fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Karwelis: Macron to Petru, któremu wyszło

AFP
Zwycięstwo antyrządowej koalicji w wyborach parlamentarnych skończy się ulicznymi protestami – przekonuje działacz ruchu Polska Fair Play.

Obrazki z „żółtymi kamizelkami" (a właściwie Żółtymi Kamizelkami) z Paryża nastrajają do refleksji. Wielu komentatorów zwraca uwagę na wyjątkowość tego ruchu, który zdaje się być fenomenem wymykającym się współczesnym podziałom. I nie dziwota – problemy dzisiejszej polityki dalekie są od XIX-wiecznych rozróżnień na lewicę i prawicę, które medialna narracja wciska odbiorcom. Wielu – chyba słuszniej – upatruje w tym zjawisku odruch sprzeciwu wobec alienacji elit w liberalnej demokracji. Odruch, nie ruch, bo to odruchy są nieuświadomione. Kamizelkarze są bowiem ludowi – bez lidera, bez programu, bez narracji trudno z nimi polemizować, ale też trudno się od nich dowiedzieć, czego właściwie chcą. Bo tego, że nie tylko obniżenia cen benzyny – to pewne.

Francuski Petru

Wróćmy do źródeł. Jest rok 2017. Poprzedni prezydent Francji kończy swą kadencję przy procencikach poparcia. V Republika dogorywa, gdyż zdaje się, że jej formuła się wyczerpała. Sondaże przedwyborcze pokazują dwie złowrogie tendencje – rosnącą popularność wcielonego zła sceny politycznej we Francji, czyli prawicowej Marine Le Pen, oraz, o zgrozo, potwierdzony społecznie fakt, że żadna z ówczesnych sił przegniłego systemu nie jest w stanie podnieść rękawicy rzuconej przez prawicę. Spełnia się proroctwo Houellebecqa wyrażone w książce „Uległość". W powieści triumfowała prawica, zaś obecny system polityczny jednoczył się pod hasłem „wszystko tylko nie ONA". Francuski establishment łączy jeden postulat, a właściwie jedyny postulat: eliminacja przeciwnika. W „Uległości" na alternatywę strasznej prawicy zostaje wybrany muzułmański prezydent. W rzeczywistości AD 2017 wystawiony zostaje Emmanuel Macron.

Jego kariera przypomina mi wcześniejsze dokonania... Ryszarda Petru, z tym że jest to francuski Petru, któremu wyszło. Pełno tu analogii. I jeden, i drugi, zanim otworzyli usta, mieli dwucyfrowe poparcie. I jeden, i drugi zaczynali dosłownie na kilka miesięcy przed kampanią, co dowodzi słuszności analizy wyjściowej – jak na półkach sklepowych: liczy się świeżość, zwłaszcza w obliczu dotychczasowej monotonii oferty. I jeden, i drugi mają emulować nowe, pozasystemowe otwarcie, wyjście poza nudny już paradygmat uprawiania polityki. Ma być od nowa, ale z elementami stabilności i kontynuacji. Obu panów wystawia i sponsoruje finansowy establishment, który widzi, że popierana dotychczas formuła znudziła się już wyborcom. I tak jak w przypadku Ryszarda Petru jest to inna nazwa na formułę Platformy Obywatelskiej 2.0, tak w przypadku Macrona jest to de facto propozycja Republiki 5.1. Ma się dużo zmienić, by wszystko zostało po staremu.

Tę narracje kupuje elektorat czekający na zmiany, ale obawiający się ich rewolucyjnych i niepewnych konsekwencji, a zwłaszcza prawicowej alternatywy. Prezydentem Francji zostaje produkt marketingowy, czysta postać narracji jako przejawu współczesnej (post)polityki. Macron „mądrze milczy", więc kilka miesięcy po wyborach prezydenckich zaufanie wyborców przekłada się na wybory parlamentarne i jego ugrupowanie, o rocznym żywocie, otrzymuje bezwzględną większość w parlamencie. Zwycięża ugrupowanie de facto bez programu, który symbolizuje „konkretna" nazwa (Naprzód!). Wraz z prezydentem tworzy układ jeszcze bardziej zamknięty niż ten, przeciwko któremu powstało.

Rządy pozorów

Przy tak „narracyjnym" podłożu programowym nietrudno się dziwić, że rządzenie takiego ugrupowania polega praktycznie na narracyjnych gadżetach. Trudno się oddzielić od własnego DNA. Prezydent Macron bardziej się udziela w UE, bo o niebo łatwiej jest głosić wzniosłe dyrdymały o posłannictwie Europy, niż zmagać się z lokalnymi, francuskimi problemami, których rozwiązywanie nie przysparza popularności. Dla Francuzów zawsze można poudawać obrońcę ich interesów, wskazując wspólnego wroga, na miano którego mogą zasłużyć np. polscy kierowcy, którzy w tirach francuskiej produkcji odbierają pracę francuskim kierowcom. Ruchy są przyczynkarskie z jednym wyjątkiem – trzeba oddać sponsorom przysługę za przysługę i Macron bardzo szybko obniża podatki najbogatszym.

W ten sposób otwierają się nożyce francuskiego problemu. Skoro z góry nie idą podatki, zaś dół drabiny społecznej utrzymywany jest na wysokim poziomie socjalu wzmacnianym jeszcze wydatkami na imigrantów to po środku musi się pojawić problem. Bo to środek (oprócz długu publicznego) finansuje tak powstały deficyt. Z politycznego punktu widzenia Żółte Kamizelki są bowiem fenomenem buntu podatników, którzy mogą protestować wyłącznie w soboty, bo w pozostałe dni muszą pracować, by sfinansować tak dysfunkcyjny system. (To też ciekawe zjawisko, bo nikt do tej pory nie zastanawiał się, gdzie pracują ci, co protestują w czasie pracy). O zgrozo, postulaty kamizelkowców są roszczeniowe, nie systemowe, co może doprowadzić francuskie finanse do zapaści, bo kto sfinansuje żądania jedynego płatnika?

Polskie podobieństwa

Mamy tu pełną analogię, ale nie teoretycznej sytuacji typu „gdyby Petru miał taką władzę". Myślę tu o scenariuszu za rok, czyli ziszczeniu się polskiej formuły „wszystkie ręce na pokład przeciwko Kaczyńskiemu, a potem się pomyśli". Niestety wychodzi mi, że POTEM to będą już polskie kamizelki (i to chyba innego koloru). Jeżeli bowiem do władzy wróci PO, to niezawodnie odrodzą się poprzednie demony. W kompletnym rozrzuceniu programowym koalicji strachu jedynym elementem spajającym jest wróg – Prezes, a ten zwornik zniknie po zwycięskich dla PO wyborach. Jedynym elementem stabilizującym państwo w tym układzie będzie „powrót do źródeł", czyli odrodzenie się wielopiętrowego klientelizmu, który był za poprzednich rządów rzeczywistym przejawem organizacji państwa. Stary układ upomni się o swą rentę. Z drugiej strony nowa-stara władza nie będzie miała szans na zerwanie z programami transferów socjalnych zapoczątkowanych przez PiS, bo wtedy nie będzie miała na ulicach ludzi w kamizelkach, ale matki z wózkami. I to od razu.

Zwycięska koalicja będzie więc kontynuować rozwieranie budżetowych nożyc a la Macron. Oligarchie wezmą swoją kompradorską rentę, doły swój socjal, a za wszystko znów zapłaci klasa średnia, a właściwie aspirujący do niej pracownicy najemni. Finanse tego nie wytrzymają i zobaczymy polskich podatników na polskich ulicach. Tak to się zawsze kończy, kiedy zamiast polityki uprawia się opowieść, jak to by się nie rządziło, gdyby nie ci straszni populiści. Można się tak bujać w opozycji, ale kiedy suweren da władzę i powie „sprawdzam" nie można już udawać. To jak z odpływem morza – dopiero kiedy przychodzi, widać, kto pływał bez majtek.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA