fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Andrzej Zybała: Polityka cynizmu

Andrzej Zybała
Fotorzepa/Robert Gardziński
To obywatele powinni wymuszać lepszy klimat moralny na politykach. Wtedy będą myśleć nie tylko o karierze, lecz również o społeczeństwie – pisze profesor SGH.

Cynizm polityków – według brytyjskiego „The Economist" – jest źródłem kryzysu demokracji, który dręczy wiele państw Zachodu. „Cynizm dołuje demokrację. Partie pękają i dążą do skrajności. Populiści przekonują wyborców, że system źle im służy, i podkopują go dalej. Idzie od złego do gorszego".

Kilka dekad temu 70–80 proc. Amerykanów ufało państwu, a ostatnio zaledwie ok. 20–30. Z kolei prawie 70 proc. Amerykanów i Francuzów mówi, że politycy są skorumpowani. A prawie każdy kraj zaliczył, mniejszy czy większy, skandal korupcyjny.

Brytyjscy dziennikarze jako przykład polityki cynizmu podają Węgry. Tam poprzedni premier Ferenc Gyurcsány (urzędował w latach 2004–2009) przyznał w prywatnej rozmowie, że jego rząd okłamał wyborców, aby wygrać wybory. Z kolei jego następca Viktor Orbán nie tyle zabrał się do naprawy podupadłego morale klasy politycznej, ile raczej zaczął wykorzystywać jej zepsucie, w tym skłonność do manipulowania, podatność na podziały, uprzedzenia, stereotypy itp. Dzięki temu może podporządkowywać sobie różne instytucje państwa.

W Polsce również utrzymuje się bardzo niskie zaufanie do instytucji publicznych, zwłaszcza do partii politycznych – ufa im tylko 23 proc. Polaków, a władzy ustawodawczej – 34 proc., Trybunałowi Konstytucyjnemu – 24 proc., urzędnikom – 54 proc. (dane CBOS z 2018 r.).

Wyborców zniechęcają cyniczne walki, upolitycznienie instytucji, manipulacje, hejt i operowanie fake newsami. Dochodzi do skrajnego nadużywania władzy, o czym świadczyła m.in. afera wokół Komisji Nadzoru Finansowego, nadużywanie stanowisk w innych instytucjach czy przesadne wynagrodzenia choćby w Narodowym Banku Polskim.

Moralna infrastruktura

Będąc realistą, stwierdzam, że politycy działają w sposób moralny o tyle, o ile potrafią to od nich wydusić wyborcy. Nie jest tak, że dany polityk ma jakieś wrodzone negatywne cechy. Jego zachowania kształtuje klimat moralny w polityce i w społeczeństwie. Dlatego rolą obywateli jest wymuszenie lepszego klimatu moralnego w polityce. Wówczas polityk będzie w stanie służyć nie tylko swojej karierze, ale również nam, społeczeństwu.

Aby tak się stało, konieczna jest – jak to określił prof. Piotr Sztompka – „moralna infrastruktura demokracji". Taka, jego zdaniem, nie powstała po 1990 r. Rzecz w tym, że w dobrze rządzonym państwie nie wystarczy siła kartki wyborczej. Politycy potrafią to otorbić. Wiedzą, że wybory muszą się odbyć i ktoś musi zostać wybrany, a ponadto mają do dyspozycji „środki rażenia" wyborców (np. podporządkowane media, PR i marketing polityczny). Tylko niewielka część wyborców jest w stanie uchronić się przed manipulacjami i zachować zdrowy osąd sytuacji.

Wyborców osłabia to, że nie dysponują właściwą ochroną przed szarlatanerią i hochsztaplerką wybrańców ludu. Nasi politycy wytrącili nam wiele narzędzi z ręki. Nie dopuścili do wprowadzenia mechanizmów ewaluacji (profesjonalnie czy ekspercko realizowanej oceny rezultatów ich działań), blokują działania watchdogów, czyli tych organizacji pozarządowych, które specjalizują się w kontroli skutków działania władzy. Zablokowali też istotne przepisy prawne, np. o ochronie prawnej sygnalistów, czyli osób, które zdobywają się na odwagę poinformowania o nadużyciach w urzędach.

Moralne łotrostwo

Obecnie politycy mają więcej zachęt do wątpliwych moralnie postępków niż do przyzwoitości. Jako niskie postrzegają prawdopodobieństwo, że znaczne grupy obywateli zostaną jasno uświadomione o marnych rezultatach ich działania. Dostrzegają, że korzystniejsze będzie dla nich pójście za bodźcami skłaniającymi do moralnego łotrostwa.

Poseł Ryszard Czarnecki porównywał działania europosłanki Róży Thun do tego, co robili szmalcownicy podczas wojny. Niewykluczone, że przyniosło mu to korzyści jako politykowi. Zwiększył popularność, bo niemal wszystkie media o tym doniosły, a z tego żyje polityk. Natomiast niestety nie działają bodźce powstrzymujące od tego typu zachowań. Nieliczni wyborcy potrafią się zmobilizować, aby udokumentować posłowi, że jego zachowanie może go coś kosztować.

Stąd istotna jest mobilizacja obywateli. Potrzeba pomysłów na „karanie" polityków, którzy wypuszczają moralny smród. Dobrym instrumentem mogą być media społecznościowe i elektroniczne. Można sobie wyobrazić, że Ryszard Czarnecki otrzymuje setki tysiące e-maili i postów z krótkimi przekazami o braku akceptacji dla nienawiści, którą szerzy, że powstają strony internetowe poświęcone jego postępkom. Poseł mógłby zobaczyć, że ponosi uszczerbek na reputacji, a obywatele mają wyższe morale, niż mu się to wydaje.

Machiavelli doradza

Specyficzne jest to, że politycy najbardziej szkodzą moralnie nie tyle wówczas, gdy sprawują władzę, ile wtedy, gdy o nią walczą. Dla jej zdobycia, albo zachowania, sięgają po manipulację, hejt, oczernianie, fake newsy itp. Właśnie w tej dziedzinie sławny Niccolo Machiavelli przekonywał Księcia, aby „oduczył się dobrego". Rozumował bowiem, że jeśli „jego" Książę nie będzie posługiwał się przemocą, to inni to zrobią i na nic okażą się jego szlachetne plany.

A zatem moralne zło w polityce powstaje tam, gdzie politycy się konfrontują ze sobą. Spodziewają się wówczas, że przeciwnicy mogą szybciej sięgnąć po instrumenty agresji. Obawiają się, że działając fair – czyli nie manipulując i nie hejtując – mogą przegrać.

Kodeksem w szalbierzy

Pozostaje kwestia, jak złagodzić te negatywne mechanizmy. Wiadomo, że walka i agresja istnieją w sytuacji, gdy nie obowiązują reguły, które je powstrzymują. Nie jesteśmy społeczeństwem, które potrafi tworzyć trwałe reguły postępowania. Mimo wszystko musimy spróbować stworzyć klimat wyższego poziomu zaufania – taki, który upewni polityków, że nikt z konkurentów politycznych nie sięgnie po określone instrumenty manipulacji. Wymaga to paktów, porozumień i systemu zapewniającego ich respektowanie.

Widać też, że powoli wyłaniają się środowiska prowadzące refleksję nad poprawą sytuacji. W Wielkiej Brytanii już od lat 90. działa komitet ds. standardów w życiu publicznym. We Francji powstała w 2012 r. komisja odnowy i etyki w życiu publicznym (tzw. komisja Jospina, czyli byłego premiera). Przedstawiła szereg rozwiązań m.in. z zakresu konfliktu interesów, których część władza wykorzystała. W Kanadzie obowiązuje kodeks etyczny w jednej z prowincji. Podejmowane są również próby wypracowania kodeksów etycznych dla polityków w wielu innych krajach, a eksperci organizacji międzynarodowych rekomendują tworzenie kodeksów przez polityków parlamentarnych.

Poprawi czy wykorzysta?

Wydaje się, że w Polsce politycy są na tyle słabi moralnie, że nie zdobędą się na wytworzenie kodeksu, który sami by respektowali. Skuteczniejsza byłaby presja inicjatyw obywatelskich. Zadaniem obywateli powinna być kontrola jego respektowania, w tym poprzez ciało złożone z osób neutralnych politycznie i posiadających właściwy autorytet. Sektor pozarządowy jest już na tyle silny, aby sprostał temu zadaniu.

W Polsce – niemal odwiecznie – mamy powody, aby narzekać na niskie morale w klasie politycznej, ale też w różnych grupach zawodowych. Polityce – jak pisał Ludwik Dorn – zawsze towarzyszy pewien nieprzyjemny zapaszek. Warto jednak zaznaczyć, że to nie tylko kwestia, na ile politycy mają „czyste ręce" i jak często zawiązują tak zwane – jak określił to prof. Adam Podgórecki – „brudne wspólnoty" pociotków, aby coś skubnąć.

Polityków zawodzi też często moralny instynkt. Trudno im niekiedy dogłębnie zrozumieć, że dzisiejsze państwo jest tworem prawnym, a ich główną robotą jest jakość prawa i instytucji. Akademicko można powiedzieć, że polityk działa moralnie, gdy posługuje się systemem prawnym i instytucjonalnym, czyli gdy siada i doskonali przepisy prawa oraz standardy działania państwowych instytucji. Natomiast czyni nam moralne szkody, gdy próbuje rozwiązywać problemy „ręcznie", dzwoniąc do kolegi ministra, aby ten przestawił gdzieś przysłowiową zwrotnicę. Wtedy działa – co wielu uwielbia – poprzez akumulowanie osobistej władzy i epatowanie nią. Zgromadzi wiele koneksji i doraźnie może zyskać na sprawności i szybciej rozwiązywać określone problemy, istotne z punktu widzenia określonych ludzi czy środowisk. Ale dla państwa jest to zabójcze.

Przykładem może być senator PiS Stanisław Kogut. On zakumulował dużo osobistej władzy i był w stanie pomóc określonym firmom – oferował protekcję w urzędach. Jednocześnie jego fundacja otrzymywała pieniądze od ludzi. Polityk twierdzi, że nie inkasował bezpośrednio nic do swojej kieszeni. Nawet gdyby tak było, to nie oznacza, że moralnego problemu nie ma. Rzecz w tym, że używał osobistej władzy (wpływu), a nie działał – jako senator – w sposób instytucjonalny. Odwoływał się do nieformalnych koneksji. W gruncie rzeczy niszczył państwo.

Autor zajmuje się zagadnieniami polityki publicznej, ewaluacji, dialogu społecznego i rządzenia publicznego. Napisał książkę „Polski umysł na rozdrożu. Wokół kultury umysłowej w Polsce"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA