fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Silna Polska, mądrze zdecentralizowana

Partia, która wygrywa jedne wybory, nie powinna narzucać swoich przekonań automatycznie całemu krajowi
Reporter, Karolina Misztal
Wyniki wyborów z ostatnich 30 lat wyraźnie wskazują, że nasze różnice polityczne mają widoczny wymiar geograficzny. A co, gdybyśmy odpowiedzialność za dzielące nas kwestie sporne przekazali władzom samorządowym? – piszą twórcy projektu Zdecentralizowana Rzeczpospolita.

Co sprawiło, że autorzy tego komentarza – konserwatywny badacz historii najnowszej, lewicowy specjalista od zarządzania publicznego i centrowa badaczka źródeł siły państw – podpisują się pod wspólnym tekstem? Co sprawiło, że wraz z ponad setką podobnie zróżnicowanych (od lewa do prawa) naukowców, ekspertów, samorządowców i działaczy społecznych stworzyliśmy ponadpartyjny projekt reform naszego kraju: Zdecentralizowaną Rzeczpospolitą (www.ZdecentralizowanaRP.pl)?

Niezależnie od naszych głębokich różnic dostrzegamy w obecnym kryzysie politycznym pewien paradoks. Jeśli chodzi o strategiczne priorytety naszego kraju, Polska to kraj ogromnego sukcesu. Jesteśmy członkami i beneficjentami Unii Europejskiej i NATO, a naszą przyszłość w tych organizacjach popiera zdecydowana większość obywateli. Gospodarczo mamy się świetnie, łącząc dynamiczny wzrost ze społeczną zgodą na państwo zapewniające podstawy bezpieczeństwa socjalnego. Nie dzielą nas, tak jak w Stanach Zjednoczonych, fundamentalne pytania, w stylu „czy chcemy publicznej służby zdrowia?". Nie mamy tak jak w Hiszpanii ruchów separatystycznych. Łączy nas też językowo i kulturowo dużo więcej niż obywateli wielu państw europejskich.

Podział na dwa obozy

A jednak, mimo tych cech wspólnych, jesteśmy uczestnikami plemiennej wojny politycznej, która z każdym rokiem coraz bardziej zatruwa i niszczy nasze państwo. Dlaczego tak jest? Bo oprócz łączących nas strategicznych interesów Rzeczypospolitej – niepodległości, bezpieczeństwa, gospodarczego doganiania Zachodu – istnieje kategoria ważnych spraw spornych. Chodzi tu o kwestie obyczajowe, prawa mniejszości, stosunek do historii, szczególnie tej najnowszej, wychowanie dzieci i system edukacji, rolę Kościoła w życiu publicznym, a także niektóre kwestie ekonomiczne (np. wiek emerytalny). Określanie tych tematów jako zastępczych wypacza istotę problemu. Ponieważ dla większości wyborców kwestie te są istotne a różnice autentyczne, trudno w tych sprawach o kompromis.

Nasz obecny, scentralizowany system polityczny wyjątkowo źle radzi sobie z zarządzaniem konfliktem w tych kwestiach spornych. W dzisiejszych warunkach niewielka przewaga w wyborach parlamentarnych (zazwyczaj rzędu pięciu punktów procentowych) daje zwycięzcy wszystko: władzę ustawodawczą, dostęp do mediów publicznych, środki ze spółek Skarbu Państwa. Ten system powoduje, że Polacy grupują się w dwa obozy, które umownie możemy nazwać „progresywnym" i „konserwatywnym". Co więcej, ponieważ przewaga strony rządzącej jest niewielka, pojawia się pokusa wykorzystywania instytucji państwa do osłabienia i delegitymizowania opozycji. W gronie autorów tego tekstu mocno różnimy się w ocenie zagrożeń płynących z tego typu działań podejmowanych przez dzisiejszy i poprzednie rządy. Zgadzamy się jednak co do ogólnej konkluzji: niezależnie od wyników wyborów w obecnym scentralizowanym systemie władzy duża część Polaków nie czuje się we własnym państwie gospodarzem. Gdy Polska progresywna nieznacznie wygrywa wybory parlamentarne, konserwatywni Polacy czują się wykluczonym i poniżanym „ludem smoleńskim" czy „moherowymi beretami". Gdy rezultat jest odwrotny, liberalni obywatele czują się stygmatyzowani jako zapatrzone w Zachód „lemingi" i „gorszy sort".

Strategiczna zmiana

I tu pojawia się nasz postulat strategicznej decentralizacji. Dotychczasowe reformy samorządowe decentralizowały (z powodzeniem!) rzeczy stosunkowo niekontrowersyjne, symboliczne łatanie dziury w drodze. A co, gdybyśmy tę logikę odwrócili? Gdybyśmy władzom samorządowym – przede wszystkim nie do końca dziś „wykorzystanym" władzom wojewódzkim – przekazali odpowiedzialność za dzielące nas kwestie sporne?

Wyniki wyborów z ostatnich 30 lat wyraźnie wskazują, że nasze różnice polityczne mają widoczny wymiar geograficzny. W polityce północno-zachodnia Polska jest bardziej progresywna, a południowo-wschodnia – raczej konserwatywna. Podobne różnice występują też np. w kwestii religijności. Istnieją przy tym różne odcienie regionalnych podziałów, a w niektórych kwestiach różnice rozkładają się w inny sposób. Decentralizacja kwestii spornych pozwoliłaby nam jednak wyzwolić się z logiki „gry o wszystko".

Dziś, gdy słyszymy, że Podkarpackie chce całkowicie zakazać aborcji, a Gdańsk finansuje in vitro, brzmi to dla nas dziwnie a nawet niepokojąco. Częściowo jest to efekt przyzwyczajenia do centralizmu, sięgającego korzeniami przede wszystkim PRL. Jednak jest jeszcze głębszy problem: nad tymi lokalnymi eksperymentami wciąż unosi się widmo wszechmocnej władzy w Warszawie. Gdy Rafał Trzaskowski ogłasza wprowadzenie standardów WHO w edukacji seksualnej w warszawskich szkołach, konserwatywni Polacy obawiają się, że pewnego dnia standardy te mogą – wbrew lokalnym wrażliwościom – być wprowadzone do szkół w całej Polsce. Tej obawy nie byłoby, gdyby programy nauczania co do zasady regulowane były na poziomie województw. Wiele państw, w tym Niemcy, Szwajcaria, Wielka Brytania, nie ma centralnych, krajowych programów nauczania.

Ogromną przewagą takiej strategicznej decentralizacji dzielących Polaków kwestii spornych jest to, że nie proponujemy tu zgniłego kompromisu. W Zdecentralizowanej Rzeczpospolitej żadna ze stron nie musi rezygnować ze swoich wartości. Nasz pomysł nie oznacza, że Podkarpacie na zawsze pozostanie konserwatywne, a Pomorze liberalne. W każdym województwie lewica, liberałowie, ludowcy, konserwatyści i narodowcy będą mogli ostro konkurować o głosy wyborców. Różnica jest jedna: partia, która wygrywa kilkoma punktami procentowymi jedne wybory (parlamentarne), nie będzie mogła narzucić swoich przekonań automatycznie całemu krajowi. Politycy i działacze społeczni będą musieli się napracować, by do swych rozwiązań przekonać wyborców w każdym województwie z osobna.

Szczegóły reform

Nie mamy wątpliwości, że na takim odciążeniu od spraw spornych władza centralna w Warszawie skorzysta. Jej uwaga skupi się na łączących nas fundamentalnych interesach Rzeczypospolitej – na rozwiązywaniu coraz bardziej skomplikowanych problemów bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, walce o miejsce Polski w Europie, energetyce, infrastrukturze, a także zapewnieniu ochrony zdrowia i godnych świadczeń emerytalnych.

Stworzenie silniejszych samorządowych województw może też, podobnie jak np. w Szwajcarii, stać się okazją do wzmocnienia demokracji bezpośredniej i upodmiotowienia obywateli. Coroczne elektroniczne referendum wojewódzkie mogłoby, na przykład, decydować o sposobie wydatkowania środków z programu 500+. W jednym województwie mógłby być to system dotychczasowy, w innym – 350 zł na pierwsze, a 800 zł na trzecie dziecko; w jeszcze innym – 473,50 zł na każde dziecko oraz budowa dziesięciu nowych żłobków.

Dodanie bardziej „politycznej" władzy do dzisiejszych głównie „administracyjnych" kompetencji samorządów przyczyni się do poprawy jakości usług publicznych w wielu obszarach. W szkolnictwie wyższym przechodzimy na przykład reformę ministra Gowina. Skutki tej i wielu innych reform i wielkich ogólnopolskich strategii są zawsze trudne do przewidzenia. Potrzeby uniwersytetów Jagiellońskiego i Zielonogórskiego, a także oczekiwania lokalnych społeczności i przedsiębiorców względem tych uniwersytetów są inne. O ile sensowniej byłoby, gdyby nowe rozwiązania były testowane przez różne województwa w odpowiedzi na lokalne potrzeby i priorytety!

Czy proponowane zmiany oznaczają zmianę ustroju unitarnego na federalny? Nie. Zakładamy, że władza centralna wciąż nadzorowałaby legalność działań samorządu, a w skrajnych przypadkach mogłaby odwołać władze samorządowe. W ramach konstytucji z 1997 roku tę funkcję nadzorczą sprawuje premier, ale uważamy, że warto rozważyć, by w przyszłości uprawnienie to przenieść na prezydenta, którego pochodzący z wyborów powszechnych mandat szczególnie predestynowałby do bycia strażnikiem spójności państwa.

Sporo do przemyślenia

Nasza propozycja wywołuje rzecz jasna szereg pytań. W jaki sposób wprowadzić nasze zmiany i które z nich mogłyby wejść w życie bez nowelizacji konstytucji? Jak zachować minimalne ogólnopolskie standardy w obszarach zdecentralizowanych? Jak zabezpieczyć pozycję gmin względem wzmocnionych województw? Jak zapewnić finansowanie województw i nie doprowadzić do zwiększenia nierówności międzyregionalnych? Czy nasza propozycja mogłaby pomóc rozwiązać ogólnokrajowy spór o niezależne instytucje, w tym sądy? Od niemal roku pracujemy nad odpowiedziami na te pytania. Efektem jest m.in. projekt Karty wojewódzkiej – podstawowego aktu wojewódzkiego prawa miejscowego – dostępny na naszej stronie internetowej. Elementy tej propozycji będziemy przedstawiać w kolejnych tygodniach.

Jesteśmy przekonani, że 30 lat po upadku komunizmu, nasze państwo dojrzało do poważnej debaty o kolejnym etapie zmian ustrojowych. Państwa, które Polacy słusznie uważają za silne – Stany Zjednoczone, Niemcy, Kanada, Szwajcaria, większość państw skandynawskich – to państwa mądrze zdecentralizowane (zarówno w formule unitarnej jak i federalnej). Przy wszystkich różnicach, im większa zgoda wokół strategicznych priorytetów władzy centralnej, tym silniejsze jest dane państwo w obronie swych interesów, w tym na arenie międzynarodowej. Odrzućmy mity, że w bliżej określonej przyszłości nawrócimy/oświecimy inaczej myślących Polaków. Skoncentrujmy się na poziomie centralnym na robieniu dobrej i profesjonalnej roboty w obszarach, które nas łączą, a o reszcie pozwólmy decydować obywatelom i ich wojewódzkim wspólnotom.

Anna Wojciuk jest dr. hab. politologii na UW, Maciej Kisilowski profesorem prawa i zarządzania publicznego na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim, a Antoni Dudek profesorem historii na UKSW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA