzialność za Holokaust, tylko dlatego, żeby nie być po stronie tych, którzy się na to nie zgadzają, bo albo mają ich za nacjonalistów, albo jest im z nimi politycznie nie po drodze, a najpewniej wszystko naraz. Drudzy będą stawiać swojego ulubionego chochoła „pedagogiki wstydu", doszukiwać się niemieckiej agentury i wykluczać ze wspólnoty wszystkich tych, którzy od wykrzykników wolą znaki zapytania.

Wektor skrajnych (podkreślam: skrajnych) narracji ukierunkowany jest nie na ofiary, pamięć i naukę historyczną, ale na „ja". Ma służyć – odmiennie rozumianemu – samozadowoleniu, podbudowie postępowego lub narodowego ego i uderzeniu w inaczej myślących czy nawet realizacji celów politycznych.

Niemożliwa w warunkach wojny polsko-polskiej okazała się debata nad wydaną w 2018 roku książką „Dalej jest noc" – wydarzenie historiograficzne stało się dzisiejszym „kamieniem probierczym przynależności plemiennej". Wiem, że niektórzy z badaczy zrezygnowali z zabrania głosu w obawie przed przypisaniem do konkretnego obozu. Za porażkę współczesnej Polski uznaję to, że w jednym panelu dyskusyjnym nie spotkali się ze sobą historycy i historyczki IPN oraz naukowcy i naukowczynie z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Wszyscy zamknięci we własnych bańkach. Z tym że to tych drugich TVP nazwała „bolszewią", a pierwsi nie protestowali, jakby nie rozumieli, że obrona w tak obrzydliwy sposób zaatakowanej autonomii nauki historycznej jest również w ich interesie, i godzili się z rolą pionków w rękach polityków prawicy, podporządkowujących historię bieżącemu interesowi wyborczemu.

Czy naprawdę nie jesteśmy w stanie się umówić, że istnieje obszar wolny od politycznej awantury? Nie jestem na tyle naiwna: znam odpowiedź, ale nie mogę się z nią pogodzić.

Autorka jest dziennikarką, publicystyką, szefową opinii portalu ngo.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA